03 sierpnia 2016

A rekiny nadal warczą – "Planeta rekinów" Mark Atkins 2016

Widzieliście kiedyś Wodny świat Kevina Costnera? Jeśli nie – nic straconego. Możecie nieco nadrobić braki oglądając jedną z najnowszych produkcji Sy-Fy, będącej skrzyżowaniem tejże epickiej produkcji ze Szczękami Spielberga. Przyznam, że dopóki nie poznałam zarysu fabuły w mojej głowie zrodziło się pewne nieśmiałe wyobrażenie Ziemi zdominowanej przez rekinich najeźdźców z kosmosu. Idąc tym tropem wydumałam jeszcze planetę X, na której najwyższą formą życia są istoty przypominające nasze rekiny. Oczywiście ludzie podczas swoich wypraw w nieznane przypadkowo na tę planetę trafiają i… niestety potem dowiedziałam się o czym naprawdę jest Planeta rekinów i mi się odechciało wymyślania. Trzeba przyznać, że pomysł na film, mimo, iż odległy od moich wyobrażeń, był całkiem ciekawy. Szkoda, że produkcja okazała się tak koszmarnie nudna.

19 lipca 2016

Zawsze jest ktoś, kto cię obserwuje /Idealna – Magda Stachula/

Tytuły typu: Wierna, Przeklęta czy Zdradzona nie przyciągają mojej uwagi, Idealna również nie miałaby więc szans tego dokonać. Tak zatytułowane książki kojarzą mi się nierozerwalnie z kobiecą obyczajówką i romansem, a nie przepadam jakoś szczególnie za tymi gatunkami. Z całą pewnością więc przegapiłabym debiut Stachuli, gdyby nie przypadek (a raczej zrządzenie losu). Znak w przypadku tej powieści postawił na prowokacyjną akcję marketingową, w której zakłada się z czytelnikami, że książka im się na pewno spodoba. To wystarczyło bym zainteresowała się Idealną. Najpierw zdziwiłam się, że mam do czynienia z thrillerem psychologicznym, a następnie tym, że zarys jego fabuły wydaje mi się bardzo intrygujący. Nie bez rezerwy – bo wiadomo „ściema dźwignią handlu” – zabrałam się więc za lekturę. I wiecie co? Moje obawy nie były uzasadnione. Idealna to całkiem udany debiut, a Magda Stachula mnie do siebie przekonała tworząc ciekawą intrygę, realne postacie i atmosferą tajemnicy. Jeśli tylko w przyszłości jej twórczość nie skręci zanadto (bardziej) w stronę obyczajówek, to z chęcią sięgnę po kolejną jej książkę.


Dwie reporterki. Dwie ekipy. Jedna pustynia. W sumie: reality show / The Before Time – Miguel Müller/ 2016

Muszę przyznać, że film skusił mnie plakatem. Podobieństwa do Wzgórza mają oczy, nie dało się bowiem ukryć. Oba twory nie mają oczywiście ze sobą wiele wspólnego – no może poza krajobrazem. The Before Time to historia dwóch rywalizujących ze sobą ekip telewizyjnych (KXTZ i KGGR), które zostają wysłane na pustynię, by odnaleźć legendarny indiański skarb. Już wcześniej w okolicy znaleziono zwłoki pozbawione głów, nie trudno więc się domyśleć, że Ci którzy strzegą złota Navahów, nie pozwolą go sobie odebrać. Czego się jednak nie robi dla sławy i bogactwa?

Ludzie lubią oglądać spięcia i negatywne emocje. Ekipy muszą więc być skłócone by program miał dużą oglądalność. Dlatego pomysłodawcy projektu postanowili, że muszą wziąć w nim udział dwie skonfliktowane ze sobą prowadzące: Kimberly i Cate. Blondynka i brunetka. Niestety tak ich docinki i wrogość, jak i nie śmieszne żarty reszty członków ekip wypadły bardzo sztucznie. Czyhające na bohaterów złowieszcze siły również nie wzbudziły takiej grozy i napięcia jak powinny. Za to, że nie udało się stworzyć odpowiedniego klimatu odpowiada więc w dużym stopniu poziom aktorstwa. Odnosimy wrażenie, że na ekranie oglądamy ludzi z łapanki. Czasami zastanawiam się jak bardzo kiepscy aktorzy muszą przychodzić na castingi do takich produkcji, skoro Ci których oglądam okazali się wśród nich najlepsi….

The Before Time to produkcja zdecydowanie przewidywalna: mamy brak zasięgu, ostrzeżenia, skłonność do podejmowania ryzykownych działań, rozdzielanie się, wewnętrzne tarcia i typowo ludzkie pragnienia, które w końcu muszą wykończyć bohaterów. Jedyne co trudno było tutaj odgadnąć, to kolejność zgonów. Trzeba przyznać, że pomysł na film sam w sobie był dosyć ciekawy i miał potencjał. Indiańska legenda, nie rozumiejący świata przodków oraz ich wartości współczesny człowiek, plus specyficzna formuła Reality Show, to całkiem wdzięczny temat. Niestety budżet nie pozwolił mu rozwinąć skrzydeł. Oczywiście czasami nie trzeba mieć wielkich funduszy, by stworzyć coś intrygującego - bo pomysł w połączeniu ze zmyślną fabułą są w stanie się obronić. W tym wypadku to się niestety nie udało. Found footage - które szczerze już się widzom przejadło – nie pomogło tym razem zatuszować braków w portfelach twórców, tylko niepotrzebnie rozdrażniało widza. Reżyser, Miguel Müller, chciał po prostu zbyt wiele pokazać, nie mając do tego środków – i wszyło, co wyszło.

Miguel ma na swoim koncie krótkometrażową, czarno-białą „Yolandę”, która została bardzo dobrze przyjęta przez widzów. Warto dać mu szansę i w przyszłości zobaczyć jakiś jego film. Wtedy dopiero będzie można ocenić czy The Before Time (które lepiej sobie odpuścić) to maksimum jego możliwości, czy zwyczajny „błąd w sztuce”. Jeśli już ktoś naprawdę musi zobaczyć tę produkcję w ramach ciekawostki, proponuję by na czas seansu zaopatrzył się w przekąski (lub procenty) poprawiające nastrój.

Rok: 2016
Kraj: USA
Reżyser: Miguel Müller
Scenariusz: Scott Bunt, Miguel Müller

18 lipca 2016

Oby mordercze pączki okazały się lepsze /Marsjańska ziemia, Martian Land – Scott Wheeler/ 2015


Bywają takie filmy, których obejrzenie kosztuje nas tyle, że pisanie o nich wymaga nadludzkiego wysiłku. W temacie „złych produkcji” w tym tygodniu (może nawet miesiącu) doszłam już do ściany. Marsjańska ziemia mnie dobiła - ani to śmieszne, ani ciekawe, ani… cokolwiek. Taki mega nudny gniot podczas oglądania którego kilkakrotnie zapadłam w śpiączkę. Podobno film miał być mockbusterem Marsjanina – no bez jaj! Nawet Asylum, stać przecież na więcej.

Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości. Gdy już wykończyliśmy Ziemię, to przenieśliśmy się ze swoimi destrukcyjnymi zdolnościami na Marsa. Najwyraźniej niewiele nas nauczyła pierwsza planetarna porażka i na kolejnym globie również szybko podgrzaliśmy atmosferę, wywołując niszczącą wszystko wulkaniczną burzę piaskową (czy jakoś tak). Filmów nie ogląda się po to by uczyć się fizyki itd. Zauroczony obrazem widz w większości przypadków nie rejestruje błędów w produkcjach, ale w przypadku kiepskich filmów ich bzdurność jest jedynym na czym skupia się uwagę. Podczas seansu myślałam więc tylko o tym, że marsjańska atmosfera jest (tak plus minus) dwieście razy rzadsza od ziemskiej, więc nawet gdy na czerwonej plancie mocno wieje, niewiele ma to wspólnego z niszczycielskim żywiołem. Wbrew temu oglądana przez nas burza - o dziwo – gna jak szalona, przewraca metalowe konstrukcje i niszczy kopuły, które chronią nowe ludzkie miasta. Może po prostu planeta widząc, co stało się z jej poprzedniczką tak bardzo chce pozbyć się ludzkich pasożytów, że aż łamie rządzące nią prawa fizyki? W sumie kosmos jest nieodgadnionym miejscem, więc dlaczego by nie.

Zresztą kosmos pozostaje nieodgadnionym do tego stopnia, że tak naprawdę niewiele trzeba by go zawojować. A już na pewno niewiele trzeba by skolonizować Marsa. Właściwie to każdy z nas jest już na to gotowy! Kojarzycie siedzonka z samochodzików i helikopterków dla dzieci „straszące” na marketowych pasażach? Obok plastikowych guziczków i drążków oraz parcianych pasów bezpieczeństwa, to totalne must have do budowy statku. Trzeba zainwestować także w maskę spawalniczą (jakoś trzeba przecież oddychać!), kilka sznurków, ochraniacze na kolana i łokcie oraz - najdroższy element - strój płetwonurka. Ten krótki opis wystarczy by zrozumieć, jak niski budżet miała omawiana produkcja… Większość przedmiotów nawet nie próbuje tutaj udawać, że jest czymś innym niż jest.

W każdej produkcji mamy głównych bohaterów. Tym razem zaprezentowano nam dosyć nietypową rodzinkę. Miranda (Jennifer Dorogi) jest szychą, jej eks-mąż Foster to supernaukowiec, a ich córka Ellie (Arianna Afsar) utknęła w marsjańskim bunkrze. Foster wraz z obecnym mężem Mirandy – istna opera mydlana - lecą na ratunek uwięzionej dziewczynie. Panowie nawet się podczas wyprawy polubili, ale prawa rządzące takimi filmami są nieubłagane – do domu wróci tylko jeden z nich. Co ciekawe cudem ocalona przed piaskową burzą latorośl, informuje ojca, że kocha inaczej i przedstawia mu także swoją życiową partnerkę Idę (Chloe Farnworth). Jednym słowem: nowa planeta, nowy początek i nowe horyzonty. Nie byłoby to złe, gdyby ktoś nie przekombinował i nie próbował na siłę z tego robić coś zabawnego. W efekcie od całego filmu i zawartego w nim przesłania o przyszłości ludzkości, więcej głębi ma ulotka środka czyszczącego. Czytanie jej dostarcza nam zresztą nawet więcej rozrywki…

Oczywiście nie obyło się także bez tandetnych, wygenerowanych komputerowo scen. Nie są one jednak tak tragicznie, jak  absolutnie żenująca gra „aktorów”. Większość pojawiających się na ekranie osób, myślami jest zupełnie gdzie indziej. Uciekając przed śmiercią, serwują nam miny z cyklu: „czy na pewno wyłączyłam żelazko?”, gdy jednak ktoś poinformuje ich, że za chwilę będzie zbliżenie i muszą się wykazać, paraliżują nas nadmierną i nietrafioną ekspresją. Niekwestionowanym drewno - masterem okazał się Foster (Lane Townsend), który konając pozostaje niewzruszony niczym skała – zero czegokolwiek. Nie drgnął mu nawet mięsień – sam Terminator mógłby mu pozazdrościć opanowania. O tym, że brakuje mu tlenu dowiadujemy się z podłożonego dźwięku: świszczącego oddechu.

Lubię kino klasy Z za jego absurdalność. W tej konkretnej produkcji nie odnalazłam jednak niczego poza śmiertelną dawką nudy. Zdecydowanie trzymajcie się od tego czegoś z daleka. Po cichu liczę na to, że Scott Wheeler bardziej wykaże się jako reżyser zapowiadanej na ten rok produkcji o intrygującym każdego pączkowego łasucha tytule: Attack of Killer Donuts. Trzymam kciuki!

Rok: 2015
Kraj: USA
Reżyser: Scott Wheeler
Scenariusz: Jeremy M. Inman

30 czerwca 2016

Kto zombie wojuje od zombie ginie / Dead 7 – Danny Roew/ 2016

Nick Carter (???)….Nick Carter (??)…..Nick Carter (!)…..Gdy zobaczyłam nazwisko scenarzysty wiedziałam, że coś dzwoni. Nie wiedziałam niestety w którym kościele. A potem nagle przyszło oświecenie i załamanie w jednym. Okazało się bowiem, że to TEN Nick Carter z TEGO boys bandu. I nie tylko jest on autorem scenariusza, ale także postanowił obsadzić się w jednej z głównych ról. Do „zabawy” zaprosił również kilku innych członków popularnych niegdyś (wcale nie taka zamierzchła przeszłość) zespołów. Podczas seansu paraliżował mnie więc lęk, że będą musiała oglądać ich wygibańce. Że niczym w musicalu, lub produkcji Bollywoodzkiej, w najmniej odpowiednim momencie zaczną tańczyć! A takiej kombinacji - postapokalipsa zombie na Dzikim Zachodzie (western jak nic), plus wesołe pląsy rodem z lat 90’tych – moja psychika mogłaby nie wytrzymać.

29 czerwca 2016

Figle i kociaki /Kocia mama - Maria Buyno-Arctowo/

Podczas lektury Kociej mamy przeniosłam się myślami do czasów dzieciństwa. Miałam to szczęście, że na każde wakacje wyjeżdżałam do pradziadka na wieś. Spędzonego tam czasu nie zamieniłabym na nic. Do dziś miło wspominam całe dnie na świeżym powietrzu, smak czereśni i papierówek prosto z drzewa oraz mleka prosto od krowy. Wciąż czuję guza, którego nabiłam sobie grabiami podczas sianokosów i podszczypywanie gęsi, które goniły mnie po podwórku. Pamiętam wędrówki za kurczętami i kaczuszkami, szczególnie, gdy tym drugim wybudowało się „basen”. W codziennych zabawach i nicnierobieniu zawsze towarzyszyły mi psy i koty. Do dziś pamiętam imię każdego pupila. Gdy ja „kosztowałam” tego tylko przez kilka tygodni w roku, Zochna – główna bohaterka książki – żyła tak na co dzień, przez calusieńki rok.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...