28 listopada 2014

Jessabelle, Jessabelle, Jessabelle..../Klątwa Jessabelle - Kevin Greutert/ 2014

Klątwa Jessabelle to klimatyczny horror - takie nastrojowe ghost story - o rodzinnej tragedii z VooDoo w tle (przez co kojarzy mi się nieubłaganie z Kluczem do koszmaru). I mimo mojego całego marudzenia, którego się za chwilę na waszych oczach dopuszczę, zaznaczam na wstępie, że: film ogląda się dobrze, przyznaję, że całkiem miło spędziłam te 1,5 godziny. Jest w tej produkcji coś, co mi się zwyczajnie podoba. Po pierwsze zaskoczenie. Owszem, człowiek zazwyczaj się go w horrorach spodziewa, ale naprawdę rzadko reżyserowi udaje się tak poprowadzić fabułę, by widz niemal do samego końca nie przewidział jaką formę przybierze owo zaskoczenie. W tym konkretnym przypadku się to udało, a to niewątpliwy plus. Po drugie: atutem filmu jest również jego senna atmosfera, która pozwala w spokoju zachwycać się dopieszczonymi, pojedynczymi ujęciami. Znalazła się wśród nich prawdziwa perełka, która mnie urzekła – ukazująca nieco impresjonistyczny obraz zawisłej tuż nad taflą jeziora mgły. Piękne, delikatne, oniryczne, a nawet ośmielę się powiedzieć, że magiczne. Doświadczyłam swoistego satori podczas tych kilku sekund.

27 listopada 2014

Biednemu zawsze grzyb w oczy / Prawdziwki i zmyślaki – Krzysztof Daukszewicz/

Przyznam się bez bicia, że czytałam to w wannie. Na sucho mi nie wchodziło. Na trzeźwo jeszcze tak, ale na sucho już nie. Za boga. Najwyraźniej książka z grzybem w tytule – Prawdziwki i zmyślaki - potrzebuje wilgotnego klimatu.

Tak dla przypomnienia, autor omawianych anegdot i felietonów, to satyryk. Satyryk ze "starej szkoły",  który swojego artystycznego warsztatu nie sprowadził jeszcze do analno-gównianego poziomu, w jakim każe nam się taplać wszechobecna popularna, tzw. kultura. Jego żarty nawet, gdy są dosadne, to nigdy nie bywają wulgarne. Obśmiewa oczywiście ludzkie przywary, robi to jednak tak, by nikogo nie krzywdzić. Dobra satyra nie polega bowiem na bezlitosnym upokarzaniu i wdeptaniu bezbronnej ofiary w błoto. Jak widać, nadal są wśród nas piewcy ten chwalebnej idei.

26 listopada 2014

Dzwonek do drzwi

Źródło: FormaJestWiezieniemAleBrakFormyNieJestWolnoscia

Nagły dzwonek do drzwi wyrwał mnie z sennego transu - nie, nie dzwoniło mi tym razem w przytkanych uszach, nawet tego nie sugerujcie. W efekcie rozdzierającego ciszę jazgotu, tego przeklętego ustrojstwa, rozchełstany szlafrok upstrzyłam nowymi plamami z kawy. Normalnie skrzydła mi opadały. Do tej pory tylko one – obskubane ale zawsze swoje - jeszcze jakoś się trzymały, w przeciwieństwie do całej reszty. Wszystko inne bowiem dawno już mi opadło. I wiecie co? Wisi mi to. Nie trudno zgadnąć, że nie miałam siły nawet zakląć, więc tylko cicho jęknęłam. Tak to przynajmniej brzmiało w mojej głowie, w rzeczywistości bowiem z obolałego gardła wydobył się tylko nieprzyjemny warkot. Zrezygnowana, drżącą ręką, odstawiłam nieszczęsny kubek na biurko. Ledwie się zmieścił, następny do kolekcji: nie od dziś wiadomo, że mój metabolizm używa głównie kofeiny do zwalczania wirusów – pewnie dlatego tak opornie mu to idzie. Mój cynizm (taka immamentna przypadłość, na którą cierpią głównie wredne mendy) nie otworzy jednak za mnie drzwi. Ruszyłam więc niemrawo w stronę napierdzielającego po drugiej stronie futryny, przeznaczenia. Wiadomo, z nim nie ma zmiłuj, nie poczeka, nie pomacham mu przecież przed nosem L4 lub zasmarkaną chusteczką. Jeśli chce mi znów zapaprać życiorys – i tak to zrobi. Rozczochrana, z resztkami wczorajszego makijażu, na bladym polu zwanym kiedyś twarzą, otwarłam w końcu te przeklęte drzwi. W przyzwoitej komedii romantycznej na progu stałby nieziemsko przystojny hydraulik, elektryk, sąsiad (niepotrzebne skreślić lub wpisać zamiast, co tam kogo kręci). Byłby to początek historii prowadzącej do nieuchronnego happy endu, bo oczywiście, mimo moich ewidentnych braków w urodzie i tak by się we mnie bez pamięci zakochał. Ja łaskawie w nim oczywiście też, żeby nie było, że aż taka zołza ze mnie. Życie to jednak nie jest komedia romantyczna. Właściwie, to nawet nie zwykła komedia - bo na progu nie stał też żaden żul z kacem na ramieniu, domokrążca gotów sprzedać własną matkę ani Cyganie gotowi - dla odmiany - kupić mnie i potem sprzedać na części. Nie zasłużyłam nawet na przyzwoity kryminał czy horror: zero dresiarza pałającego żądzą wbicia mi kosy pod żebra i obkopania nerek, psychopaty, chcącego zrobić sobie naszyjnik z moich jelit, ducha, demona…

Po prostu przyszła do mnie listonoszka (ktoś się jednak do mnie zapuszcza - wątpliwe „jupi”) i z uśmiechem na ustach wręczyła mi bestialsko pognieciony i potargany pakunek. Summa summarum, też się do niej wyszczerzyłam, pociągając oblepionym śpikami nosem. W głowie zakiełkowała mi już bowiem pokrzepiająca myśl. Dzięki niej poczułam jak osłabione, znękane chorobą ciało odzyskuje dawne siły, a umysł z sekundy na sekundę uwalnia się z toksycznej mgiełki: Kobieto, za takie traktowanie książek...będzie bolało, mogę ci to obiecać. Pomimo wzbierającego gwałtownie uczucia wściekłości połączonego z żądzą mordu, postanowiłam z tym jednak poczekać. Co na zimno, to na zimno. 

I tak w moje ręce trafiła powieść Śpiewaj ogrody.


Książkę będę miała przyjemność przeczytać dzięki portalowi: Panorama Silesia

21 listopada 2014

Chcecie bajki? Oto bajka: Bob podbija świat /Świat według Boba – James Bowen/

Już widzę, jak „targam” moją kotkę na rower. Byłaby tak wściekła, że samym spojrzeniem wykopałaby mnie w kosmos. Ewentualnie zaliczyłabym tak konkretny cios łapką w tył głowy, że długo nie mogłabym się pozbierać. A kota zen, czyli Boba, mało co rusza, mało co dziwi. Świat ludzi i ich wariactwa przyjmuje ze stoickim spokojem. Nie ma się więc czemu dziwić, że świat ma totalne  fiksum dyrdum na jego punkcie: dwutomowa powieść (jak do tej pory), książka dla dzieci, filmy, wywiady... A ów spirytus movens zdaje się nieszczególnie zwracać uwagę na ten medialny szum wokół siebie. Tak jakby dobrze wiedział, że to wszystko nieistotne, chwilowe. Zdaje się patrzeć na całe to szaleństwo z boku i mówić: „Mami nas fortuna, rzadko obdarza nas uśmiechem”, a ja wiem co w życiu najważniejsze, stałe i dające prawdziwą radość: mój przyjaciel James. Tak, ten kot niezaprzeczalnie ma w sobie magię i wybitny talent do rzucania uroków.

19 listopada 2014

BOB - kocia gwiazda pop, a przede wszystkim PRZYJACIEL /Kot Bob i ja – James Bowen/

Każdy zasługuje na przyjaciela podobnego do Boba. A ja miałem niesamowite szczęście, bo na niego trafiłem...

Nie dziwię się, że historia Boba i Jamesa poruszyła ludzi na całym świecie. Nie dziwię się również, że unosząc się na – wzbierającej wciąż - fali popularności Bowen postanowił spisać wspomnienia i wydać je w formie powieści. Jeśli któryś czytelnik nie słyszał nigdy o Bobie, czy po lekturze nie poszuka tego i owego w internecie? Ciekawe, o ile dzięki tej książce podnosiła się ilość wejść na YouTube. Jak widać machina marketingowa ruszyła pełną parą. Czy jednak tylko o to chodzi? Książka stała się bestsellerem, bo po prostu lubimy takie historie. Zwłaszcza, gdy opowiadają o niezwykłym, charyzmatycznym zwierzaku, który jeździ autobusem, siedzi na ramieniu niczym papuga i załatwia swoje potrzeby do toalety. Chłoniemy takie opowieści i rozsmakowujemy się nimi, bo budzą uśpioną w nas nadzieję.

15 listopada 2014

14 listopada 2014

Wezwanie

Wydało się 
Znaleźli mnie.
Na razie tylko pisemne upomnienie i wezwanie. 

Stawiam bierny opór, nie idę. 
Poczekam na rozwój wypadków.





13 listopada 2014

Przebudzenie Kempnej, czyli udany debiut! (Przebudzenia Doktora Sørena - Magdalena Kempna) DKK

Literacki debiut roku wydawnictwa Novae Res. Po tym co nam na DKK ostatnio zafundowano (Skald. Karmiciel Kruków), to zbladłam, gdy zobaczyłam słowo „debiut” i to polski. Na szczęście panika nie była wskazana i tym razem nie trzeba było wydłubywać sobie oczu. Chociaż przyznam się bez bicia, że lektura nie wciągnęła mnie od pierwszych stron.

Tytuł i okładka sugerują jakąś mroczną historię, całkiem porządnie podszytą grozą. Obawiałam się, że gdy zacznę czytać, to obgryzę paznokcie tak, że zostaną mi tylko kikuty z palców. Zamiast tego w moje ręce trafiło przyjemne kryminalne, nawet trochę baśniowe fantasy. Gdybym napisała, że „pogodne” byłoby to zapewne nadużycie, bo jednak jest mroczny spisek, zatęchłe lochy, trumny, morderstwa, nadużycia i gwałty. Jednak autorka w opisach jest bardzo łagodna. Najmocniejsza i najokrutniejsza scena to ta, w której szlachtowane są konie. Więcej nie zdradzę.

12 listopada 2014

Dzieciak z widłami /Rogi - Alexander Aja/ 2013

Ksiądz Natanek miał rację!!!! Harry Potter to samo Zło!!! Wcielenie Szatana!!! No nie mogłam się powstrzymać. Przypuszczam, że nad aktorem Danielem Radcliffem zawsze będzie już wisiała klątwa Chłopca, który przeżył spotkanie z Sami Wiecie Kim. Podobnie jak nad aktorem, który grał McGyvera, jak mu tak było? No właśnie…hm…McGyver…? Jedna rola potrafi wrosnąć tak głęboko, że zaczyna zastępować prawdziwą skórę. Gdy zobaczyłam, że - zgodnie z pierwowzorem książkowym - Merrin jest ruda, pomyślałam, że „Harry” ma coś z tymi rudymi pannami, czym znów wpięłam go w rolę czarodzieja… Chłopak walczy i najwyraźniej zależy mu na tym, by – ledwo gdy wydostał się z jednej roli - nie  zaszufladkowano go w rolach amanta. Ciągnie go do horroru, nie do komedii romantycznych (chociaż jego typ urody, to by właśnie sugerował). Jeżeli już jesteśmy przy horrorach, to Kobieta w czerni – co by jednak nie mówić – od Rogów jest filmem miliard razy ciekawszym. Książka znów okazała się więc lepsza od filmu. I po co to komu było?

09 listopada 2014

"Istnieje tylko jedno imię stosowne dla kota – Wasza Wysokość" /Kleo i ja – Helen Brown/

Jesienią ludzie przechodzą metamorfozę. Zatapiamy się w ulubionych miękkich miejscach, zapadamy się w koce, poduszki. Szukamy ciepła i spokoju, z kubkiem czegoś gorącego i aromatycznego pod ręką. Stajemy się trochę, jak koty. Dla "kociejącego" bibliofila pora roku nie stanowi właściwie większej różnicy, ale trzeba przyznać jedno: jesienią jakoś inaczej się czyta. Lepiej? I tak oto,mając za oknami piękną, jesienną aurę, z prywatnym, mruczącym grzejniczkiem obok, zabrałam się za lekturę Kleo i ja. I po raz koleiny przekonałam się, że kot to najlepsza inwestycja.

05 listopada 2014

DISC na wesoło. Pingwiny z Madagaskaru

A u nas dziś występy gościnne, w związku z lekturą Rozwiń skrzydła. Zapraszam do zapoznania się z tekstem zaprzyjaźnionego pisarza, ukrywającego się pod pseudonimem: Panzerknacker.

"Podpisuję się obiema rękoma i czym tam jeszcze można się podpisać pod tezą, że autorzy dokonali bardzo umiejętnego zabiegu. Uniknęli monotonnego, profesorskiego języka, jakim charakteryzuje się znakomita większość publikacji traktujących o szeroko rozumianej psychologii, badaniu osobowości czy rozwoju osobistym. Styl tych prac jest monotonny, jednostajny i zapewnia tyle samo wrażeń, co jazda autostradą przez Kansas. Czyli absolutnie zero. Tylko leniwe podążanie od pierwszej do ostatniej strony, a jedyną rozrywka jest przewracanie kolejnej strony.   

04 listopada 2014

Kim jest Twoje dziecko? Model osobowości DISC

Czym jest model osobowości DISC, dowiesz się TUTAJ.


Dziecko. Miliony rodziców rozglądających się niepewnie po naszym współczesnym byćniebyć, z lękiem zastanawia się, jak zoptymalizować możliwości swoich pociech na tym nędznym padole. Każdy chce bowiem, by jego dziecko było szczęśliwe. Co więc pozostaje jego mocnymi stronami, co stanowi dla niego wyzwanie, co przekuć ze słabości w moc, a co jest siłą samą w sobie? Jak dostrzec i docenić jego wrodzone talenty i wychować człowieka sukcesu? Jak nie zniszczyć kiełkującej samoświadomości swoim sposobem postrzegania rzeczywistości? Na początek trzeba odkryć z kim ma się do czynienia. I nie mówię tylko o dzieciach. Warto przede wszystkim spojrzeć w lustro. Przeanalizować szczerze (!) swoje zachowania, reakcje, relacje. Dopiero potem wziąć się za wychowanka. Aby łatwiej dookreślić kim ów mały człowiek jest, specjaliści przygotowali dla nas szereg wytycznych. Są oczywiście bardzo pomocne, nie traktowałabym ich jednak jak wyroczni. Nic nie zastąpi intuicji rodzica i szczerej rozmowy (gdy pociecha już mówi oczywiście).

03 listopada 2014

DISC – model typów osobowości

Książek na temat modelu behawioralnego DISC wydano już całkiem sporo. Zresztą, czemu się dziwić: gdyby doszukiwać się źródeł teorii, to przecież już Hipokrates opisywał cztery temperamenty, a Arystoteles cztery elementy. Potem był Jung, Pawłow, Spranger, Fromm. Trudno, żeby na przestrzeni tylu wieków i tylu doświadczeń ludzkości nie przeanalizować zagadnienia wszerz i wzdłuż. W efekcie owego móżdżenia, bezpośrednio ojcem DISC-u w 1928 roku został Marston.

DISC to potężne, praktyczne narzędzie, dające menadżerom wszelkiej maści, nauczycielom, coachom i handlowcom (ogólnie tym, którzy mają zaszczyt pracować z ludźmi) spore możliwości. Okazuje się, że nie trzeba być bowiem psychologiem, by rozumieć zachowania innych i je w porę przewidzieć. Wystarczy obserwować i dostrajać się - w oparciu o określoną wiedzę. Omawiany DISC, dzieli ludzi na cztery grupy, ze względu na ich cechy charakteru, sposób funkcjonowania w kontakcie z innymi (tak w zespole mieszanym, jak i jednorodnym) i wrodzone talenty. Klasyfikacja Marstona jest dosyć uniwersalna i jej zastosowanie ułatwia funkcjonowanie nie tylko w pracy, ale także w życiu prywatnym. 

02 listopada 2014

Model behawioralny DISC /Rozwiń skrzydła – Merrick Rosenberg, Daniel Silvert/

Jak uniknąć w poradniku belferskiego bełkotu, wyróżnić się na tle miliona? Napisać bajkę. Bajkę o lesie, w którym tajemniczy KTOŚ bezceremonialnie powala drzewa. W bajce tej oddać głos ptakom i kameleonowi. W obliczu katastrofy bohaterowie muszą podjąć przecież konkretne działania: trzeba rozdzielić zadania, zarządzać, przeprowadzić dochodzenie, przeanalizować dane. I najważniejsze: nie pozabijać się przy tym, bo oczywiście powstał niezły harmider, w  efekcie którego ucierpiało kilka piór.

01 listopada 2014

Song śpiącej

Listopadzie, utul mnie, jak tylko ty potrafisz. Obejmij mnie szorstkim ramieniem w skostniałej ziemi. Niech odetchnę teraz. Przebiegłam przecież przez październik z duszą na ramieniu. Biegłam obrazem wspomnianym i w dźwięku z wczoraj. Biegłam każdym słowem wspak, i w przód, i poprzek. Zwłaszcza tym szybkim, które wypadło mu z ucha, bo nie chciał go słyszeć. Widziałam: wysunęło się – robak z zatrutego jabłka i rozbiło o pobliski kamień na tysiąc mniejszych słów. Głupszych, błahych… A ja traciłam oddech. Tak, biegłam, a październik wciąż próbował mnie zdmuchnąć, urwać, i rzucić na zgubę. Jak liście z drzew - te ostatnie, pomięte zmarszczkami, patrzące w hennigdziedal dziurami wypalonymi od łez. I dziwił się, bo ja nie byłam jeszcze martwa, trzymałam się dzielnie. I chociaż wątlejsza z dnia na dzień, jeszcze ważne było dla mnie, że deszcz pada, że gryzie słońce, że ciepła mgła nad okolicą. Czułam jeszcze kolory, głównie te, co mnie zjadały od czubka głowy.

Czekam przecież. Zastygłam w tym oczekiwaniu, jak złowroga wróżba na dnie filiżanki. Pij szybciej, bo tym snem już jestem zmęczona. Chcę już odtajać w końcu, kość po kości…


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...