27 grudnia 2015

Grudzień to nie pora roku, to stan ducha /Kot Bob i jego podarunek – James Bowen/

Nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że bez karpia (czy innego ościstego czorta), choinki i prezentów, nie ma świąt. Zresztą, nawet nie próbuję rozumieć tych, którzy potrafią tak bardzo zafiksować się na pustych znakach, że umyka im to co naprawdę ważne. W efekcie zamiast życzliwości dają frustrację, zamiast ciepła - krzyk, zamiast empatii  - agresję i wrogość. Boże Narodzenie w XXI wieku to szczyt handlowego sezonu, komercyjna wydmuszka, wysysająca bezlitośnie ciężko zarobione pieniądze z portfeli. Święta stały się niestety głównie synonimem sprzedaży i zysku. Na szczęście potrafimy jeszcze się otrząsnąć i dostrzec w tym wszystkim fałsz: magii i cudowności nie podarują nam dekoracje atakujące nas zewsząd od połowy listopada, lipne promocje, ani ściśle określona liczba potraw na stole. Na nic wszystkie skarby świata, gdy nie  ma do kogo otworzyć ust. O świąteczności świąt decyduje bowiem tak naprawdę czyjaś obecność. I to właśnie za nią powinniśmy być w tym szczególnym okresie wdzięczni i to właśnie ją powinniśmy podarować innym. W pojedynkę święta po prostu nie mają sensu. I może trudno w to uwierzyć, ale my sami możemy być najlepszym prezentem.

20 grudnia 2015

O marzenia warto walczyć / Rekwizytor Otto – Vincent Zabus/

Błądzi człowiek, póki dąży /Johan Wolfgang Goethe/

Powszechnie wiadomo, że ten kto nie ma w sobie dosyć odwagi by wyruszyć w świat i stawić czoła niebezpieczeństwom będzie wiódł jałowe życie. Leo mimo traumatycznych przeżyć, których zdążył w swoim krótkim życiu doświadczyć, odważył się podążyć za marzeniem i odmienił swój smutny los. Z jego postępowania wynika dla małego czytelnika bardzo wartościowa lekcja: nie ważne, co złego nas do tej pory spotkało i ile sami zła wyrządziliśmy, nigdy nie jest za późno na to by zawalczyć o siebie.

Jak już wspomniałam Leo nie miał łatwego życia. Jego tata zniknął zanim chłopiec się urodził. Później musiał bezsilnie patrzeć, jak umiera jego mama. Gdy Leo został na świecie całkiem sam, umieszczono go w sierocińcu. W tym nasiąkniętym smutkiem  miejscu nikt go nie polubił. Leo nie dopuścił do siebie nikogo. Odreagowując swój ból, smutek, gniew i żal na wszystkich wokoło, zraził do siebie otoczenie. Złe emocje tak bardzo nim zawładnęły, że odebrały mu nawet głos – przestał mówić. Wydawałoby się, że jeśli nikt się nim nie zaopiekuje, nie pomoże mu – to już nic dobrego z niego nie wyrośnie. Autor książeczki pokazał nam jednak, że wcale nie musi tak być. Chłopiec może – jeśli zechce - uratować się sam. Może mieć marzenie, do którego zacznie dążyć. I tak się właśnie dzieje.

13 grudnia 2015

Mezopotamski kot błękitny – to brzmi dumnie / Sny kota Warłapa – SF Said/

 Jesteśmy tym, co sami wybierzemy.

Co to znaczy być mezopotamskim kotem błękitnym? Przede wszystkim trzeba być potomkiem mezopotamskiego kota, mieć w żyłach krew legendarnego Jajala i odpowiednio się prezentować. Koty pochodzące z krainy między Eufratem a Tygrysem, jak na arystokrację przystało, mają również szczególny wygląd: posiadają piękne niebieskie futra i szmaragdowe oczy. Wyznaczniki te są klarowne, świadczą również o wartości kota. Dlatego też mały Warłap nie czuje się godnym miana mezopotamskiego arystokraty: nie dość, że jego oczy mają niewłaściwy kolor, to jeszcze ma dziwaczne ciągoty do wychodzenia na dwór! Zamiast trzymać się raz ustalonych codziennych rytuałów, hańbi imię rodziny marząc o polowaniu. W oczach rodzeństwa Warłap to paskuda, której należy się wstydzić. Bezlitosne szyderstwa podkupują wiarę w siebie młodego kociaka, sprawiają także, że jest on straszne samotny. Niestety nawet jego mądry, koci dziadek nie jest w stanie mu pomóc. Nie może nic zrobić, chociaż smuci go próżność i konformizm pozostałych członków rodziny, które każą im ślepo wierzyć we własną wyjątkowość i ograniczają horyzonty. Lęk przed zmianą każe odrzucać im wszystko co „inne”: niebezpieczniekolorookiego Warłapa, Zewnętrze i nawet słuszne ostrzeżenia seniora rodu... 

Niczego nie zakładaj. Trzymaj się faktów. Otwórz swoje zmysły.

11 grudnia 2015

Ugotowani – na twardo /Hardboiled – antologia/

Jaki hardboiled-owy bohater jest każdy widzi: cyniczny, niewzruszony  - lub jak kto woli wrażliwy „inaczej” – i na dokładkę piekielnie inteligentny. No cóż, bez takiego zestawu cech nie przeżyłby nawet dnia w świecie, który pluje na empatię i współczucie, a za najmniejszy błąd lub oznakę słabości karze śmiercią. Jeśli więc nie jesteś twardzielem, mroczna rzeczywistość zeżre cię od środka, jak nienasycony pasożyt. Przeżuje, strawi i wydali – nie łudź się, nie bawię się teraz w żadne metafory, skończysz po prostu jako kupa g***a. Zapewne więc zastanawiasz się drogi czytelniku, jaką trzeba zapłacić cenę za prawo wstępu do miejsc tak zepsutych, odkształconych i gnijących? Co trzeba tak naprawdę zrobić by w nich przetrwać? Odpowiedź, jak koszmarnie gorzka pigułka na długo pozostawi po sobie cierpki posmak… Jeśli jesteś na nią gotowy, znajdziesz ją właśnie w tej antologii.

05 grudnia 2015

I tylko koni żal.. / Town Creek, Blood Creek, Nienasycony – Joel Schumacher/ 2009

Gdy słyszę stwierdzenie, że ten film został nakręcony na faktach, to robi mi się słabo. To co przyszło nam obejrzeć to przecież fikcja: wariacja mitów, domniemań i wyobrażeń. Pewnie znajdzie się tutaj także kilka faktów - nie można zaprzeczyć temu, że przywódcy III Rzeszy interesowali się okultyzmem – nie wystarczą one jednak, by uznawać takie stwierdzenie za prawidłowe. Chyba, że Schumacher podobnie jak bohater Kodu Himmlera (tekst TUTAJ) wszedł nagle w posiadanie tajnych dokumentów zdradzających szczegóły hitlerowskich eksperymentów, które miały pomóc zawładnąć światem „rasie panów”. Wizja tego, co miałoby być niemiecką, supertajną bronią - tak w przypadku Schumachera, jak i Piotrowskiego - jest dosyć ciekawa. Nie będę jednak ukrywała, że wersja polskiego pisarza bardziej przypadła mi do gustu...

Początek filmu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czarno-biała kolorystyka i skrótowe przedstawienie zdarzeń stworzyły aurę tajemniczości i wzbudziły moją ciekawość. Rodzinę Wollnerów poznajemy w 1936 roku, w momencie, gdy jej członkowie podejmują najgorszą z możliwych decyzji. Zgadzają się przyjąć pod swój dach, delegowanego do nich z Niemiec profesora Richarda Wirtha (Michael Fassbender). Nie wiedzą, że dostąpili tego zaszczytu nie tylko ze względu na swoje niemieckie pochodzenie, ale głównie z powodu znajdującego się na ich ziemi kamienia runicznego. Wirth wierzy, że w Ameryce pozostawili go jej prawdziwi odkrywcy – Wikingowie. Jego z pozoru niewinne badania okazują się tylko drobnym elementem wielkiego planu (Projekt Kensington), jakim jest stworzenie nadludzko silnej i nieśmiertelnej istoty.

03 grudnia 2015

Nawiedzony film /Szatańskie taśmy, Playback - Miachel A. NIckles/ 2012

Dziś będzie o bardzo wyjątkowym filmie -  bilety  kupiły na niego 33 osoby. W dniu premiery zarobił on 252$, a przez następny tydzień kolejnych 12$. W sumie – szaleństwo - 264$. Żeby nikogo nie dobijać nie napiszę ile zielonych pochłonął jego budżet, zdradzę tylko, że chodzi o sporą kwotę  - siedmiocyfrową.... Finansowo więc Szatańskie taśmy okazały się totalną klapą, ale czy to oznacza, że film jest aż tak zły? Owszem jest to produkcja toporna, nie zagrało w niej wiele elementów, jednak bądźmy szczerzy: gorsze szmiry osiągają lepsze wyniki. Spektakularną porażkę produkcja ta zawdzięcza więc nie tyle swojej mierności, co przede wszystkim dystrybutorowi. Ten potraktował ją po macoszemu: nie dość, że wprowadził tylko do jednego kina, to jeszcze za szybko się poddał.

Historie z nawiedzonymi taśmami są dobrze znane fanom horrorów. Tym razem w ich pułapkę ma wpaść Julian Miller (Johny Pacar), który zafascynowany morderstwem sprzed lat (1994) pragnie, w ramach szkolnego projektu, nakręcić o nim dokument. Jego kumpel Quinn, pracujący w archiwach gazety ma załatwić mu stare nagrania tamtejszych wydarzeń, ciekawość powoduje jednak, że chłopak najpierw sam je ogląda. Jego ciało przejmuje ukrywający się w taśmie duch mordercy - Harlan Diehl. Chcąc odnaleźć swojego potomka, opętuje kolejne osoby. A reszty możecie się domyśleć.

W Szatańskich taśmach  kuleje (a raczej czołga się) prawie wszystko. Co najbardziej dokucza widzowi to nazbyt rozcieńczona fabuła, w której zgubiła się istota filmu. W efekcie powstał teen horror films, w którym dominują wątki obyczajowe: chłopak ma dziewczynę, dziewczyna ma urodziny, policjant jest podglądaczem, inny chłopak chce zrobić film o mordercy i na szczęście ma kolegę pracującego w archiwach, ten kolega to ćpun-outsider, który ze swojej pracy zadowolony zbytnio nie jest itd. Zwyczajne wtręty, które zazwyczaj stanowią tło głównej akcji, nie zostały tym razem umiejętnie posklejane i odpowiednio wyważone. Wpłynęło to także na jakość straszenia. Jest zbyt nudno i zbyt przewidywalnie by wykrzesać z widza jakieś emocje (no poza rozczarowaniem). Nie przemyślano sensowności użycia kolejnych elementów. Skoro już kręcimy film o nawiedzonej taśmie – chociaż duchowi nie przeszkadza zapis cyfrowy, co mnie osobiście załamało – to skupmy się na tym bardziej niż na fryzurze nawiedzonego chłopaka. Reżyser mylnie założył, że urozmaicenie podsyci ciekawość widza i odwróci jego uwagę na tyle, by nie rozwiązał intrygi przed czasem. Dał się ponieść i czerpał inspirację na chybił trafił z każdej możliwej konwencji. Bez sensu powtrącał sceny gore, które rażą sztucznością i nie przekonują (swoją drogą lepiej z posoką radził sobie Julian w swoich amatorskich filmikach niż rzekoma, wykreowana na potrzeby filmu rzeczywistość). Żeby rozmaitości wszelkich był dostatek według reżysera nie mogło zabraknąć także ujęć found footage.

Aktorsko Szatańskie taśmy są zupełnie przeciętnie. Najgorzej wypadł Toby Hamingway jako Quinn - zupełnie nie pasował do tej roli. Nie dał rady wykreować wiarygodnej postaci. Trąci pozerstwem i sztucznością. Pewnie dlatego nawet jego charakteryzacja nie robi wrażenia.

Co można w tym filmie potraktować na plus? Stare kilkusekundowe nagrania wyglądają naprawdę przyzwoicie. Także archiwa, w których pracuje Quinn, generują całkiem niezły klimat. To jednak zdecydowanie za mało, żeby uciągnąć całość. Ewidentnie Nicklas miał kilka niezłych pomysłów, nikt go jednak w porę nie ostrzegł, że realizowanie wszystkich na raz nie przyniesie najlepszego efektu. Żaden z nich nie będzie miał bowiem szansy by się obronić, skoro został ledwie zarysowany.

Rok: 2012
Kraj: USA
Reżyser: Miachel A. Nickles
Scenariusz: Miachel A. Nickles

01 grudnia 2015

Muzyka łagodzi obyczaje /Miasteczko szeptów – Vincent Zabus/

Czy piękne miasteczko może być bardzo ponurym miejscem? Najwyraźniej tak, skoro właśnie w takim mieszka mała Alicja. Urokliwe uliczki i schludne domki same nie mają szans zrobić dobrego wrażenia, gdy brakuje im najważniejszego: tętniącej życiem atmosfery. Bynajmniej nie mówimy o miasteczku wyludnionym. Mieszkają tutaj psy – ale takie, które nie szczekają, można spotkać i koty – które mruczą tak cichutko, że prawie w ogóle, można nawet wybrać się na tutejszą imprezę aby posłuchać orkiestry – która nie wydaje z siebie dźwięków - nikogo to jednak nie dziwi, nawet tutejsze gitary nie mają strun. Wokoło panuje tak wszechmocna cisza, że chmury upodobały sobie tutejsze niebo, jako miejsce odpoczynku. A najgorsze, że zmęczeni szeptaniem mieszkańcy przestali ze sobą rozmawiać. Nikt się tutaj nie uśmiecha, a uczucia, które powinny zostać wyśpiewane, na zawsze stają się niewyznaną miłością. Do uszu przypadkowego wędrowca nie dotrze stąd przyjazny gwar - nikt nie śpiewa, nie nuci, nie nawołuje. Pewnie więc raczej się do miasteczka nawet nie zapuści, tylko przezornie ominie je szerokim łukiem. Jak się łatwo domyślacie: przekleństwem tego tajemniczego miejsca jest cisza. W miasteczku obowiązuje bezwzględny zakaz hałasowania. Niestety nikt nie pamięta jednak skąd się wziął i dlaczego tak restrykcyjnie trzeba go przestrzegać.

26 listopada 2015

Seryjni mordercy #5 Bogdan Arnold – śląski „Władca Much” i jego horror na poddaszu

Nie zastanawiałem się nad tym czy tę kobietę przyprowadziłem po to, żeby odbyć z nią stosunek, czy po to żeby ją zamordować. Cel zawsze miałem ten sam - wyżyć się i mordować.

Kraków wyhodował na swoim łonie psychopatycznego młodzieńca Karola Kota, Katowice stały się domem Bogdana Arnolda (1933-1968) – sadysty nazywanego „Władcą Much”. Ten uczynny elektryk, zamieszkał ze swoją trzecią żoną, na poddaszu przy ulicy Dąbrowskiego 14. Zaadoptowana na kawalerkę pralnia – o jej zajęcie mieszkańcy mieli pretensje do nowego lokatora – szybko stała się miejscem kaźni dla kilu kobiet. Gdy ówczesna partnerka Bogdana po kilku miesiącach odeszła od niego - a raczej od niego uciekła - został sam ze swoimi sadystycznymi upodobaniami. Okazja by dać im upust przyszła sama, i to nie raz. Sponiewierać, zgwałcić i zabić – z tym Bogdan nie miał problemów. Najtrudniejsze okazało się dla niego likwidowanie zwłok. Próbował je rozpuszczać, część gotował i spuszczał do kanalizacji, sporo „mięsa” wynosił i dokarmiał nim bezdomne koty. To szczególnie irytowało jedną z sąsiadek, która nie mogła znieść tego, że ktoś wyrzuca tyle mięsa i to dziwnego, bo ani to wołowina, ani cielęcina, ani wieprzowina…. Z morderstwa na morderstwo było coraz gorzej, nie pomogły obite blachą drzwi i pozalepiane papierem okna: w końcu zbrodniarza zdradziły kłębiące na poddaszu muchy.

20 listopada 2015

Penis w erekcji nie ma sumienia / Kto tam?, Knock Knock – Eli Roth/ 2015

Przedzierając się przez czeluści internetu możemy natrafić na informację, że powyższa maksyma była często przytaczana przez babcię Evy Longorii. Ja po raz pierwszy usłyszałam ją od Samanthy, jak dla mnie najciekawszej bohaterki Seksu w wielkim mieście. Trudno oczywiście komukolwiek przypisać autorstwo tej złotej myśli. To typowa anonimowa*** mądrość ludowa, która nie traci na aktualności - niestety. Jej nieustająca obecność świadczy tylko o tym, że my, ludzie wciąż lubimy zasłaniać się biologią, gdy nam nasze bycie „istotami świadomymi/wyższymi” zwyczajnie nie wychodzi, albo jakby to ujęli psychoanalitycy, gdy id zdominuje superego. Jeśli chodzi o pewną konkretną sytuację przodują w tym mężczyźni, którzy uważają, że stają się bezbronni, gdy władzę nad nimi przejmuje ON. I z tego powodu oczywiście należy im pobłażać, ponieważ poniekąd sami są w tej sytuacji ofiarami. 

Wiecie jak to jest mieć wszystko? Evan Webber (Keanu Reeves) należy do tej grupy ludzi, która wie. Ma dobrą pracę, może rozwijać swoje pasje (ma na to czas i pieniądze), swoje sukcesy dzieli z równie jak on utalentowaną, kochającą żoną i dziećmi. Co najważniejsze Evan jest szczęśliwy, lubi swoje życie i szczerze kocha bliskich – po prostu sielanka. W to wszystko wkrada się niestety „ale” - no właśnie, jedno małe „ale” – Evan jest mężczyzną, i gdy pewnego deszczowego wieczoru, odwiedzą go dwie ponętne dziewczyny, o jego dalszym życiu zadecyduje jego penis. I nie ważne, że żałuje, że jest mu przykro i, że gdyby mógł cofnął by czas: stało się. I od  tego momentu dwie urocze uwodzicielki przechodzą metamorfozę. Przeobrażają się w psychopatki-mścicielki, które zamieniają życie bohatera w piekło i pokazują mu, ile tak naprawdę jest wart. Aż się chce zanucić: mniej niże zerooooo, mniej niż zerooooo…. Nie ważne, jak wspaniały jest mężczyzna, jak mądry, dobry, ciepły, jak bogaty i spokojny – nie ważne ile ma zalet - gdy dwie młódki dobiorą mu się do spodni, dostaje małpiego rozumu. Po prostu przegrywa. Fabuła jest prościutka i czytelna dla widza. Na początku wręcz śmieszy nas naiwność bohatera: przecież trzeba być ślepym, by nie dostrzec dwuznaczności całej sytuacji. Zachowanie dziewcząt nie jest ani odrobinkę subtelne i inteligentny facet powinien się połapać już w momencie, gdy otwiera drzwi. Zamiast tego Evan daje się osaczyć we własnym azylu.

16 listopada 2015

O mruczącym majestacie, czyli samodzielnych mistrzach ewolucji / Zaklinaczka kotów – Mieshelle Nagelchneider/

Mimo mojego wczesnego wyobrażenia samej siebie w roli Alicji organizującej spotkania towarzyskie przy herbacie dla moich kotów-dziwaków, stałam się kimś na wzór Mowgliego z Księgi Dżungli.

Przerażające jak mało wiemy o kotach, jak wiele złego robimy antropomorfizując i polegając na mitach, które bierzemy za niepodważalne prawdy. I niestety pisząc w liczbie mnogiej, głównie mam na myśli nas, kotolubnych – bo często myślimy, że „znamy się” na sierściuchach… Ta książka ta kubeł zimnej wody na niejedną głowę.

Nie ma drugiego takie zwierzęcia jak kot.

Chciałam zacząć ten tekst od propozycji, byśmy wyobrazili sobie jakby to było być kotem. Od razu jednak zauważyłam bezsens takiej prośby. Nawet wyobrażając sobie jak to jest być kotem, robimy to po „ludzku”. Niestety nie jesteśmy w stanie wyjść poza ramy tego, co jest nam znane i przez nas doświadczone. Zapewne właśnie to ograniczenie sprawia, że nie raz zupełnie nieświadomie i niechcący robimy swoim podopiecznym, mniejszą lub większą, krzywdę. Nie znając przyczyny, nie widząc jej w sobie, stajemy nagle w obliczu takiego zachowania, którego nie potrafimy zaakceptować. Wypieszczony maluch niczym tajfun demoluje wszystko w zasięgu wzroku, kochany pieszczoch ostrzykuje moczem wymarzoną kanapę, łagodny dotąd rezydent staje się agresywną bombą, czyścioszek zamiast kuwety woli nasze buty, a wychuchany mruczek zaczyna się samookaleczać. W takich sytuacjach najczęściej, całkiem słusznie, pierwsze kroki kierujemy do weterynarza. Gdy ten jednak wykluczy przyczyny medyczne tego, co nas niepokoi i bezradnie rozłoży ręce - zderzamy się ze ścianą niewiedzy. Niektórzy uznają, że taki już „urok” ich pupila i rezygnują z jakiegokolwiek działania poświęcając swój dobytek, inni poszukają kotu następnego domu lub wyrzucą go na ulicę, jeszcze inni stwierdzą, że zwierzak jest złośliwy, podły i nie do zresocjalizowania - postanowią go więc uśpić (ach, gdyby tak uśpić każdego człowieka, który „źle” się zachowuje!). Mało komu przyjdzie do głowy, że wina nie leży po stronie kota, który reaguje po prostu jak kot, lecz po naszej: w naszych niedopatrzeniach, naszych wyobrażeniach i oczekiwaniach wobec pupila, naszym zachowaniu lub środowisku jakie tworzymy.

08 listopada 2015

Uczłowieczenie natury /Dialogi zwierząt - Sidonie Gabrielle Colette/

Dialogi zwierząt zapamiętam na długo. Ostatnio tak wiele się u mnie działo, a jeszcze niespodziewanie zmieniłam pracę. Związany z tym stres i niepewność sprawiły, że zaczęłam balansować na granicy zwątpienia: tak wiary we własne możliwości, jak i jakąkolwiek przyszłość. A stąd był już tylko krok do tego żeby się poddać. Mózg pracujący na najwyższych obrotach, próbujący poskładać w przejrzystą całość niezrozumiałe elementy nowej codzienności,  potrzebował odskoczni i wytchnienia. Na szczęście właściwa książka zawsze nas znajdzie, gdy jej potrzebujemy. W moim wypadku okazał się nią zbiór literackich igraszek, wręcz psotek, autorstwa Sidonie Gabrielle Colette.

03 listopada 2015

Tam gdzie kataklizm to chleb powszedni /Strachopolis – Dorota Wieczorek/

Strachopolis, miasto regularnie, bo raz w miesiącu, nawiedzane przez kataklizmy - od wiewiórek mutantów po deszcz ognistych meteorytów - i najeżdżane dosyć często przez Marsjan. W jego trzewiach czujnie śpi nieodgadniona magia, a ulice i podziemia zamieszkują potwory (głównie takie, które poddano resocjalizacji). Niestety nie brakuje tutaj także takich, które ukrywają się w ludzkiej skórze (a tych z wiadomych przyczyn resocjalizacji się nie poddaje). Poza tym, jak na szanujące się miasto-katastrofę przystało i to ma swoje sekrety. Nie bez powodu jest więc labiryntem, który nie lubi wypuszczać raz złapanej zdobyczy. Czyż nie jest to idealne miejsce na przeżycie przygody życia? Jeśli tylko macie na taką ochotę: zapraszam do lektury.

Tuż po tym, gdy czytelnik otworzy książkę, natknie się na galerię nietypowych portretów. Z obrazów spoglądać na niego będzie szereg postaci – jak łatwo się domyślić bohaterów powieści. Wystarczy zawiesić oko np. na Johnie Tronie i Ściekowej Wróżce (w ogóle co to za imiona!) i już od razu wiadomo, że Strachopolis będzie opowieścią, w której strach, owszem się pojawi, ale tylko na pół gwizdka, więcej będzie tutaj śmiechu i karykatury. Jakież więc jest nasze zdziwienie, gdy na początku lektury autorka wrzuca nas w sam środek dramatycznych wydarzeń: posiadłość Baltazara Brylskiego, najlepszego pośród Pogromców Strachu, strawiły płomienie. Jednak to nie widok pogorzeliska wywołuje grymas bólu na twarzach zebranych (chociaż nie wszyscy tutaj mają empatyczne odruchy) lecz to, że pośród zgliszczy odnaleziono maleńkie kości. A te z pewnością należały do dzieci Baltazara…

31 października 2015

Nie wszystko zło na co pada deszcz /Lichotek i czarodzidło - Ian Oglivy/

Do niedawna Lichotek nie miał nikogo bliskiego. Teraz nie dość, że odzyskał rodziców (w sumie to już dwukrotnie), mieszka z nim Niania Flanelcia i Partacz, to jeszcze w jego życiu pojawiła się malutka Matylda. Tak moi drodzy, dobrze przypuszczacie: familia Stubbsów się powiększyła. A jak na rodzinę czarodziejów i mandzideł (zwłaszcza, gdy takie wykąpie się w smoczej krwi) przystało, Matylda nie może być zwyczajnym bobasem. Po prostu nie ma mowy! Wyjątkowość Tylci oczywiście ściągnie na naszych bohaterów sporo kłopotów. Prawdę mówiąc one i tak wyjątkowo do nich lgnęły, więc dziewczynka zmieni tylko ich kaliber.

26 października 2015

Czasem słońce, czasem deszcz.../ Lichotek i Dragodon – Ian Oglivy/

O ile dobrze pamiętamy Lichotek był sierotą. I to taką trochę „nie tego”. Bo kto to widział, żeby sierocie wytykać, że śmierdzi, nie myje włosów i ścina sterczące kłaki kuchennym nożem? Owszem bohater mieszka w koszmarnych warunkach, jest podle traktowany przez prawnego opiekuna, ale okrzyk trwogi, który ciśnie się na usta w związku z tą sytuacją, zostaje przez te jego tłuste i sterczące włosy, skutecznie stłumiony. Nie mamy więc tutaj do czynienia z żadną apoteozą cierpienia: jest strasznie i nieprzyjemnie, ale nie do końca poważnie, ponieważ gdy czytamy o Lichotku, cały majestat związany z rolą ofiary gdzieś pryska.

Pisząc o tym, że „był sierotą”, miałam na myśli, to że „już” nią nie jest, a właściwie to nigdy nią nie był. Podczas wielkiej przygody na makiecie kolejki elektrycznej i walki jaką stoczył ze złym czarnoKsiężnikiem Bazylim Deptaczem, w pierwszej części swoich przygód, odkrył, że jego rodzice żyją. I całkiem przypadkowo ich uratował: w momencie, gdy wredny Bazyli za jego sprawą się „rozciapciał”, prysło rzucone na nich zaklęcie „skamienienia”. Sam Lee (bo tak naprawdę ma na imię nasz dzielny chłopiec, woli jednak by nazywać go Lichotkiem) nadrabia stracony czas z mamą, tatą i nianią Flanelcią, poznając przy tym rodzinne, magiczne sekrety. Rodzice postanawiają zafundować chłopcu wszystkie stracone urodziny na raz! Dzieciak, który nie miał niczego i jadał odpadki, nagle ma: dom (i to nie byle jaki: bo Dwór Merlina), kochających bliskich, mnóstwo zabawek (ubrania i furę smakołyków zresztą też), a także wiernego towarzysza – pieska Partacza. Ten ostatni, jak pamiętamy upodobał sobie Lichotka już w poprzedniej części, doceniając jego walory zapachowe. Fakt faktem, że „cuchnący dzieciak” śmierdzi już mniej, a właściwie w ogóle, ale Partacz nie jest zbyt wybredny i w jego wielkim serduchu jest miejsce także dla czystego Lichotka. I wszystko byłoby cudownie, gdyby rodzice nie zabrali  go do najfantastyczniejszego miejsca na świecie - na Wyspę Śmiechów - gdzie COŚ wpadło na ich trop. Nad głowami naszych bohaterów zaczęły zbierać się czarne chmury. A jak wiemy z poprzedniego tomu, takie zawsze podążają wiernie za czarnoKsiężnikami...

15 października 2015

Kobieta, wino i VHS /All Hallows' Eve 2, Cukierek albo psikus 2/ 2015

Wieczór Halloween, samotna kobieta w domu (obowiązkowo z winem) i podrzucona przez tajemniczego, zamaskowanego jegomościa kaseta VHS. To nie mogło się  skończyć dobrze.

W sequelu All Hallow’s Eve (tekst TUTAJ) na kanapie przed TV – tym razem bez dzieci pod opieką – zasiadła z kieliszkiem czerwonego trunku Andrea Monier. Swoją drogą (jak na moje kaprawe oko) aktorka bardzo podobna do grającej w pierwszej części Katie Maguir - przez chwilę myślałam nawet, że ta sama. Nasza bohaterka, nie przejmując się raczej podejrzanym typem, który kręci się pod jej oknem i podrzuca pod drzwi VHS, już na wstępie wygłasza pogląd na temat wyższości kaset video nad Blu-ray. Według niej zbyt czysty obraz powoduje, że film trąci sztucznością, dlatego też ochoczo „odpala” magnetowid, by chłonąc niedoskonałość nagrań z taśmy. Zapewne aktorka dzieli się z nami w ten bezpośredni sposób opinią większości twórców, których shorty przyjdzie nam wraz z nią oglądać. Trudno to nazwać delikatną sugestią. Grunt to bezpośrednia komunikacja - każdy zrozumie taki przekaz.

04 października 2015

Karaluchy pod…lokomotywy /Lichotek i Czarnoksiężnik – Ian Oglivy/


Lichotek Stubbs nie ma mamy ani taty. Ma za to prawnego opiekuna – klasyczną macochę w postaci śmierdzącego (bo niedomytego), wrednego (taka natura) Bazylego Deptacza. Ten nie dość, że ma naprawdę paskudny charakter (chociaż zawsssssssze mówi prawdę) i nie najlepiej wygląda (nie owijajmy w bawełnę – budzi odrazę), to jeszcze rozsmakował się w uprzykrzaniu Lichotkowi życia. Poniża go, ogranicza i karmi odpadkami, w momencie, gdy sam na  jego oczach zajada się pączkami i popija je różową oranżadą. Nic dziwnego, że chłopiec jest wciąż głodny i marzy o sutym, prawdziwym posiłku.

Jakby tego było mało nasz bohater sypia na szmatach w kuchni, gdyż w jego sypialni okna pomalowane są na czarno, łóżko przypomina trumnę, a w szafie znajdują się dziwaczne ubrania, np. kurtka z trzema rękawami. Chłopiec od dawna nie wziął także kąpieli – to co wypełnia wannę, gdy odkręci się kurek jest tak paskudne, że lepiej z tym nie ryzykować. Nie tylko jego pokój i łazienka są ohydne - cały dom jest upiorny, brzydki i opanowany przez insekty. Wszystko śmierdzi tutaj pleśnią i niezidentyfikowanym czymś (lepiej nie wiedzieć, ani nawet się nie domyślać, czym). Nie dziwi więc, że nawet ulica przy której stoi dom jest opustoszała – działa on tak samo odpychająco na ludzi, jak i sam Bazyli, który nie cierpi nikogo i którego również nikt nie cierpi. W mroku ponurej rzeczywistości,  w której dzielnie trwa Lichotek, pali się jedno małe światełko: kolejka elektryczna. Bazyli na strychu pieczołowicie buduje makietę miasteczka, której najważniejszym elementem są tory i jeżdżące po nich najprawdziwsze, zabawkowe pociągi! Bazyli bawi się nimi w najlepsze, gdy ma dobry humor pozwala nawet chłopcu popatrzeć na własną przyjemność. Okrucieństwo do kwadratu. Lichotek jednak nie narzeka, wie, że niczego to nie zmieni. Pewnego dnia, po wyjątkowo niedobrym obiedzie wpada na pomysł, by pozbyć się Bazylego chociaż na chwilkę i samemu pobawić się kolejką – dotknąć zakazanego owocu. Wysyła więc Opiekuna do banku. Jego plan jest bardzo dziurawy: Bazyli przecież w końcu dowie się, że nikt do niego nie dzwonił i wpadnie w furię, zobaczy także, że Lichotek dotykał jego kolejki, a poza tym PRZECIEŻ jest niedziela – żaden bank w miasteczku nie jest otwarty. Deptacz jest jednak bardzo chciwy (zarządza w końcu majątkiem podopiecznego), daje się więc nabrać i wraz z towarzyszącą mu nieustannie czarną chmurką wyrusza do miasteczka.

03 października 2015

Silesia Mini Maraton o Puchar RADIA RMF FM 03.10.2015

Data: 03.10.2015 11:00
Miejsce: Silesia City Center
Tytuł: Mini Silesia Maraton
Organizator: RMF FM
Cena: -

Ostatnio prześladuje mnie pech. Jesienną edycję Leśne run i Bieg Równonocny przetrwałam dzięki antybiotykom. Dziś okazało się, że „usterka” której nabawiłam się na wtorkowym treningu jest poważniejsza niż myślałam i może mi przez jakiś czas utrudniać funkcjonowanie. W połowie trasy znów „łupnęło” i już nie puściło… Dobrze, że to tylko mini maraton, czyli 1/10 królewskiego dystansu. Inaczej mogłoby być ciężko, bardzo ciężko.

01 października 2015

Doktor Moreau przewraca się w grobie /Hammerhead: Shark Frenzy, Człowiek Rekin - Michael Oblowitz/ 2005

Ten film to must see dla każdego fana kina klasy „Z”. Zwłaszcza takiego, który w swoim życiu miał (nie)przyjemność oglądać chociaż jeden odcinek prawdziwego horroru wszech czasów, czyli Mody na Sukces. Biorąc pod uwagę to, ile ten tasiemiec ma odcinków, trudno zakładać, że ktokolwiek mógł takowego nie widzieć. Dlaczego wspominam o tej produkcji przy okazji tekstu o Rekinoludziu? Dlatego, że główną rolę w filmie o usilnych próbach rozmnożenia rekina młota dostała Hunter Tylo, czyli słynna, serialowa dr Taylor, jedna z kolejnych żon sławnych Foresterów (czy jakoś tak).

29 września 2015

Człowiek – Ćma na oku cię ma.../Mothman – Sheldon Wilson/ 2010

MOTHMAN: PRAWDA TO CZY MIT?

Demon (?), zawdzięcza swą nazwę popularnej w latach sześćdziesiątych w Stanach postaci Zabójczej Ćmie (Killer Moth) z serii o Batmanie. Wszystko zaczęło się pod koniec 1966 roku, kiedy to Point Pleasant (Przyjemny Punkt) zaczęło huczeć wręcz od plotek o pojawiającym się w okolicy potworze. Do miasteczka przyjechał nawet John Keel – nowojorski dziennikarz zajmujący się badaniem zjawisk paranormalnych i znany ufolog - który o swoim „śledztwie” w Point Pleasant napisał książkę Mothman Prophecies. Dowodził w niej, że sprawa Mothmana to tylko czubek góry lodowej zjawisk, które mają miejsce w Wirginii Zachodniej.

28 września 2015

Mordercze żuwaczki /Caved In, Atak megakaraczanów – Richard Pepin/ 2006

Po tym, jak rozpisywałam się nad Atakiem krwiożerczych pijawek, które w rzeczywistości były minogami, jakoś chrząszcze w roli karaczanów mnie już nie ruszają. Szkoda strzępić palce na klawiaturze. Tak więc w skrócie: bohaterów tego monster movie tudzież animal attacku mordują CHRZĄSZCZE żyjące pod ziemią, w zawalonej kopalni. Kolejne ekspedycje chciwych poszukiwaczy skarbów są dosyć rzadkie, co więc jedzą insekty wielkości samochodów, gdy akurat takowych nie ma? Ciężko stwierdzić. Może „uprawiają” kanibalizm? Jeśli tak, czy już dawno nie wykończyłyby się między sobą? Szybko porzućcie takie pytania i wątpliwości, nie warto się nad tym zastanawiać - nie o logikę w tego typu filmach chodzi. Zwłaszcza, że chrząszcze i ich zwyczaje stanowią tutaj najmniejszy problem.

26 września 2015

Jak zdobyć cały świat, świat, świat.... / Po czym poznasz, że twój kot spiskuje przeciwko Tobie? - The Oatmeal/

Czy twój kot też przesypia prawie całą dobę? W rzadkich chwilach aktywności  prawie słania się na łapkach, jakby przymierał głodem i wlepia w ciebie błagalny wzrok? Albo tuż po tym, gdy zaśniesz, jak gdyby nigdy nic zaczyna grzebać w żwirku z intensywnością, sugerującą, że podjął próbę przekopania się do Japonii? Akurat, gdy robisz coś bardzo ważnego, on koniecznie musi znajdować się w centrum uwagi? Prawdziwie adorowany czujesz się głównie wtedy, gdy bierzesz do ręki jego miskę? Gdy coś nabroi z prędkością światła zamienia się w mruczącą kupkę nieszczęścia? Jeśli na kilka z tych pytań odpowiedziałeś drogi czytelniku twierdząco, to wiedz, że znalazłeś się na celowniku – mają cię.

23 września 2015

Zabawa w szpiega /Jak złapać rosyjskiego szpiega? - Naveed Jamali, Ellis Henican /

Co robi zwykły chłopak, gdy zostaje nagle podwójnym agentem i podejmuje grę w „kotka i myszkę” z rosyjskim szpiegiem?? Odpowiedź na to pytanie – jak dla mnie – jest szokująca, brzmi ona bowiem: pisze o tym książkę.

Podczas lektury wciąż myślałam o tym, że nie lubię Naveeda Jamali. Stanowił on według mnie najsłabsze ogniwo powieści, której jest zarazem współautorem i głównym bohaterem. Gdy dotarłam do ostatniej strony musiałam się dobrze zastanowić nad tym, co stanowi przyczynę mojej niechęci do tej postaci. Czułam bowiem, że ta moja antypatia ma drugie dno. Po namyśle okazało się, że to jednak nie Jamali stanowi dla mnie główny problem. Po prostu cała historia - podobno oparta na faktach - jest dla mnie niewiarygodna. Zastanówmy się bowiem: bohater boi się, że zostanie zdemaskowany, obawia się, że Rosjanie odkryją, co zrobił  i zagrożą jemu i jego rodzinie. A następnie postanawia napisać o tym książkę. Mało przekonujące.

Sceptycznie podchodzę również do tego, że FBI pozwoliło na tak „swobodne” ujawnienie faktów. Przecież w przyszłości może to „spalić” jakąś inną akcję. Wbrew temu, co próbuje nam się w książce wmówić, Rosjanie nie są ograniczonymi gburami z workami na śmieci poupychanymi po kieszeniach. Potrafią dodać dwa do dwóch i wyciągnąć z tego wnioski. Wydaje mi się również, że minęło za mało czasu od opisanych zdarzeń, by je upubliczniać. Podejrzewam, że żadna tajna akcja z Olegiem nie miała nigdy miejsca. Wygląda mi to raczej na bardzo zmyślną formę promocji książki – jeśli się nie mylę - chylę czoła przed geniuszem, który tak dobrze odświeżył, zużytą (głównie przez filmy) konwencję „true story”.

15 września 2015

Magia nieszczęśliwych zakończeń /Straszne bajki dla niegrzecznych dzieci – Marcelina Kosińska/

W przeszłości, pojawiające się w opowieściach Baby Jagi, skrzaty, potwory, smoki w dużej mierze miały charakter dydaktyczny, wynikający z chęci popularyzacji określonych zachowań. Z czasem owe stwory się skomercjalizowały. Współcześnie „demony” mają przede wszystkim bawić, w mniejszym stopniu uczyć i straszyć. Obecne potwory, raczej psocą niż stanowią realne zagrożenie, często pomagają człowiekowi lub same pomocy potrzebują - nie sposób traktować ich więc poważnie. Marcelina Kosińska, autorka Strasznych bajek dla niegrzecznych dzieci, postanowiła sięgnąć do korzeni, odkurzyć pierwotne znaczenie i funkcje strachów. Trzeba przyznać, że sam pomysł był bardzo ciekawy (podobny do tego z książki Bajki dla niegrzecznych dzieci i ich troskliwych rodziców słowackich autorów Dušana Taragela i Jozefa Gertiliego Danglára), niestety jego wykonanie pozostawiło wiele do życzenia. W osiągnięciu celu przeszkodził brak konsekwencji: obok treści makabrycznych i przesyconych mrokiem i brutalnością, autorka umieściła także opowieści smutne, lekkie i komiczne.

14 września 2015

Megalodon odsłona trzecia /Starcie potworów, Megarekin kontra mecharekin - Emile Edwin Smith/ 2014

Nie rozumiem dlaczego polskie tłumaczenie tytułów – co by nie było części cyklu – jest tak bardzo niekonsekwentne. Trzecia część harców megalodona została zatytułowana Starcie potworów, zamiast - Megarekin kontra Mecharekin. Przypominam, że przy pierwszej części też ktoś zaszalał, ze starcia gigantycznego rekina z ogromna ośmiornicą uczyniono: Megaszczęki kontra Megamacki. W drugiej całkiem sensownie nikt się nad tytułem nie wysilał, zwyczajne Megarekin kontra Krokozaurus - zamiast wymyślnych Megaszczęk, Megałuski lub Megagada - jasno dawało do zrozumienia, co się będzie działo na ekranie. O ile jednak przy dwóch częściach było przynajmniej oczywiste, że chodzi o serię z MEGA-, o tyle przy trzeciej widz może poczuć się zagubiony. Skoro już znacie wszystkie trzy tytuły, pragnę was jeszcze poinformować, że trylogia nie jest trylogią. Powstała już czwarta część przygód sympatycznego chrzęstnoszkieletowego: Megarekin kontra Kolossus. Zanim jednak megalodon zmierzy się z Kolossusem (pamiątką z czasów zimnej wojny napędzaną czerwoną rtęcią) musi stoczyć bój z mecharekinem.

13 września 2015

Pająki ziejące ogniem/ Lawalantula - Mike Mendez/ 2015

Jeśli jeszcze nie widzieliście Plagi podziemnych pająków z pierdzącymi ogniem pająkami w rolach głównych - szybko to nadróbcie. Dziadostwo bowiem najwyraźniej zmutowało. „Nowe” pająki - lawalantule - nie dość, że żyją w lawie, to jeszcze plują ogniem, a z kącików otworu gębowego wypływa im lawopodobna, paląca ciecz. Dla niepoznaki zmieniły także swoje ubarwienie: z albinotycznej na czarną. Stały się także smakoszami. Szczególnie upodobałby sobie ludzkie mięso – koniecznie upieczone i chrupiące.

To właśnie z nimi przyjdzie się zmierzyć wyblakłej już gwieździe kina akcji Coltonowi Westowi (w tej roli niezapominany Steve Guttenberg, czyli sierżant Carey Mahoney). Podstarzały aktor, znany głównie z roli superbohatera - „Red Rocket” - odkrywa, że w najnowszej produkcji, w której przyszło mu zagrać, ma walczyć z insektami. Robali po prostu nie lubi, więc  oburzony (no dobra, zwyczajnie strzelił focha) opuszcza plan – i najprawdopodobniej traci pracę, którą wybłagał dla niego agent Arni (nie uwierzycie: Danny Woodburn). Pech chce, że wracając do domu staje się świadkiem inwazji ogromnych pająków. Niewiele trzeba by aktor stał się bohaterem, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi życie jego syna Wyatta (Noah Hunt). To samo zresztą tyczy się jego żony Olivii (Nia Peeples), która bardzo szybko odnajduje się w roli mścicielki i pogromczyni wrednych stawonogów. Przy umiejętnościach tej kobiety, bardzo blado wypada nawet oddział wyszkolonych żołnierzy. W skrócie: Los Angeles napadają lawalantule i garstka cywilów ratuje świat przed niechybną zagładą. Film kończy się obowiązkową rozpierduchą i wysadzeniem matulilawalantuli.

12 września 2015

Alicya vs Godzilla

Gdyby ktoś nie wiedział (trudno to sobie wyobrazić, ale młode pokolenie potrafi zadziwiać) czym jest Godzilla, to już wyjaśniam. Godzilla to gigantyczny potwór z japońskich filmów sci-fi wyglądający jak skrzyżowanie kilku gatunków dinozaurów (iguanodon, tyranozaur, stegozaur) i aligatora. Chodzi wyprostowana na tylnych łapach, ma długi ogon, ostre kły, łuski i pazury – to maszyna do zabijania i niszczenia. Pierwszy raz na ekranach kin mogliśmy oglądać ją w 1954 roku. Fenomen tego jaszczura i jego popularność, przeszły najśmielsze oczekiwania twórców. Do tej pory nakręcono już ponad 30 filmów z jego udziałem! Nikogo nie obeszło specjalnie to, że w pierwszym filmie Godzilla zginęła, w drugim zresztą też… Świat szybciutko zapomniał także o tym, że w założeniach Godzilla miała być ogromną ośmiornicą – i to akurat chyba dobrze.

10 września 2015

Mała syrenka lubi smak ludzkiego mięsa/ Mamula, Nymph, Nimfa - Milan Todorović/2014

Tytuł filmu zadziałał na mnie jak magnes, i to tak silny, że nawet niezbyt pozytywne opinie nie zniechęciły mnie do obejrzenia go. I wiecie co? Spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, więc mile mnie ta serbska produkcja zaskoczyła. Tytułowa Mamula to mała, skalista wyspa położona na Morzu Adriatyckim, która kiedyś należała do Wenecji. W XIX wieku na polecenie Lazara Mamuli wybudowano na niej twierdzę – więzienie. W trakcie drugiej wojny światowej, wojska włoskie urządziły sobie tam w ramach rozrywki kącik tortur. A jak zauważa jeden z bohaterów filmu: krew przyciąga krew. Nic dziwnego więc, że miejsce te stało się domem pewnej mitycznej istoty.

Faktycznie istniejące, posiadające ciekawą historię miejsce, stanowi same w sobie świetną bazę/punkt wyjścia do napisania interesującego scenariusza. Nie spodziewałam się, że ktoś może połączyć taki motyw z mitologią. A jednak! I nie dość, że ktoś te dwa wątki połączył, to jeszcze zrobił to w zgrabny sposób. Już w pierwszych scenach, tajemnicza pieśń i plusk wody zdradzają widzowi z jakim niebezpieczeństwem będzie miał tym razem do czynienia. Jeśli jeszcze się nie domyślacie, chodzi o SYRENĘ. Tym razem nie będzie to jednak żadna ślicznotka o romantycznej duszy, marząca o tym by mieć nogi. Bądźmy szczerzy filmy z syrenami, to najczęściej komedie romantyczne. Nasze wyobrażenie o tych kochliwych pół rybach, pół ludziach pochodzi przede wszystkim z bajek. Mała Syrenka Andersena wolała zamienić się w pianę niż zabić ukochanego, a Disney zafundował nam szczęśliwe zakończenie całej historii. Współczesność zapomniała, że te morskie pannice, o których mowa, to potwory. Zdaje się nie dostrzegać tysięcy lat tradycji, które przestrzegała przed ich okrucieństwem. Nie dziwi mnie więc, że jeden z bohaterów filmu cytuje Odyseję Homera. To bowiem pierwszy, znany utwór, w którym pojawiają się syreny. Tutaj owe bestie, swoim śpiewem hipnotyzują i doprowadzają do pomieszania zmysłów, z przyjemnością topią żeglarzy, a poza tym po prostu smakuje im ludzkie mięso. Wypisz wymaluj opis naszej tajemniczej bohaterki.

09 września 2015

Duchowy przywódca Tybetańczyków i jego kotka /Kot Dalajlamy – David Michie/

Czy kot mnie słucha? Czy analizuje to co mówię? Czy prycha z pogardzą, gdy paplam o niczym przez telefon? Czy czujnie obserwuje mnie, gdy czytam na głos fragmenty książek? Dziwi mnie, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Przecież jestem świadoma złożoności natury tej wspaniałej istoty...Dopiero jednak lektura Kota Dalajlamy spowodowała, że zrodziły się w mojej głowie pewne pytania. Dlaczego kot nie miałby się uczyć?

A to wszystko za sprawą głównej bohaterki książki Davida Michie, która dzieli się  nami swoimi wspomnieniami i przeżyciami. Oczywiście nie trzeba być jasnowidzem, by  domyślić się, że mowa o tytułowej kotce. Początek życia naszej kociej gwiazdy miał dramatyczny przebieg. Wraz z rodzeństwem została uprowadzona  przez dwóch biednych chłopców, którzy pragnęli zarobić na puchatych kuleczkach parę rupii. Jako najsłabsza z miotu nie miała szans - bez jedzenia, po upadku, który na zawsze osłabił jej tylne łapki – nie była zbyt atrakcyjnym „towarem”. Czuła, że powoli uciekało z niej życie. Chłopcy postanowili się jej pozbyć i szczelnie zawinęli ją – przyduszając - w gazetę. Na szczęście świadkiem sceny był przejeżdżający obok Dalajlama. Kupił kotkę i przygarnął ją pod swój dach. Mała szybko doszła do siebie, porządnie odkarmiona (a nawet przekarmiona) stała się wdzięcznym towarzyszem mnichów. W związku z tym, że odkąd zawitała pod dach Jego Świętobliwości uzyskała dostęp do wielkich tajemnic  i wiodła ekscytujące życie pełne nauk - postanowiła się z nami podzielić swoimi doświadczeniami. Po co bowiem komuś wiedza, skoro nie przekazuje jej dalej??? Nawet kot wie, że tylko wtedy stanowi ona jakąkolwiek wartość.

08 września 2015

„Trzeba wytrwać, przejść przez osty, żeby być kimś, sobą.” /Moje - nie moje - Liliana Bardijewska/

Historia, którą mam przed sobą, z baśnią Andersena pt. Brzydkie kaczątko ma tylko kilka punktów wspólnych. Niby niewiele, ale wystarczyło bym nie potrafiła nie patrzeć na opowieść Bardijewskiej przez pryzmat wspomnianej baśni. W obu bowiem zanim przychodzi radość, pojawia się ból i zagubienie, odrzucenie spowodowane „brzydotą”. Pięknie wyeksponowany przez Andersena motyw braku akceptacji dla inności, pisarka przekazuje nam w nieco łagodniejszej formie. 

Symboliczny brak akceptacji dla brzydoty (inności), płytkość kultury porównań, odrzucenie i budowanie własnej wartości – odnajdywanie siebie - mimo wszelkich przeszkód, to kluczowe poruszane, przez oboje twórców motywy. Autorka Moje – nie moje w przeciwieństwie do klasyka oszczędziła jednak małemu czytelnikowi obserwowania przykrości jakie spotykają kaczątko, które uciemiężone i samotne ociera się nawet o śmierć. Podczas lektury jej bajki zostajemy zatrzymani po „drugiej stronie”, nie poznajmy historii z punktu widzenia biednego ptaszka. Oglądamy tylko reakcje i zachowania innych – głównie  dorosłych – oraz ich wpływ na maleństwo.

04 września 2015

Co nam zaoferujesz sycylijska Lolitko? /Zapach twojego oddechu – Melissa P./

Kolejna książka, której jedynym plusem jest intrygująca okładka. I właśnie na niej radziłabym zakończyć lekturę. Zapach twojego oddechu to chaotyczny, przeciekający przez palce bełkot, pozbawiony jakichkolwiek konkretów i najdrobniejszego sensu. W skrócie: pomyje. Pierwszy raz czytałam te „dzieło” 8 lat temu. Wtedy trafiły do mnie pojedyncze zdania i wypisałam sobie kilka cytatów. Niepotrzebnie chciałam sprawdzić czy i dziś tak będzie…

03 września 2015

Chcę być inna! /O zebrze, która chciała być w kwiatki - Anna Onichimowska/

Niedawno pisałam o książce Teodorczyka Jak umierają ptaki (tekst o książce TUTAJ), zbiorze baśni dla dorosłych – ważnych na różnych etapach życia. Jedna z pierwszych opowiedzianych przez autora historii dotyczyła pewnego małego osiołka, który marzył o  nowych, pięknych kopytkach…

Akcja tej baśni rozgrywa się w czasach, gdy świat wyglądał nieco inaczej niż dziś: Kiedyś dawno temu, w czasach gdy zebra miała jeszcze poziome pasy, żółw nie na żarty ścigał się z gepardem, a skóra nosorożca była tak cienka jak liść z drzewa, osiołki miały wielkie i owłosione kopyta. Mały osiołek, główny bohater baśni, chciał zamiast wielkich i owłosionych „kloców”, mieć zgrabne i śliczne racice. Aby osiągnąć cel wybrał się w długą i trudną podróż do mędrca, który miał spełnić jego życzenie. Po drodze zaczął nawet doceniać posiadane przez siebie, solidne nogi, bez nich bowiem nie pokonał by niejednej górskiej ścieżki. Gdy dotarł już na miejsce opowiedział człowiekowi o swoim pragnieniu i ten owszem dał mu śliczne raciczki, odebrał mu jednak w zamian jego śpiewny głos. Odtąd osły mają delikatne kopyta i okropnie ryczą. Jeden morał z tej bajki jest taki, że chcąc osiągnąć marzenia wykorzystujemy to, co już posiadamy i niestety właśnie tego często nie doceniamy. A drugi, że wszystko ma swoją cenę i naprawdę warto się zastanowić, czy jesteśmy w stanie ją zapłacić.

02 września 2015

Karuzela, karuzela, karuzela zdarzeń /Córki marionetek - Maria Ernestam/

Przez kilka dni nie umiałam zabrać się do napisania tekstu o tej książce. Powód owej słabości był bardzo prosty: niesamowicie się nią rozczarowałam. Wydawca obiecał czytelnikowi trzymający w napięciu thriller psychologiczny – śmiem więc wątpić, czy spośród osób odpowiedzialnych za wydanie książki - poza tłumaczką - tak naprawdę ktoś Córki marionetek przeczytał. Na szczęście dosyć szybko orientujemy się, że lektura wcale nie jest tą, którą nam zareklamowano i mamy szansę zmienić do niej nastawienie. Jeśli nie poczujemy się z tego powodu oszukani i lubimy psychologiczne dramaty możemy mieć z lektury chociaż odrobinę przyjemności. Podkreślę jednak, że tylko odrobinę, ponieważ powieść, tak czy siak, nie powala.

31 sierpnia 2015

Sierpniowe czytadła i filmidła

Sporo się w tym miesiącu działo. Nękały nas upały, które spowodowały kryzys energetyczny. Efektem tego były ograniczenia w dostawie prądu i wody. Mózgi lasowały się od temperatur i w sumie ciężko było nawet czytać. Na dokładkę przyszło mi się zmierzyć ze spontaniczną przeprowadzką. Podobno nie ma czegoś takiego, no ale ja to ja - mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić, że jednak istnieje. I chociaż w momencie, gdy piszę te słowa wokół mnie walają się ubrania, buty i książki (na jedno i drugie należy mi się sądowy zakaz kupowania), a w lodówce obecne są tylko: śledzie (po kaszubsku - a co tam, jak szaleć to szaleć), ketchup (pikantny) i światełko - to uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Przyznam wam się, że jedną z przyczyn jest to, że skręciłam dziś stolik (dzięki czemu mam gdzie postawić laptopa i kawę), pokonały mnie jednak uchwyty i pokrywki z garnków - to kolejny dowód na to, że kuchnia nie jestem miejscem mi przeznaczonym. 

27 sierpnia 2015

Drogi inwazji /Zakażenie – Scott Siger/ Tom II

Wojna nuklearna czy uderzenie asteroid jest groźne, ale najbardziej palącym problemem przed którym stoi ludzkość to plaga - wojna biologiczna. Powyższe zdanie wypowiedział jeden z bohaterów serialu iZombie. Trudno się z nim nie zgodzić. Cóż przeraża nas dziś bardziej od wirusów, bakterii, grzybów, pasożytów, toksyn, które nie tylko dziesiątkują populację ludzi w zastraszającym tempie, ale na dokładkę odbierają człowiekowi jego ukochaną wolną wolę, możliwość decydowania o samym sobie, a w skrajnych przypadkach odbierają nawet możliwość myślenia? Jeśli nie zginiemy, stajemy się jakąś wersją zombie: jednostką zaprogramowaną przez potężną siłę, małym trybikiem w ogromnej maszynie zniszczenia. Kluczowy problem stanowi tutaj rozmiar – agresor najczęściej nie jest ogromnym potworem, jego mikroskopijne gabaryty czynią go niewidzialnym dla homo sapiens. Poza tym szybko się rozprzestrzenia, a jako przeważający  liczebnie wróg jest trudny do pokonania. Nie ważne więc czy w grę wchodzą jakieś obce formy życia (Gwiezdne wrota, Ostatnie dni na Marsie, Inwazja) czy ziemskie potworności (Martwica mózgu) wszystko zasadza się na tej samej obawie, na tym samym lęku, który ulega znacznemu wzmocnieniu w sytuacji, gdy okazuje się, że wróg szybko się uczy. Zbyt szybko.

26 sierpnia 2015

O książce obrazem #8

Infekcja i Zakażenie Sigler'a zrobiły na mnie spore wrażenie. Za ich sprawą na kilka godzin oderwałam się kompletnie od rzeczywistości. Nie mogłam więc nie podjąć próby zilustrowania kilku scen związanych z tymi książkami. To co widzicie, to i tak tylko maleńki wycinek myśli i obrazów, które szamotają się w mojej głowie odkąd dałam się wciągnąć w tę historię. Mam szczęście, że mnie jeszcze nic nie swędzi :)

Oba tomy stanowią gotowy scenariusz na naprawdę świetny serial, będący wybuchową mieszanką kilku gatunków: horroru, thrillera, sci-fi i sensacji. Jestem ciekawa, jaki byłby efekt przeniesienia wojny z tajemniczymi pasożytami-obcymi na ekran. Na razie jednak trzymam kciuki za Wydawnictwo Gmork, oby jak najszybciej wydało trzecią i ostatnią część trylogii. 

Infekcja Scott Sigler

Infekcja i Zakażenie Scott Sigler

Zakażenie Scott Sigler

Infekcja i Zakażenie Scott Sigler

W trakcie robienia zdjęć nikt nie ucierpiał. W roli głównej wystąpiło: mięcho z kurczaka.

22 sierpnia 2015

Zanim się podrapiesz – przeczytaj / Infekcja – Scott Sigler/ Tom I

Uczyliście się na biologii o osach z gatunku Glyptapanteles, które usypiają gąsienice i składają w nich jaja? Jeśli nie, należy wam się kilka słów wyjaśnienia: po wykonanej misji osy odlatują, a przebudzona gąsienica nieświadoma niczego, w spokoju wiedzie dalej swój gąsieniczy żywot, głównie jedząc. Larwy, gdy już się wyklują, wyżerają żywicielkę od środka, do samego końca utrzymując ją przy życiu. Instynktownie nie dotykają kluczowych dla jej życia organów. Superochroniarz zapewnia larwom pokarm i kryjówkę, tak długo aż nie dojrzeją. Gdy bufet przestaje być potrzebny, maleństwa wydostają się z ofiary, rozrywając ją. Czy trzeba wspominać, że gąsienica w trakcie „narodzin” jest nadal żywa i wszystko „czuje”? Chyba nie. Matka natura co dzień kręci  świetne filmy grozy, deklasując ludzkich twórców. Niektórzy na szczęście potrafią czerpać z niej inspirację, tak jak autor Infekcji. W książce Sigler'a ludzie zajmują miejsce gąsienic. Ta informacja poraża naszą świadomość. Ale kim są osy, które umieściły w ciałach homo sapiens tajemnicze trójkąty – tego się z pierwszego tomu nie dowiemy. Pozostają nam tylko domysły, które powodują, że kierujemy przerażony wzrok ku niebu.  W każdym razie ci „ktosie” nie mają  przyjaznych zamiarów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...