31 grudnia 2015

Grudniowe czytadła i filmidła

   Grudzień obfitował w kolejne życiowe zmiany. Na szczęście, jak na razie wszystkie są pozytywne i powoli wychodzę na prostą - bylebym tylko nie  napisała tego w złą godzinę. Chcieć to móc, więc z tego kotła różności udało się wyłowić czas na czytanie, oglądanie i pisanie. Niewiele, ale zawsze. No cóż, w grudniu było jak było. 

   A jako, że to ostatni już miesiąc, mamy też za pasem zakończenie roku. Nie chcę mi się jednak dokonywać rozliczeń, podsumowań i innych takich. Co było to było i tak już niczego nie zmienię bez względu na to czy pozornie domknę to jakąś sztuczną czasową granicą czy nie. Bardziej głowię się nad tym, co by tu sensownego w nadchodzących dniach zrobić... Dzisiejsza data prowokuje jednak do tego by napisać coś jeszcze. Niestety jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy to: BŁĘDY. Błędy to takie niefortunne sytuacje, decyzje i zdarzenia, które powinniśmy nazywać "lekcjami", by nie stresować za nadto mózgu. Bez względu na to, jak je będziemy nazywać ich efekty wciąż będą dla nas tak samo istotne i tak samo bolesne. Oczywiście, każdą taką lekcję można przekuć w sukces, nikt mi jednak nie wmówi, że nie wiąże się to początkowo z pewnym dyskomfortem. Zwłaszcza w sytuacji, gdy sobie człowiek strzela w kolano. A ja najwyraźniej jestem w tym dobra...zbyt dobra.  

Żeby już bardziej nie przynudzać: Oby ten nadchodzący nowiutki rok stał się czasem wielkich szans i pasmem samych cudownych zdarzeń. Nie bójmy się żyć, a reszta sama się ułoży! Trzeba w to wierzyć. 


28 grudnia 2015

Mydło lubi zabawę /Szymek brudas – Khoa Le/

Pamiętacie Jacka Czarneckiego i jego słynne hasła: Mycie nóg to Twój wróg i Dłuższe mycie skraca życie? Szymek jest idealnym przykładem kogoś, kto wyznaje podobne flejtuchowate idee, co pechowy bohater książki Chłopak na opak Ożogowskiej. Na szczęście - dla rodziców i całego otoczenia - mały Szymek, który uwielbia harcować w błotnistych kałużach sam na siebie ukręcił bicz i musiał w końcu przeprosić się z mydłem. A przekonały go do tego….bakterie!

Jeśli wasze pociechy są na bakier z higieną i nie potraficie zmusić ich do polubienia kąpieli, mam nadzieję, że ta książeczka wam pomoże. Na pomysł jak zachęcić malucha do mycia, wpadła wietnamska ilustratorka i autorka bajek Khoa Le. Przedstawiła nam przygodę chłopca, który nie kąpał się tak długo (i na dokładkę latem!), że żerujące na nim bakterie urosły do niebotycznych (jak na bakterie) rozmiarów. Co gorsza, postanowiły się z nim zaprzyjaźnić. Ich chęć nawiązania bliższej relacji okazała się dla chłopca bardziej przerażająca niż woda i mydło. Szymek więc (nie z przyjemnością ale jednak) skapitulował.

27 grudnia 2015

Grudzień to nie pora roku, to stan ducha /Kot Bob i jego podarunek – James Bowen/

Nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że bez karpia (czy innego ościstego czorta), choinki i prezentów, nie ma świąt. Zresztą, nawet nie próbuję rozumieć tych, którzy potrafią tak bardzo zafiksować się na pustych znakach, że umyka im to co naprawdę ważne. W efekcie zamiast życzliwości dają frustrację, zamiast ciepła - krzyk, zamiast empatii  - agresję i wrogość. Boże Narodzenie w XXI wieku to szczyt handlowego sezonu, komercyjna wydmuszka, wysysająca bezlitośnie ciężko zarobione pieniądze z portfeli. Święta stały się niestety głównie synonimem sprzedaży i zysku. Na szczęście potrafimy jeszcze się otrząsnąć i dostrzec w tym wszystkim fałsz: magii i cudowności nie podarują nam dekoracje atakujące nas zewsząd od połowy listopada, lipne promocje, ani ściśle określona liczba potraw na stole. Na nic wszystkie skarby świata, gdy nie  ma do kogo otworzyć ust. O świąteczności świąt decyduje bowiem tak naprawdę czyjaś obecność. I to właśnie za nią powinniśmy być w tym szczególnym okresie wdzięczni i to właśnie ją powinniśmy podarować innym. W pojedynkę święta po prostu nie mają sensu. I może trudno w to uwierzyć, ale my sami możemy być najlepszym prezentem.

20 grudnia 2015

O marzenia warto walczyć / Rekwizytor Otto – Vincent Zabus/

Błądzi człowiek, póki dąży /Johan Wolfgang Goethe/

Powszechnie wiadomo, że ten kto nie ma w sobie dosyć odwagi by wyruszyć w świat i stawić czoła niebezpieczeństwom będzie wiódł jałowe życie. Leo mimo traumatycznych przeżyć, których zdążył w swoim krótkim życiu doświadczyć, odważył się podążyć za marzeniem i odmienił swój smutny los. Z jego postępowania wynika dla małego czytelnika bardzo wartościowa lekcja: nie ważne, co złego nas do tej pory spotkało i ile sami zła wyrządziliśmy, nigdy nie jest za późno na to by zawalczyć o siebie.

Jak już wspomniałam Leo nie miał łatwego życia. Jego tata zniknął zanim chłopiec się urodził. Później musiał bezsilnie patrzeć, jak umiera jego mama. Gdy Leo został na świecie całkiem sam, umieszczono go w sierocińcu. W tym nasiąkniętym smutkiem  miejscu nikt go nie polubił. Leo nie dopuścił do siebie nikogo. Odreagowując swój ból, smutek, gniew i żal na wszystkich wokoło, zraził do siebie otoczenie. Złe emocje tak bardzo nim zawładnęły, że odebrały mu nawet głos – przestał mówić. Wydawałoby się, że jeśli nikt się nim nie zaopiekuje, nie pomoże mu – to już nic dobrego z niego nie wyrośnie. Autor książeczki pokazał nam jednak, że wcale nie musi tak być. Chłopiec może – jeśli zechce - uratować się sam. Może mieć marzenie, do którego zacznie dążyć. I tak się właśnie dzieje.

17 grudnia 2015

Co dwie głowy to nie jedna / Dwugłowy rekin atakuje, 2-Headed Shark Attack – Christopher Ray/ 2012

Dwugłowa bestia, czyli główny bohater filmu, może się poszczycić wrażliwością płyty chodnikowej. Nie interesuje jej jakie masz marzenia, osiągnięcia, cele. Nie ważne czy masz wysokie IQ czy jesteś bystry mniej więcej jak plankton – smakujesz wciąż tak samo i tylko to się liczy. Sam tytuł filmu wskazuje na to, że nie należy się jednak potwornością tego potwora za bardzo przejmować. Zmutowane monstrum nie wywrze na nas większego wrażenia i nie stanie się stałym gościem naszych koszmarów. Jak to bywa z filmami klasy „Z” i ten nastawiony jest głównie na epatowanie absurdami i dziurami w fabule, które twórcy postarają się łatać (a raczej zatykać) cyckami.

W „zetkach” podobnie jak w horrorach niezawodnie działa Prawo Murphy’ego: jeśli coś ma się spierdzielić w najmniej odpowiednim momencie, to spierdzieli się w najmniej odpowiednim momencie. Więc, gdy w okolicy zaczyna szarżować dwugłowy rekin, grupa studentów będzie akurat uczestniczyła w edukacyjnym rejsie (bestia musi mieć co chrupać). Statek oczywiście zostanie uszkodzony, antena się urwie – by przypadkiem nie można było wezwać pomocy -, a jedyna osoba, która może naprawić uszkodzenia zostanie pożarta jako pierwsza. Jakby tego było mało znajdujący się w pobliżu atol zamiast stanowić bezpieczne schronienie, zacznie tonąć itd., itp. Gdy bohaterowie podejmą kolejne próby walki o przetrwanie z góry wiemy, że są na przegranych pozycjach. Ale i tak co nieco nas zadziwi…

16 grudnia 2015

Gdyby głupota umiała latać… / Backcountry, Odludzie – Adam McDonald / 2014

…to bohaterowie tego filmu odlecieli by bezpiecznie do domu. Ale niestety…

Naszych młodych i zakochanych protagonistów poznajemy w momencie, gdy są już w drodze na feralną wycieczkę. Alex (Jeff Roop) pragnie podzielić się ze swoją wybranką wspomnieniami i pokazać jej cudowne, odludne zakątki, które (jak twierdzi) odwiedzał wielokrotnie. Uważa nawet, że tutejsze leśne szlaki zna na tyle dobrze, że nie potrzebna jest mu żadna mapa. Wyśmiewa także ekwipunek Jenn (Missy Peregrym), która obawiając się spotkania z niedźwiedziem uzbroiła się we flarę, spray i gwizdek. O tym jak w rzeczywistości nasz niedoszły Bear Grylls jest niepewny, przekonujemy się w momencie, gdy dziewczyna zaprasza na kolację przy ognisku przypadkowo spotkanego w lesie mężczyznę (Eric Balfour). Powietrze aż kipi od testosteronu, a Alex z minuty na minutę traci w  naszych oczach. Po wizerunku, który z mozołem próbował wykreować niewiele zostaje. Wyraźnie bowiem widać, że najbardziej zależy mu na tym, by zaimponować dziewczynie - bez względu na koszty, jakie może ponieść. Próbuje wcielić się w rolę samca alfa i udowodnić (chyba sam sobie), że jest jej wart. W końcu Jenn jest prawniczką, a on niespecjalnie ma się czym pochwalić – tak jakby to o to w związkach chodziło…

13 grudnia 2015

Mezopotamski kot błękitny – to brzmi dumnie / Sny kota Warłapa – SF Said/

 Jesteśmy tym, co sami wybierzemy.

Co to znaczy być mezopotamskim kotem błękitnym? Przede wszystkim trzeba być potomkiem mezopotamskiego kota, mieć w żyłach krew legendarnego Jajala i odpowiednio się prezentować. Koty pochodzące z krainy między Eufratem a Tygrysem, jak na arystokrację przystało, mają również szczególny wygląd: posiadają piękne niebieskie futra i szmaragdowe oczy. Wyznaczniki te są klarowne, świadczą również o wartości kota. Dlatego też mały Warłap nie czuje się godnym miana mezopotamskiego arystokraty: nie dość, że jego oczy mają niewłaściwy kolor, to jeszcze ma dziwaczne ciągoty do wychodzenia na dwór! Zamiast trzymać się raz ustalonych codziennych rytuałów, hańbi imię rodziny marząc o polowaniu. W oczach rodzeństwa Warłap to paskuda, której należy się wstydzić. Bezlitosne szyderstwa podkupują wiarę w siebie młodego kociaka, sprawiają także, że jest on straszne samotny. Niestety nawet jego mądry, koci dziadek nie jest w stanie mu pomóc. Nie może nic zrobić, chociaż smuci go próżność i konformizm pozostałych członków rodziny, które każą im ślepo wierzyć we własną wyjątkowość i ograniczają horyzonty. Lęk przed zmianą każe odrzucać im wszystko co „inne”: niebezpieczniekolorookiego Warłapa, Zewnętrze i nawet słuszne ostrzeżenia seniora rodu... 

Niczego nie zakładaj. Trzymaj się faktów. Otwórz swoje zmysły.

11 grudnia 2015

Ugotowani – na twardo /Hardboiled – antologia/

Jaki hardboiled-owy bohater jest każdy widzi: cyniczny, niewzruszony  - lub jak kto woli wrażliwy „inaczej” – i na dokładkę piekielnie inteligentny. No cóż, bez takiego zestawu cech nie przeżyłby nawet dnia w świecie, który pluje na empatię i współczucie, a za najmniejszy błąd lub oznakę słabości karze śmiercią. Jeśli więc nie jesteś twardzielem, mroczna rzeczywistość zeżre cię od środka, jak nienasycony pasożyt. Przeżuje, strawi i wydali – nie łudź się, nie bawię się teraz w żadne metafory, skończysz po prostu jako kupa g***a. Zapewne więc zastanawiasz się drogi czytelniku, jaką trzeba zapłacić cenę za prawo wstępu do miejsc tak zepsutych, odkształconych i gnijących? Co trzeba tak naprawdę zrobić by w nich przetrwać? Odpowiedź, jak koszmarnie gorzka pigułka na długo pozostawi po sobie cierpki posmak… Jeśli jesteś na nią gotowy, znajdziesz ją właśnie w tej antologii.

05 grudnia 2015

I tylko koni żal.. / Town Creek, Blood Creek, Nienasycony – Joel Schumacher/ 2009

Gdy słyszę stwierdzenie, że ten film został nakręcony na faktach, to robi mi się słabo. To co przyszło nam obejrzeć to przecież fikcja: wariacja mitów, domniemań i wyobrażeń. Pewnie znajdzie się tutaj także kilka faktów - nie można zaprzeczyć temu, że przywódcy III Rzeszy interesowali się okultyzmem – nie wystarczą one jednak, by uznawać takie stwierdzenie za prawidłowe. Chyba, że Schumacher podobnie jak bohater Kodu Himmlera (tekst TUTAJ) wszedł nagle w posiadanie tajnych dokumentów zdradzających szczegóły hitlerowskich eksperymentów, które miały pomóc zawładnąć światem „rasie panów”. Wizja tego, co miałoby być niemiecką, supertajną bronią - tak w przypadku Schumachera, jak i Piotrowskiego - jest dosyć ciekawa. Nie będę jednak ukrywała, że wersja polskiego pisarza bardziej przypadła mi do gustu...

Początek filmu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czarno-biała kolorystyka i skrótowe przedstawienie zdarzeń stworzyły aurę tajemniczości i wzbudziły moją ciekawość. Rodzinę Wollnerów poznajemy w 1936 roku, w momencie, gdy jej członkowie podejmują najgorszą z możliwych decyzji. Zgadzają się przyjąć pod swój dach, delegowanego do nich z Niemiec profesora Richarda Wirtha (Michael Fassbender). Nie wiedzą, że dostąpili tego zaszczytu nie tylko ze względu na swoje niemieckie pochodzenie, ale głównie z powodu znajdującego się na ich ziemi kamienia runicznego. Wirth wierzy, że w Ameryce pozostawili go jej prawdziwi odkrywcy – Wikingowie. Jego z pozoru niewinne badania okazują się tylko drobnym elementem wielkiego planu (Projekt Kensington), jakim jest stworzenie nadludzko silnej i nieśmiertelnej istoty.

03 grudnia 2015

Nawiedzony film /Szatańskie taśmy, Playback - Miachel A. NIckles/ 2012

Dziś będzie o bardzo wyjątkowym filmie -  bilety  kupiły na niego 33 osoby. W dniu premiery zarobił on 252$, a przez następny tydzień kolejnych 12$. W sumie – szaleństwo - 264$. Żeby nikogo nie dobijać nie napiszę ile zielonych pochłonął jego budżet, zdradzę tylko, że chodzi o sporą kwotę  - siedmiocyfrową.... Finansowo więc Szatańskie taśmy okazały się totalną klapą, ale czy to oznacza, że film jest aż tak zły? Owszem jest to produkcja toporna, nie zagrało w niej wiele elementów, jednak bądźmy szczerzy: gorsze szmiry osiągają lepsze wyniki. Spektakularną porażkę produkcja ta zawdzięcza więc nie tyle swojej mierności, co przede wszystkim dystrybutorowi. Ten potraktował ją po macoszemu: nie dość, że wprowadził tylko do jednego kina, to jeszcze za szybko się poddał.

Historie z nawiedzonymi taśmami są dobrze znane fanom horrorów. Tym razem w ich pułapkę ma wpaść Julian Miller (Johny Pacar), który zafascynowany morderstwem sprzed lat (1994) pragnie, w ramach szkolnego projektu, nakręcić o nim dokument. Jego kumpel Quinn, pracujący w archiwach gazety ma załatwić mu stare nagrania tamtejszych wydarzeń, ciekawość powoduje jednak, że chłopak najpierw sam je ogląda. Jego ciało przejmuje ukrywający się w taśmie duch mordercy - Harlan Diehl. Chcąc odnaleźć swojego potomka, opętuje kolejne osoby. A reszty możecie się domyśleć.

W Szatańskich taśmach  kuleje (a raczej czołga się) prawie wszystko. Co najbardziej dokucza widzowi to nazbyt rozcieńczona fabuła, w której zgubiła się istota filmu. W efekcie powstał teen horror films, w którym dominują wątki obyczajowe: chłopak ma dziewczynę, dziewczyna ma urodziny, policjant jest podglądaczem, inny chłopak chce zrobić film o mordercy i na szczęście ma kolegę pracującego w archiwach, ten kolega to ćpun-outsider, który ze swojej pracy zadowolony zbytnio nie jest itd. Zwyczajne wtręty, które zazwyczaj stanowią tło głównej akcji, nie zostały tym razem umiejętnie posklejane i odpowiednio wyważone. Wpłynęło to także na jakość straszenia. Jest zbyt nudno i zbyt przewidywalnie by wykrzesać z widza jakieś emocje (no poza rozczarowaniem). Nie przemyślano sensowności użycia kolejnych elementów. Skoro już kręcimy film o nawiedzonej taśmie – chociaż duchowi nie przeszkadza zapis cyfrowy, co mnie osobiście załamało – to skupmy się na tym bardziej niż na fryzurze nawiedzonego chłopaka. Reżyser mylnie założył, że urozmaicenie podsyci ciekawość widza i odwróci jego uwagę na tyle, by nie rozwiązał intrygi przed czasem. Dał się ponieść i czerpał inspirację na chybił trafił z każdej możliwej konwencji. Bez sensu powtrącał sceny gore, które rażą sztucznością i nie przekonują (swoją drogą lepiej z posoką radził sobie Julian w swoich amatorskich filmikach niż rzekoma, wykreowana na potrzeby filmu rzeczywistość). Żeby rozmaitości wszelkich był dostatek według reżysera nie mogło zabraknąć także ujęć found footage.

Aktorsko Szatańskie taśmy są zupełnie przeciętnie. Najgorzej wypadł Toby Hamingway jako Quinn - zupełnie nie pasował do tej roli. Nie dał rady wykreować wiarygodnej postaci. Trąci pozerstwem i sztucznością. Pewnie dlatego nawet jego charakteryzacja nie robi wrażenia.

Co można w tym filmie potraktować na plus? Stare kilkusekundowe nagrania wyglądają naprawdę przyzwoicie. Także archiwa, w których pracuje Quinn, generują całkiem niezły klimat. To jednak zdecydowanie za mało, żeby uciągnąć całość. Ewidentnie Nicklas miał kilka niezłych pomysłów, nikt go jednak w porę nie ostrzegł, że realizowanie wszystkich na raz nie przyniesie najlepszego efektu. Żaden z nich nie będzie miał bowiem szansy by się obronić, skoro został ledwie zarysowany.

Rok: 2012
Kraj: USA
Reżyser: Miachel A. Nickles
Scenariusz: Miachel A. Nickles

01 grudnia 2015

Muzyka łagodzi obyczaje /Miasteczko szeptów – Vincent Zabus/

Czy piękne miasteczko może być bardzo ponurym miejscem? Najwyraźniej tak, skoro właśnie w takim mieszka mała Alicja. Urokliwe uliczki i schludne domki same nie mają szans zrobić dobrego wrażenia, gdy brakuje im najważniejszego: tętniącej życiem atmosfery. Bynajmniej nie mówimy o miasteczku wyludnionym. Mieszkają tutaj psy – ale takie, które nie szczekają, można spotkać i koty – które mruczą tak cichutko, że prawie w ogóle, można nawet wybrać się na tutejszą imprezę aby posłuchać orkiestry – która nie wydaje z siebie dźwięków - nikogo to jednak nie dziwi, nawet tutejsze gitary nie mają strun. Wokoło panuje tak wszechmocna cisza, że chmury upodobały sobie tutejsze niebo, jako miejsce odpoczynku. A najgorsze, że zmęczeni szeptaniem mieszkańcy przestali ze sobą rozmawiać. Nikt się tutaj nie uśmiecha, a uczucia, które powinny zostać wyśpiewane, na zawsze stają się niewyznaną miłością. Do uszu przypadkowego wędrowca nie dotrze stąd przyjazny gwar - nikt nie śpiewa, nie nuci, nie nawołuje. Pewnie więc raczej się do miasteczka nawet nie zapuści, tylko przezornie ominie je szerokim łukiem. Jak się łatwo domyślacie: przekleństwem tego tajemniczego miejsca jest cisza. W miasteczku obowiązuje bezwzględny zakaz hałasowania. Niestety nikt nie pamięta jednak skąd się wziął i dlaczego tak restrykcyjnie trzeba go przestrzegać.

30 listopada 2015

O książce obrazem #13

Cynizm, lęk, przerażenie, groza i niesamowitość to - dla mnie - najistotniejsze składowe prozy hardboiled. W antologii nowel neo-noir, wydanej przez Gmorka, znalazłam więc to wszystko czego oczekiwałam. A że miałam okazję wybrać się w plener, to i parę zdjęć mi "wpadło". 

Hardboiled, Wydawnictwo Gmork


26 listopada 2015

Seryjni mordercy #5 Bogdan Arnold – śląski „Władca Much” i jego horror na poddaszu

Nie zastanawiałem się nad tym czy tę kobietę przyprowadziłem po to, żeby odbyć z nią stosunek, czy po to żeby ją zamordować. Cel zawsze miałem ten sam - wyżyć się i mordować.

Kraków wyhodował na swoim łonie psychopatycznego młodzieńca Karola Kota, Katowice stały się domem Bogdana Arnolda (1933-1968) – sadysty nazywanego „Władcą Much”. Ten uczynny elektryk, zamieszkał ze swoją trzecią żoną, na poddaszu przy ulicy Dąbrowskiego 14. Zaadoptowana na kawalerkę pralnia – o jej zajęcie mieszkańcy mieli pretensje do nowego lokatora – szybko stała się miejscem kaźni dla kilu kobiet. Gdy ówczesna partnerka Bogdana po kilku miesiącach odeszła od niego - a raczej od niego uciekła - został sam ze swoimi sadystycznymi upodobaniami. Okazja by dać im upust przyszła sama, i to nie raz. Sponiewierać, zgwałcić i zabić – z tym Bogdan nie miał problemów. Najtrudniejsze okazało się dla niego likwidowanie zwłok. Próbował je rozpuszczać, część gotował i spuszczał do kanalizacji, sporo „mięsa” wynosił i dokarmiał nim bezdomne koty. To szczególnie irytowało jedną z sąsiadek, która nie mogła znieść tego, że ktoś wyrzuca tyle mięsa i to dziwnego, bo ani to wołowina, ani cielęcina, ani wieprzowina…. Z morderstwa na morderstwo było coraz gorzej, nie pomogły obite blachą drzwi i pozalepiane papierem okna: w końcu zbrodniarza zdradziły kłębiące na poddaszu muchy.

24 listopada 2015

Wspólne czytanie bajek, uwielbiam to! / Filomena. Bajka na dobranoc – Simon Quitterie/

Filomena. Bajka na dobranoc, to krótkie opowiadanie zwracające uwagę na to o czym pisałam już nie raz: dzieciom nie czyta się książek „na odwal”! Byle pociecha zasnęła i byle mieć spokój. Czytanie to też zabawa, która wymaga zaangażowania ze strony rodzica, bo czytanie to rodzic, który daje dziecku siebie. Czytanie to także przede wszystkim dziecko, które potrzebuje uwagi, rozmowy i wspólnego przeżywania emocji.

Rezolutna Filomena wie, że ferie to JEJ czas, w związku z tym pragnie dostać więcej uwagi rodziców niż zazwyczaj. Niestety ci zaplanowali malowanie kuchni. Powszechnie wiadomo, że remonty robi się w święta lub podczas urlopu. Dzieci to jednak niewiele obchodzi. Filomena nie daje się więc zbić z tropu, i chociaż rezygnuje z innych rodzinnych rozrywek, czytanie bajki na dobranoc to świętość, której nie da sobie tak łatwo odebrać. Uderzając więc w złość i płacz, jak tylko w złość i płacz potrafią uderzać zawiedzione dziewczynki, informuje rodziców:

22 listopada 2015

Pogromca mitów/ Nic bardziej mylnego! - Radosław Kotarski/

O rosnącej popularności Radka Kotarskiego świadczy chociażby to, że wystąpił on całkiem niedawno w reklamie jednego z banków. W związku z tym łatwo było odgadnąć, kto należał do grupy docelowej odbiorców owej reklamy. Na pewno nie były to osoby „nieśmigające” po internecie, czyli np. moi rodzice, którzy o tym kim jest Radek Kotarski  i co to są Polimaty nie mieli bladego pojęcia. Byli wręcz zdziwieni, że bank nie wywalił tym razem pieniędzy na jakąś znaną twarz. Chcąc wyprowadzić ich z błędu puściłam im kilka odcinków programu, dzięki czemu przypomniałam sobie, że sama kiedyś bardzo lubiłam go oglądać.

Radek-autor, uśmiechający się w swój charakterystyczny sposób do czytelnika z okładki wzbudził we mnie ciekawość. Chciałam przekonać się, jak poradził sobie w nowej roli. Nie ukrywam jednak, że miałam pewne obawy. Niesamowicie drażni mnie obecna tendencja, a właściwie moda, na pisanie książek. Robi to kto popadnie i niestety często owym „pisarzom” tylko wydaje się, że mają coś ciekawego do powiedzenia. Zajmowane przez nich miejsca na półkach księgarń służą tylko napychaniu kieszeni, a o zabitych bez sensu drzewach mało kto myśli. Radek jednak „głupi” nie jest, żywiłam więc nadzieję, że ten jego eksperyment będzie ciekawą pozycją na mdłym i rozcieńczonym rynku książek w Polsce. Ucieszyłam się jeszcze bardziej, gdy okazało się, że Kotarski nie zafundował nam swojej biografii opowiadającej o tym, jak to mały chłopiec spełnił marzenia, ani tysiąca złotych porad, jak osiągnąć w życiu sukces, prowadzić bloga itp. bzdety. W swojej książce po raz kolejny dzieli się z nami swoją wiedzą i pokazuje, że białe wcale może nie być białe, a czarne wcale nie musi być czarne. Tym razem, jak na propagatora wiedzy wszelakiej przystało, wziął pod lupę 50 prawd-pewników, których nie przyszłoby nam do głowy sprawdzać. Powiększające szkiełko jednak bezlitośnie ukazało nagą prawdę: okazało się bowiem, że to w co wierzymy, to zwykłe fałszywki.

20 listopada 2015

Penis w erekcji nie ma sumienia / Kto tam?, Knock Knock – Eli Roth/ 2015

Przedzierając się przez czeluści internetu możemy natrafić na informację, że powyższa maksyma była często przytaczana przez babcię Evy Longorii. Ja po raz pierwszy usłyszałam ją od Samanthy, jak dla mnie najciekawszej bohaterki Seksu w wielkim mieście. Trudno oczywiście komukolwiek przypisać autorstwo tej złotej myśli. To typowa anonimowa*** mądrość ludowa, która nie traci na aktualności - niestety. Jej nieustająca obecność świadczy tylko o tym, że my, ludzie wciąż lubimy zasłaniać się biologią, gdy nam nasze bycie „istotami świadomymi/wyższymi” zwyczajnie nie wychodzi, albo jakby to ujęli psychoanalitycy, gdy id zdominuje superego. Jeśli chodzi o pewną konkretną sytuację przodują w tym mężczyźni, którzy uważają, że stają się bezbronni, gdy władzę nad nimi przejmuje ON. I z tego powodu oczywiście należy im pobłażać, ponieważ poniekąd sami są w tej sytuacji ofiarami. 

Wiecie jak to jest mieć wszystko? Evan Webber (Keanu Reeves) należy do tej grupy ludzi, która wie. Ma dobrą pracę, może rozwijać swoje pasje (ma na to czas i pieniądze), swoje sukcesy dzieli z równie jak on utalentowaną, kochającą żoną i dziećmi. Co najważniejsze Evan jest szczęśliwy, lubi swoje życie i szczerze kocha bliskich – po prostu sielanka. W to wszystko wkrada się niestety „ale” - no właśnie, jedno małe „ale” – Evan jest mężczyzną, i gdy pewnego deszczowego wieczoru, odwiedzą go dwie ponętne dziewczyny, o jego dalszym życiu zadecyduje jego penis. I nie ważne, że żałuje, że jest mu przykro i, że gdyby mógł cofnął by czas: stało się. I od  tego momentu dwie urocze uwodzicielki przechodzą metamorfozę. Przeobrażają się w psychopatki-mścicielki, które zamieniają życie bohatera w piekło i pokazują mu, ile tak naprawdę jest wart. Aż się chce zanucić: mniej niże zerooooo, mniej niż zerooooo…. Nie ważne, jak wspaniały jest mężczyzna, jak mądry, dobry, ciepły, jak bogaty i spokojny – nie ważne ile ma zalet - gdy dwie młódki dobiorą mu się do spodni, dostaje małpiego rozumu. Po prostu przegrywa. Fabuła jest prościutka i czytelna dla widza. Na początku wręcz śmieszy nas naiwność bohatera: przecież trzeba być ślepym, by nie dostrzec dwuznaczności całej sytuacji. Zachowanie dziewcząt nie jest ani odrobinkę subtelne i inteligentny facet powinien się połapać już w momencie, gdy otwiera drzwi. Zamiast tego Evan daje się osaczyć we własnym azylu.

16 listopada 2015

O mruczącym majestacie, czyli samodzielnych mistrzach ewolucji / Zaklinaczka kotów – Mieshelle Nagelchneider/

Mimo mojego wczesnego wyobrażenia samej siebie w roli Alicji organizującej spotkania towarzyskie przy herbacie dla moich kotów-dziwaków, stałam się kimś na wzór Mowgliego z Księgi Dżungli.

Przerażające jak mało wiemy o kotach, jak wiele złego robimy antropomorfizując i polegając na mitach, które bierzemy za niepodważalne prawdy. I niestety pisząc w liczbie mnogiej, głównie mam na myśli nas, kotolubnych – bo często myślimy, że „znamy się” na sierściuchach… Ta książka ta kubeł zimnej wody na niejedną głowę.

Nie ma drugiego takie zwierzęcia jak kot.

Chciałam zacząć ten tekst od propozycji, byśmy wyobrazili sobie jakby to było być kotem. Od razu jednak zauważyłam bezsens takiej prośby. Nawet wyobrażając sobie jak to jest być kotem, robimy to po „ludzku”. Niestety nie jesteśmy w stanie wyjść poza ramy tego, co jest nam znane i przez nas doświadczone. Zapewne właśnie to ograniczenie sprawia, że nie raz zupełnie nieświadomie i niechcący robimy swoim podopiecznym, mniejszą lub większą, krzywdę. Nie znając przyczyny, nie widząc jej w sobie, stajemy nagle w obliczu takiego zachowania, którego nie potrafimy zaakceptować. Wypieszczony maluch niczym tajfun demoluje wszystko w zasięgu wzroku, kochany pieszczoch ostrzykuje moczem wymarzoną kanapę, łagodny dotąd rezydent staje się agresywną bombą, czyścioszek zamiast kuwety woli nasze buty, a wychuchany mruczek zaczyna się samookaleczać. W takich sytuacjach najczęściej, całkiem słusznie, pierwsze kroki kierujemy do weterynarza. Gdy ten jednak wykluczy przyczyny medyczne tego, co nas niepokoi i bezradnie rozłoży ręce - zderzamy się ze ścianą niewiedzy. Niektórzy uznają, że taki już „urok” ich pupila i rezygnują z jakiegokolwiek działania poświęcając swój dobytek, inni poszukają kotu następnego domu lub wyrzucą go na ulicę, jeszcze inni stwierdzą, że zwierzak jest złośliwy, podły i nie do zresocjalizowania - postanowią go więc uśpić (ach, gdyby tak uśpić każdego człowieka, który „źle” się zachowuje!). Mało komu przyjdzie do głowy, że wina nie leży po stronie kota, który reaguje po prostu jak kot, lecz po naszej: w naszych niedopatrzeniach, naszych wyobrażeniach i oczekiwaniach wobec pupila, naszym zachowaniu lub środowisku jakie tworzymy.

08 listopada 2015

Uczłowieczenie natury /Dialogi zwierząt - Sidonie Gabrielle Colette/

Dialogi zwierząt zapamiętam na długo. Ostatnio tak wiele się u mnie działo, a jeszcze niespodziewanie zmieniłam pracę. Związany z tym stres i niepewność sprawiły, że zaczęłam balansować na granicy zwątpienia: tak wiary we własne możliwości, jak i jakąkolwiek przyszłość. A stąd był już tylko krok do tego żeby się poddać. Mózg pracujący na najwyższych obrotach, próbujący poskładać w przejrzystą całość niezrozumiałe elementy nowej codzienności,  potrzebował odskoczni i wytchnienia. Na szczęście właściwa książka zawsze nas znajdzie, gdy jej potrzebujemy. W moim wypadku okazał się nią zbiór literackich igraszek, wręcz psotek, autorstwa Sidonie Gabrielle Colette.

03 listopada 2015

Tam gdzie kataklizm to chleb powszedni /Strachopolis – Dorota Wieczorek/

Strachopolis, miasto regularnie, bo raz w miesiącu, nawiedzane przez kataklizmy - od wiewiórek mutantów po deszcz ognistych meteorytów - i najeżdżane dosyć często przez Marsjan. W jego trzewiach czujnie śpi nieodgadniona magia, a ulice i podziemia zamieszkują potwory (głównie takie, które poddano resocjalizacji). Niestety nie brakuje tutaj także takich, które ukrywają się w ludzkiej skórze (a tych z wiadomych przyczyn resocjalizacji się nie poddaje). Poza tym, jak na szanujące się miasto-katastrofę przystało i to ma swoje sekrety. Nie bez powodu jest więc labiryntem, który nie lubi wypuszczać raz złapanej zdobyczy. Czyż nie jest to idealne miejsce na przeżycie przygody życia? Jeśli tylko macie na taką ochotę: zapraszam do lektury.

Tuż po tym, gdy czytelnik otworzy książkę, natknie się na galerię nietypowych portretów. Z obrazów spoglądać na niego będzie szereg postaci – jak łatwo się domyślić bohaterów powieści. Wystarczy zawiesić oko np. na Johnie Tronie i Ściekowej Wróżce (w ogóle co to za imiona!) i już od razu wiadomo, że Strachopolis będzie opowieścią, w której strach, owszem się pojawi, ale tylko na pół gwizdka, więcej będzie tutaj śmiechu i karykatury. Jakież więc jest nasze zdziwienie, gdy na początku lektury autorka wrzuca nas w sam środek dramatycznych wydarzeń: posiadłość Baltazara Brylskiego, najlepszego pośród Pogromców Strachu, strawiły płomienie. Jednak to nie widok pogorzeliska wywołuje grymas bólu na twarzach zebranych (chociaż nie wszyscy tutaj mają empatyczne odruchy) lecz to, że pośród zgliszczy odnaleziono maleńkie kości. A te z pewnością należały do dzieci Baltazara…

31 października 2015

Nie wszystko zło na co pada deszcz /Lichotek i czarodzidło - Ian Oglivy/

Do niedawna Lichotek nie miał nikogo bliskiego. Teraz nie dość, że odzyskał rodziców (w sumie to już dwukrotnie), mieszka z nim Niania Flanelcia i Partacz, to jeszcze w jego życiu pojawiła się malutka Matylda. Tak moi drodzy, dobrze przypuszczacie: familia Stubbsów się powiększyła. A jak na rodzinę czarodziejów i mandzideł (zwłaszcza, gdy takie wykąpie się w smoczej krwi) przystało, Matylda nie może być zwyczajnym bobasem. Po prostu nie ma mowy! Wyjątkowość Tylci oczywiście ściągnie na naszych bohaterów sporo kłopotów. Prawdę mówiąc one i tak wyjątkowo do nich lgnęły, więc dziewczynka zmieni tylko ich kaliber.

26 października 2015

Czasem słońce, czasem deszcz.../ Lichotek i Dragodon – Ian Oglivy/

O ile dobrze pamiętamy Lichotek był sierotą. I to taką trochę „nie tego”. Bo kto to widział, żeby sierocie wytykać, że śmierdzi, nie myje włosów i ścina sterczące kłaki kuchennym nożem? Owszem bohater mieszka w koszmarnych warunkach, jest podle traktowany przez prawnego opiekuna, ale okrzyk trwogi, który ciśnie się na usta w związku z tą sytuacją, zostaje przez te jego tłuste i sterczące włosy, skutecznie stłumiony. Nie mamy więc tutaj do czynienia z żadną apoteozą cierpienia: jest strasznie i nieprzyjemnie, ale nie do końca poważnie, ponieważ gdy czytamy o Lichotku, cały majestat związany z rolą ofiary gdzieś pryska.

Pisząc o tym, że „był sierotą”, miałam na myśli, to że „już” nią nie jest, a właściwie to nigdy nią nie był. Podczas wielkiej przygody na makiecie kolejki elektrycznej i walki jaką stoczył ze złym czarnoKsiężnikiem Bazylim Deptaczem, w pierwszej części swoich przygód, odkrył, że jego rodzice żyją. I całkiem przypadkowo ich uratował: w momencie, gdy wredny Bazyli za jego sprawą się „rozciapciał”, prysło rzucone na nich zaklęcie „skamienienia”. Sam Lee (bo tak naprawdę ma na imię nasz dzielny chłopiec, woli jednak by nazywać go Lichotkiem) nadrabia stracony czas z mamą, tatą i nianią Flanelcią, poznając przy tym rodzinne, magiczne sekrety. Rodzice postanawiają zafundować chłopcu wszystkie stracone urodziny na raz! Dzieciak, który nie miał niczego i jadał odpadki, nagle ma: dom (i to nie byle jaki: bo Dwór Merlina), kochających bliskich, mnóstwo zabawek (ubrania i furę smakołyków zresztą też), a także wiernego towarzysza – pieska Partacza. Ten ostatni, jak pamiętamy upodobał sobie Lichotka już w poprzedniej części, doceniając jego walory zapachowe. Fakt faktem, że „cuchnący dzieciak” śmierdzi już mniej, a właściwie w ogóle, ale Partacz nie jest zbyt wybredny i w jego wielkim serduchu jest miejsce także dla czystego Lichotka. I wszystko byłoby cudownie, gdyby rodzice nie zabrali  go do najfantastyczniejszego miejsca na świecie - na Wyspę Śmiechów - gdzie COŚ wpadło na ich trop. Nad głowami naszych bohaterów zaczęły zbierać się czarne chmury. A jak wiemy z poprzedniego tomu, takie zawsze podążają wiernie za czarnoKsiężnikami...

22 października 2015

Koty na stałe zamieszkały w literaturze /Gdzie mieszka kot – Ryszard Marek Groński/

Kot
Na komendę ani drgnie
Zamienia się cały w wielkie NIE.

Na pytanie „Gdzie mieszkają koty?”, jedna odpowiedź jest pewna - „Koty na stałe zamieszkały w literaturze”. Dowiedli tego Tuwim, Eliot, Jachowicz, Fredro i wielu wielu innych pisarzy, którzy dali się zauroczyć tym wspaniałym zwierzętom i nie mogąc się opanować przelali historie o sierściuchach na papier. W ich ślady poszedł także Ryszard Marek Groński, satyryk, dziennikarz i poeta. W swoim „kocim” zbiorku wierszy w dowcipny sposób  przybliża nam sylwetki mruczusiów. Tłumaczy nam m. in. jak się kłócą koty, czym różnią się od psów, o czym mruczą i o czym marzą te puszyste kuleczki, czy lubią naprawdę wskakiwać na płoty, i jeśli nosiłyby buty to jakie? W nietuzinkowy sposób wprowadza także w teksty koty perskie, syjamskie, kota Faraona i kota Mahometa i tego, który należał do króla Popiela, tym samym wprowadzając małego czytelnika w arkana wiedzy historycznej i geograficznej.

15 października 2015

Kobieta, wino i VHS /All Hallows' Eve 2, Cukierek albo psikus 2/ 2015

Wieczór Halloween, samotna kobieta w domu (obowiązkowo z winem) i podrzucona przez tajemniczego, zamaskowanego jegomościa kaseta VHS. To nie mogło się  skończyć dobrze.

W sequelu All Hallow’s Eve (tekst TUTAJ) na kanapie przed TV – tym razem bez dzieci pod opieką – zasiadła z kieliszkiem czerwonego trunku Andrea Monier. Swoją drogą (jak na moje kaprawe oko) aktorka bardzo podobna do grającej w pierwszej części Katie Maguir - przez chwilę myślałam nawet, że ta sama. Nasza bohaterka, nie przejmując się raczej podejrzanym typem, który kręci się pod jej oknem i podrzuca pod drzwi VHS, już na wstępie wygłasza pogląd na temat wyższości kaset video nad Blu-ray. Według niej zbyt czysty obraz powoduje, że film trąci sztucznością, dlatego też ochoczo „odpala” magnetowid, by chłonąc niedoskonałość nagrań z taśmy. Zapewne aktorka dzieli się z nami w ten bezpośredni sposób opinią większości twórców, których shorty przyjdzie nam wraz z nią oglądać. Trudno to nazwać delikatną sugestią. Grunt to bezpośrednia komunikacja - każdy zrozumie taki przekaz.

13 października 2015

Strzeż się cienia...i szpady /Cienioryt - Krzysztof Piskorski/ DKK

Jedyne co wiedziałam o tej książce, gdy po nią sięgałam to to, że będę miała do czynienia z literaturą fantasy spod znaku płaszcza i szpady. Nie jestem jakąś szczególną wielbicielką tych klimatów, więc podchodziłam do niej nieco sceptycznie. Tym bardziej dałam się zaskoczyć – i to pozytywnie. Moje obawy runęły więc z hukiem, a siła uderzenia pewnie była odczuwalna na ostatnim poziomie cieńprzestrzeni, bo czy było słychać huk – nie wiem. Nie mam bowiem pojęcia, jak dźwięk się zachowuje w tej ocienianej przez antysłońce przestrzeni. Pozbywając się obaw, na wstępie apeluję do przyszłych czytelników Cieniorytu: unikajcie wszelkich spojlerów, czytajcie na „świeżo”! Chociażby z tego prostego względu, że autor w połowie powieści zastosował pewien ryzykowny zabieg. Nie dość, że mu się udał, to jeszcze po jego zastosowaniu poprowadził dalej świetnie fabułę. Myślę więc, że warto "nie wiedzieć", bo wtedy wrażenia podczas czytania mamy gwarantowane, a to o nie głównie w tej książce chodzi. Brzmi to pewnie dosyć enigmatycznie, ale w trakcie lektury każdy zrozumie o co mi chodzi. Nie puszczę więc pary z ust, choćby mnie łamali kołem przez wszystkie cienie świata na raz.

12 października 2015

O książce obrazem #12

Świat Światła i świat Cienia, osobne, ale nierozerwalnie ze sobą związane. Piskorski w swojej powieści Cienioryt przedstawił nam - w ciekawy sposób - ich mieszkańców i zasady rządzące każdym z nim. Więc kochani: uważajcie gdzie stawiacie stopy, przyglądajcie się cieniom przechodniów, może się bowiem okazać, że któryś jest ciemniejszy, gęstszy od innych...

10 października 2015

Skąd się wzięły złotofutre koty? /Chiński Kot – Mika Waltari/

Słyszałam o kotach brytyjskich i rosyjskich szczycących się aksamitnym niebieskim futerkiem. Słyszałam także o norweskich leśnych z „lisimi” ogonami, o somalijskich temperamentnych zadziorach i kubańskich Blues'ach. Wymieniać mogłabym bez końca. Do tej pory jednak nie słyszałam o złotych, chińskich kotach, które mają łapki i pyszczki jak róże i posiadają niespotykanie długie ogony. Jak się okazało nic dziwnego, że nigdy na takiego nie wpadłam. Zaintrygowana tytułem, mimo wzmożonych poszukiwań nie znalazłam niczego, co dawałoby chociaż cień szansy, na to że taka rasa naprawdę istnieje. Nie potrzebnie jednak szukałam, gdybym zamiast zatrzymać się uparcie na tytule od razu przeszła do lektury, za sprawą pewnej pięknej legendy dowiedziałabym się skąd się owe tajemnicze zwierzęta wzięły.

Otóż na początku świata, gdy ten pachniał jeszcze nowością, koty zamieszkiwały Wyspę Szczęśliwych Kotów. Tam także żył największy i najczcigodniejszy ze wszystkich – Prakot, który rozesłał swoich towarzyszy po całym świecie. Były to mądre, dumne i odważne zwierzęta. Ludzie poważali je i cenili. Z czasem zaczęli się jednak od nich odwracać, ze zwierzętami przestała łączyć ich sekretna więź. Także koty zapomniały o swoim pochodzeniu, stały się nie tylko dzikie, ale i nikczemne, a ich złote futerka straciły kolor i blask. Tylko pod Chińskim Murem koty pozostały niezmienione: mądre, refleksyjne i złotofutre.

04 października 2015

Karaluchy pod…lokomotywy /Lichotek i Czarnoksiężnik – Ian Oglivy/


Lichotek Stubbs nie ma mamy ani taty. Ma za to prawnego opiekuna – klasyczną macochę w postaci śmierdzącego (bo niedomytego), wrednego (taka natura) Bazylego Deptacza. Ten nie dość, że ma naprawdę paskudny charakter (chociaż zawsssssssze mówi prawdę) i nie najlepiej wygląda (nie owijajmy w bawełnę – budzi odrazę), to jeszcze rozsmakował się w uprzykrzaniu Lichotkowi życia. Poniża go, ogranicza i karmi odpadkami, w momencie, gdy sam na  jego oczach zajada się pączkami i popija je różową oranżadą. Nic dziwnego, że chłopiec jest wciąż głodny i marzy o sutym, prawdziwym posiłku.

Jakby tego było mało nasz bohater sypia na szmatach w kuchni, gdyż w jego sypialni okna pomalowane są na czarno, łóżko przypomina trumnę, a w szafie znajdują się dziwaczne ubrania, np. kurtka z trzema rękawami. Chłopiec od dawna nie wziął także kąpieli – to co wypełnia wannę, gdy odkręci się kurek jest tak paskudne, że lepiej z tym nie ryzykować. Nie tylko jego pokój i łazienka są ohydne - cały dom jest upiorny, brzydki i opanowany przez insekty. Wszystko śmierdzi tutaj pleśnią i niezidentyfikowanym czymś (lepiej nie wiedzieć, ani nawet się nie domyślać, czym). Nie dziwi więc, że nawet ulica przy której stoi dom jest opustoszała – działa on tak samo odpychająco na ludzi, jak i sam Bazyli, który nie cierpi nikogo i którego również nikt nie cierpi. W mroku ponurej rzeczywistości,  w której dzielnie trwa Lichotek, pali się jedno małe światełko: kolejka elektryczna. Bazyli na strychu pieczołowicie buduje makietę miasteczka, której najważniejszym elementem są tory i jeżdżące po nich najprawdziwsze, zabawkowe pociągi! Bazyli bawi się nimi w najlepsze, gdy ma dobry humor pozwala nawet chłopcu popatrzeć na własną przyjemność. Okrucieństwo do kwadratu. Lichotek jednak nie narzeka, wie, że niczego to nie zmieni. Pewnego dnia, po wyjątkowo niedobrym obiedzie wpada na pomysł, by pozbyć się Bazylego chociaż na chwilkę i samemu pobawić się kolejką – dotknąć zakazanego owocu. Wysyła więc Opiekuna do banku. Jego plan jest bardzo dziurawy: Bazyli przecież w końcu dowie się, że nikt do niego nie dzwonił i wpadnie w furię, zobaczy także, że Lichotek dotykał jego kolejki, a poza tym PRZECIEŻ jest niedziela – żaden bank w miasteczku nie jest otwarty. Deptacz jest jednak bardzo chciwy (zarządza w końcu majątkiem podopiecznego), daje się więc nabrać i wraz z towarzyszącą mu nieustannie czarną chmurką wyrusza do miasteczka.

03 października 2015

Silesia Mini Maraton o Puchar RADIA RMF FM 03.10.2015

Data: 03.10.2015 11:00
Miejsce: Silesia City Center
Tytuł: Mini Silesia Maraton
Organizator: RMF FM
Cena: -

Ostatnio prześladuje mnie pech. Jesienną edycję Leśne run i Bieg Równonocny przetrwałam dzięki antybiotykom. Dziś okazało się, że „usterka” której nabawiłam się na wtorkowym treningu jest poważniejsza niż myślałam i może mi przez jakiś czas utrudniać funkcjonowanie. W połowie trasy znów „łupnęło” i już nie puściło… Dobrze, że to tylko mini maraton, czyli 1/10 królewskiego dystansu. Inaczej mogłoby być ciężko, bardzo ciężko.

O książce obrazem #11

Kojarzycie pierwszą część przygód Lichotka? Tą z paskudnym czarnoKsiężnikiem, którego oddech powalał odorem bardzo starych trampek?? Jeśli tak, w lot pojmiecie, co chciałam wam dziś pokazać. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie robiłam zdjęć w tak rekordowym tempie. 

Swoją drogą recenzja książki już lada moment (TUTAJ)

"Lichotek i Czarnoksiężnik" Ian Oglivy

"Lichotek i Czarnoksiężnik" Ian Oglivy

"Lichotek i Czarnoksiężnik" Ian Oglivy







01 października 2015

Doktor Moreau przewraca się w grobie /Hammerhead: Shark Frenzy, Człowiek Rekin - Michael Oblowitz/ 2005

Ten film to must see dla każdego fana kina klasy „Z”. Zwłaszcza takiego, który w swoim życiu miał (nie)przyjemność oglądać chociaż jeden odcinek prawdziwego horroru wszech czasów, czyli Mody na Sukces. Biorąc pod uwagę to, ile ten tasiemiec ma odcinków, trudno zakładać, że ktokolwiek mógł takowego nie widzieć. Dlaczego wspominam o tej produkcji przy okazji tekstu o Rekinoludziu? Dlatego, że główną rolę w filmie o usilnych próbach rozmnożenia rekina młota dostała Hunter Tylo, czyli słynna, serialowa dr Taylor, jedna z kolejnych żon sławnych Foresterów (czy jakoś tak).

30 września 2015

Wrześniowe czytadła i filmidła

To był dla mnie głównie sportowy miesiąc, ale i tak regularnie udało mi się pisać teksty na Kocie Tajemnice i Potworki czytają, więc jestem zadowolona. Powoli ogarnęłam też moją nową poprzeprowadzkową przestrzeń. Znalazłam także najlepsze miejsce do czytania - oczywiście blisko okna i na kanapie. Jakby to delikatnie ująć, nic w tym miesiącu nie wstrząsnęło mną po koniuszki palców....Córki marionetek kiepskie, Jak złapać rosyjskiego szpiega i Zapach twojego oddechu również. Jedynie co mnie nie zniesmaczyło, to tradycyjnie już baśnie, bajki i kocia literatura. Mam nadzieję, że w październiku trafię na lepsze książki.





 1.      Córki marionetek – Maria Ernestam - źle określony przez wydawnictwo gatunek powieści.
2.      O zebrze, która chciała być w kwiatki – Anna Onichimowska - bajka o tym, że trzeba doceniać to co się ma.
3.      Zapach twojego oddechu – Melissa P. - grafomaństwo wyższego szczebla.
4.      Moje – nie moje – Liliana Bardijewska - Brzydkie kaczątko w nowym wydaniu.
5.      Kot Dalajlamy – David Michie - całkiem ciekawa powieść o kotce Dalajlamy.
6.      Straszne bajki dla niegrzecznych dzieci – Marcelina Kosińska - bajki pełne nieszczęśliwych zakończeń.
7.      Jak złapać rosyjskiego szpiega – Naveed Jamali, Ellis Henican - niby na faktach, ale dla mnie strasznie to naciągane.
8.      Po czym poznasz, że twój kot spiskuje przeciwko Tobie? – The Oatmeal, Matthew Inman - dla odstresowania, zbiór parodystycznych komiksów o kocich zwyczajach.

W tym miesiącu było więcej ruchu na świeżym powietrzu niż oglądania filmów: 


1.       Mamula, Nyph, Nimfa – Milan Todorović 2014 - całkiem zgrabny film o krwiożerczej syrenie.
2.       Lawalantula  -Mike Mendez  2015 - ekipa z "Akademii Policyjnej" ratuje świat przed plującymi ogniem, podziemnymi pająkami.
3.       Starcie potworów – Emile Edwin Smith 2015 - trzecia część przygód Megalodona. Tym razem ludzkość walczy z nim przy pomocy maszyny w kształcie rekina.
4.       Atak Megakaraczanów – Richard Pepin 2006 - w rolach głównych blondyni i chrząszcze udające karaczany.
5.       Mothman – Sheldon Wilson 2010  - potencjał legendy o Mothmanie kompletnie niewykorzystany. Dno, muł i wodorosty.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...