29 września 2013

Czy coś przebije rybkę zombie? /„Miasto żywych trupów” Brian Keene/


Obie części tego  zombie-stories najlepiej czytać jedna po drugiej. Tłem toczącej się w Mieście żywych trupów bowiem historii, jest ten sam rozsypujący się świat, który mieliśmy okazję przemierzać w Nocy zombie.

Główni bohaterowie względnie bez zmian. Jim - wzór ojca i rodzica, który rzuci się odważnie w ramiona śmierci, by ratować swoje dziecko – to główny bohater poprzedniej części i motyw równie wyeksploatowany w horrorach, co same zombie. Nie ważne, w jak najczarniejszy koszmar przyjdzie się zanurzyć, nie ważne jak beznadziejna i bez wyjścia będzie sytuacja, nie ma bariery, której by nie pokonała - ona: Frankie po detoksie. Trudno nie kpić z braku instynktu samozachowawczego tych postaci, co też charakterystyczne dla wspomnianego gatunku. Ale z drugiej strony, jego posiadanie nie zmieniłoby znacznie ich sytuacji…

Biorąc pod uwagę fakt, że książki były wydane w pewnym odstępie czasu, usprawiedliwione są przypominajki autora. Za długie co prawda i zbyt łopaterne: opisy tych samych scen, a nawet przytaczanie tych samych wypowiedzi bohaterów. Jeśli czytelnik bierze jedną książkę po drugiej, wyda się to nużące i niepotrzebne. Ale ideę rozumiem – wprowadzić czytelnika z powrotem w relacje, z których się go wyrwało, chociaż robi się to nieco łopatologicznie.
Zanim autor się rozpisał, popełnił jednak kilka błędów. Skąd pierwsza żona Jima, ma pewne informacje? Jakim cudem Danny przeżył z zombie –matką pod jednym dachem, skoro ona wiedziała o jego obecności? Gdy sytuacja się zaognia okazuje się, że przypadkiem jakiś sąsiad też przeżył i w porę przychodzi bohaterom z pomocą. Ten schemat cudownego ocalenia pojawia się wielokrotnie i aż za bardzo rzuca się w oczy. Początek jest więc mało wiarygodny i naciągany. Trudno zaakceptować również fakt, że gdy zombie atakują, jest czas na niekończące się dyskutuje.W ogólnym rozrachunku jednak powieść zaczyna się dynamicznie: z hukiem i trzaskiem. Z impetem zostajemy rzuceni w sam środek zombie-stories. To niekwestionowany atut tej powieści.

W tej części poznajemy dokładniej również punkt widzenia zombie. Przyczyny apokalipsy nie są jednak, jak wcześniej sugerowano stricte naukowe, ale poniekąd nasączone mistycyzmem. Narrator patrzy nieraz na świat  oczami i mówi głosem Oba. I tutaj niestety zostaje nam wyjaśnione jeszcze raz, od Adama i Ewy, wszystko co tyczy się demonów….
Przetrwalnia, wieżowiec, przeciekająca Arka Noego – wiele można by mówić o dziele miliardera Darrena Ramsey’a, twierdzy zbudowanej dla kaprysu potęgi i bogactwa. Sam twórca cierpi na kompleks Mesjasza, w pozornie bezpiecznym raju, azylu, pośrodku świata, którego już nie ma, chce zatrzymać czas, a jak? – namiastką normalności. Bezradność ludzi i ich ucieczka w naiwność przeraża bardziej od hord nieumarłych i chyba wszelkich istot nadprzyrodzonych razem wziętych. Instynkty, którymi kierują się ludzie również wypadają żałośnie blado, gdy są tak obnażone przez pisarza.
Miasto żywych trupów:  kiepskie dialogi, drewniana powtarzalna akcja, karykatura horroru, bardziej śmieszy niż przeraża. Pełna niedorzeczności i błędów logicznych w wyniku, których momentami czyta się kiepsko. Drażni mnie postać martwego Martina, który objawia prawdy w snach Frankie - po co? Kolejne tłumaczenie: dlaczego i jak sprowadza się to do braku pomysłu autora…Może i Martin osiągnął wyższy poziom egzystencji, ale tym samym Keene osiągnął wyższy poziom bzdurności.
Autor udziwacznił z premedytacją, i chyba niekłamaną satysfakcją, ile się dało. W końcu czytelnicy sami chcieli, to mają. Zafundował nam, jak pamiętamy zombie-zwierzaki, i nadmiar pierwiastka duchowego z odległych „karnych” wymiarów. Za dużo tutaj wszystkiego, brakuje jeszcze tylko kosmicznych klownów. Nie trudno jednak się w tym wszystkim połapać, ponieważ autor na każdy możliwy sposób upewnia się, że zrozumieliśmy: co chwilę tłumaczy sytuację, a to w sennych widziadłach, a to ustami zombie, zanim te - przegniłe - odpadną oczywiście.
Nienawidzę horrorów z happy endami. Przez całą książkę drżałam, że z właśnie takim czeka mnie spotkanie. Jednak Brain Keene stworzył świetne zakończenie. Mogą mu go pozazdrościć pisarze „kładący” dobre książki na ostatnich stronach. On niewyróżniającą się, nawet bardzo słabą momentami  historię, zakończył bezkonkurencyjnie. I na dokładkę ten KOT imieniem Bóg...Czyżby to jakaś metafora? Motyw w każdym bądź razie, świetny i zapadający na długo w pamięć. Dla tego właśnie, warto było przebijać się przez powielające się schematy i typowe dialogi. Wybaczam wszystko!! Ostatnia strona rekompensuje chwile zwątpienia.

Żadnego pląsania w promieniach słońca, zachwycania się deszczem i pożegnania ze światem, który odchodzi w potokach krwi i flaków. Nic z tego. Chwila relaksu, która usypia czujność kosztuje życie – takie są prawa natury, o których zapomnieliśmy. Złudne poczucie bezpieczeństwa, to zamknięcie się w pułapce wyparcia. Nie zmienia faktów, ani otaczającej rzeczywistości. Bo nie ma już niczego dla ludzkiej rasy, przegraliśmy swoją szansę wieki temu. Nie jesteśmy gotowi na to by walczyć, ani na to by przetrwać. Zjadają nas nasze własne ułomności. Poza tym znów pojawia się pytanie: zasługujemy na to by przetrwać? Może jednostki, ludzkość jako całość: nie. Gdyby miała – to by po prostu przetrwała i tyle.
Bohaterowie popychani złudną nadzieją wciąż, gdzieś uciekają, chociaż nie mają tak naprawdę dokąd. Na świecie nie ma już bezpiecznych miejsc. Instynkt samozachowawczy oszukuje ich jednak skutecznie, mamiąc nadzieją na nielogiczny happy end. Może liczą na jakiś cud, w każdym razie ich postawa jest świetnie zamaskowaną kpiną autora nad naszą kondycją. Jeśli coś negujemy, to wcale nie znika. I na tym zakończę…
Nie jest to pozycja wysokich lotów. Jednak dla fanów zombie, nastwionych na rozluźniającą rozrywkę, to powieść całkowicie wystarczająca.


Ogólnie: 4/6
Wydanie: 3/6
Okładka: 3/6
Czytliwość: 5/6
 
Autor: Brian Keene
Tytuł: Miasto żywych trupów
Tytuł oryginału: City of Death
Wydawnictwo: Amber
Tłumaczenie: Monika Jaworska
Rok wydania: 2008
Oprawa: miękka
Ilość stron: 262
Cena: 29,80zł

Fragment:
Sumerowie i Asyryjczycy znali nasze prawdziwe pochodzenie. Wy nazywaliście nas demonami, dżinami i potworami. Jesteśmy źródłem waszych legend- powodem, dla którego nadal boicie się ciemności w erze światła. Istnieliśmy długo przed tym , jak Michał i Lucyfer zdecydowali, po której stronie staną ze swoimi „aniołami”. Byli niczym innym jak naszymi gorszymi wersjami. Stwórca wygnał nad do próżni bardzo dano temu. On, ten okrutny, którego wasz rodzaj nadal wyznaje. Straciliśmy Jego przychylność, bo was pokochał bardziej. Was – swoje ostatnie dzieło.

Pierwsza część - Brian Keene Noc zombie

http://alicyawkrainieslow2.blogspot.com/2013/10/czy-zasugujemy-na-to-by-przetrwac-noc.html


28 września 2013

Czy zasługujemy na to, by przetrwać? /"Noc zombie" Brian Keene/



Wariacje na temat są nadal bardzo atrakcyjne, bo umarlaki na dobre opanowały nasze umysły. Jeżeli ktoś lubi zombie – pozycja obowiązkowa. Jeżeli nie – może się okazać męcząca.
Fabuła nie jest zbytnio skomplikowana - jak na powieść drogi przystało. Jim Thurmond, jeden z niewielu ocalałych, od czasu apokalipsy chroni się w bunkrze. Czeka...właściwie sam nie wie na co: nieuchronny koniec, szaleństwo, samobójstwo, cud lub…telefon od syna Danny’ego, który wyrywa go z odrętwienia i niemocy. Postanawia przemierzyć kraj, stawić czoła niebezpieczeństwu i go uratować. A raczej właściwie go spotkać i się pożegnać, że tak złośliwie zauważę, bo niby jak ma go uratować przed tym, co się dzieje?
Nasz nieskomplikowany bohater, spotyka podczas podróży innych ocaleńców. Czytelnik właściwie poznaje tych „innych” wcześniej i pozostaje mu tylko czekać, aż drogi „wybranych” nareszcie skrzyżują się na kartach powieści. Ludzie, którzy może nigdy nie mieliby okazji się spotkać, będąc niedobitkami, wchodzą sobie zadziwiająco często w drogę. Mało prawdopodobne, absurdalne, ale skuteczne – wartka akcja powieści szybko zakleszcza nas w swoim świecie. Już od pierwszych zdań, świetnie zbudowany klimat prezentuje nam rzeczywistość, która się rozpadła i której nie da się już poskładać. Myśleć inaczej jest naiwnością. Atmosferę mamy więc pesymistyczną, ponurą i ciężką. Znany świat przestał istnieć, nie obowiązują już stare zasady: jeśli ktoś chce przetrwać, musi zapomnieć o moralności, wątpliwościach. Pisarz zgotował nam więc prawdziwe piekło na ziemi.


Każdy z bohaterów radzi sobie na swój sposób. Frankie – była heroinistka, rzuca nałóg nie dobrowolnie, lecz z powodu braku narkotyków – bo niby kto miałby je produkować i gdzie? Mimo traumy związanej ze śmiercią swojego dziecka, pozostaje twardą kobietą. Niestety jej wewnętrzna siła nie chroni jej przed męską dominacją, która niezaprzeczalnie dominuje w tej powieści i tworzy Nowy Świat. Wydźwięk brutalnej prawdy nie oszczędza naszej wyobraźni, jednak Frankie nie jest w stanie nic złamać. Mimo panujących warunków, nie wszystko jest stracone: jeśli przeżyjesz i nie zostałeś bezwolnym niewolnikiem, masz szansę na zawieranie głębokich przyjaźni. Taka właśnie połączyła Jima z Martinem, pastorem, który próbuje odnaleźć na nowo swoje powołanie, wśród chaosu i anarchii.
Wyjątkowo, mamy stuprocentową pewność, kto ponosi winę za całe zamieszanie. Tym razem, świat zniszczyli naukowcy, dokonujący nieodpowiedzialnych eksperymentów. W wyniku działań, m.in. jednego z głównych bohaterów powieści: Bakera, z innego wymiaru – nie pierwszy raz – przedostały się do naszej rzeczywistości istoty/ demony, które używają ludzkich ciał jako środków transportu. Mimo, iż żywią się mięsem, nie uszkadzają  nadmiernie ciał, by łatwo było się nimi/w nich poruszać. Zależy im również na mózgach, w których się najwyraźniej gnieżdżą. Tradycyjnie już, zombie można więc zabić, rozwalając mu mózg. W tym tekście wydarzyło się jednak coś, co przełamało klasyczny wizerunek umarlaka: zombie myślą, używają narzędzi, broni, prowadzą samochody…Nie przemawia do mnie takie rozwiązanie. Nie lubię TAKICH chodzących trupów. Wolę, gdy są bezmyślną, niszczącą siłą, z którą nie da się dyskutować i która nie serwuje złośliwych wyjaśnień i uwag. A te – nie dość, że im się gęby nie zamykają - mają konkretny cel: dokonać całkowitej anihilacji ludzkości. Działają nawet według ustalonej strategii. Zgrzyta mi to, zwłaszcza, że dodatkowo zostały przerobione na demoniczne, mitologiczne (?) istoty.

Pisarz bardzo szybko wyjaśnia nam, skąd się wzięły zombie i dlaczego. Nad tym nie musimy się głowić. Wyraźnie więc daje nam do zrozumienia, że co innego jest ważne, coś innego powinno przykuć naszą uwagę. Zombie bowiem są tylko tłem dla ludzkich poczynań, tysiąckroć gorszych, od tego co fundują żywe trupy. Za walającymi się jelitami, kryje się coś okropniejszego – człowiek. To horror o ludziach! Głód popycha do kanibalizmu, mężczyzn gubi ich huć, ludzie przemieniają się w bezwzględne i okrutne maszyny, liczy się tylko władza. Rządzi siła. Jeśli chcemy dotrzeć do współczesnej młodzieży i pokazać im, do czego doprowadza brak empatii, warto uzupełnić stare lektury nowymi. O dziwo „Noc zombie” prowokuje bowiem do zadawania pytań: dlaczego „ludzie ludziom zgotowali ten los?”, zamiast zjednoczyć się w walce;? Czy tak naprawdę zasługujemy na to by przetrwać, istnieć, skoro tacy jesteśmy i tylko do tego jesteśmy zdolni? Skąd w nas ciche przyzwolenie na zło?
Treść nie pozostała wolna od pewnych nieścisłości i błędów logicznych, np. zombie są niby powolne i to ich jedyny słaby punkt, ale zaskakująco wiele rzeczy są w stanie zrobić w tym samym momencie: podciąć gardło, uskoczyć (uskoczyć!), coś wybełkotać i wrzasnąć. Wygląda na to, że słabe punkty nie są jednak słabymi punktami, w każdym razie nie na tyle, byśmy mieli chociażby minimalne szanse. Poza tym skoro zombie mogą być zwierzętami (które też mówią), nie tylko groźnymi lwami, potężnymi jeleniami, ale również ptakami, gryzoniami, królikami itd. – co wybaczcie, jest groteskowe – jakim cudem niektórzy ludzie ciągle żyją? Przecież gryzonie i ptaki są w stanie przedrzeć się wszędzie, usunąć przeszkody i wpuścić resztę pobratymców. Skoro ludzkość przegrywa w walce z bezmyślnymi zombiakami-ludźmi w innych powieściach, filmach itp., to walka w „Nocy zombie” jest kilkakrotnie bardziej bezsensowna i bezcelowa. Poza tym, niektóre sceny gore są tak przesadzone , że nie spełniają swoich zadań: nie szokują, bo są zbyt karykaturalne. Ale kto by się tam czepiał, z zombie najwyraźniej po prostu tak trzeba, zwłaszcza gdy tworzy się jakąś fantastyczną ideę zapomnianej religii, mitologii?


Jak to z wydawnictwem Amber bywa, są pewne niedostatki: mała czcionka i brzydki papier. Rekompensuje nam to, na szczęście, lekki styl pisarza, który sprawia, że historia „sama się czyta”. Brain Keene stworzył postacie papierowe i sztampowe, ale mimo to, potrafił nas do nich przywiązać. Nawet, jeśli ktoś pojawił się tylko epizodycznie, to czujemy się z nim w jakimś stopniu emocjonalnie związani. Autor w zgrabny sposób wykorzystuje również funkcjonujące w popkulturze schematy. Kluczem do sukcesu jest wypełnienie ich w taki sposób, by intrygowały. Kopie właściwie nie rażą, chociaż nie udało się w pełni uniknąć  klasycznych, melodramatycznych wstawek – nie chcę spojlerować, kto przeczyta zauważy je na pewno. W każdym razie przełamał przesłodzony, hollywoodzki wizerunek amerykańskich żołnierzy, którzy nie są wcale dobrzy i szlachetni.

Noc zombie ma tylko zapewniać prostą rozrywkę, a jednak jest w tej powieści „coś”. Świadczy o tym chociażby fakt, że niedomówienie w zakończeniu wznieciło duże niezadowalanie czytelników. Doprowadziło ono do tego, że pisarz MUSIAŁ napisać kontynuację. Ciąg dalszy, w Polsce, wydano pod tytułem: Miasto żywych trupów.

A jeżeli chodzi o inspiracje, to psychopatyczny pułkownik Schow bardzo przypomina psychopatycznego Gubernatora z „The Walking Death”...
Ogólnie: 4/6
Wydanie: 3/6
Okładka: 3/6
Czytliwość:  5/6

Autor: Brian Keene
Tytuł: Noc zombie
Tytuł oryginału: The Rising
Wydawnictwo: Amber
Tłumaczenie: Grażyna Grygiel, Piotr Staniewski
Rok wydania: 2008
Oprawa: miękka
Ilość stron: 245
Cena: 29,80zł

Fragment:

Zmarli po omacku szukali wejścia do jego grobowca. Wśród nich słyszał żonę, równie mocno łaknącą go po swojej śmierci, jak za życia. Ich słabe, monotonne krzyki przenikały na dół przez trzymetrową warstwę gleby i skał.
Lampa naftowa rzucała migotliwe cienie na ściany z tufowych bloków. Zatęchłe powietrze pachniało ziemią. Zacisnął dłoń na rugerze. Nad sobą usłyszał wrzask Carrie, ryjącej ziemię zakrzywionymi palcami.




Druga część - Brian Keene Miasto żywych trupów
 


 

27 września 2013

Współczynnik mglistości


Matematyka – Królowa Nauk – jest dosłownie wszędzie…jaki humanista wpadły na to, by mierzyć czytelność tekstu wzorem matematycznym? Może się nam śniły kiedyś takie koszmary, ale żeby od razu wprowadzać takie potworności w życie? No dobrze, „nie od razu”: algorytm, o którym mowa powstał już w 1952 roku. I niech sobie powstał, szkoda, że wszedł do stałego użycia.

Robert Gunning sformułował narzędzie mierzące współczynnik mglistości tekstu, czyli poziom jego "trudności" i "czytliwości". Należy pamiętać, że w USA trudne słowa to te, które zawierają więcej niż trzy sylaby. W naszym kraju za słowa złożone uchodzą te mające ich cztery. Wzór, o którym mowa, to następujący ciąg dziwactw (oczywiście dziwactw, z mojego punktu widzenia):

0,4 * ([średnia ilość słów w zdaniu] + 100 * [stosunek ilości słów trudnych do wszystkich słów])

Otrzymany wynik, to właśnie wskaźnik, o który tyle szumu. Tekst jest czytelny dla wszystkich, gdy w efekcie z algorytmu, jak z kapelusza magika, wyskoczy maksymalnie 8. Do 17-stu połapią się wykształceni, potem jest tylko chaos i próżnia i w co, kto wierzy…

Czyli im krótsze słowa, tym lepsze. Im krótsze zdania, tym lepsze. Im krótszy tekst, tym lepszy. Zgroza.

26 września 2013

Śnij mój śnie...


Miałam dzisiaj niby apokaliptyczny sen. Ludzkość zaatakowały „ktosie”, którzy postanowili pozbyć się nas z pomocą zmutowanych bakterii. Te żyły w wodzie. Każdy człowiek, który wszedł z kontakt z wodą, wpuszczał intruzów do swojego organizmu. Bakterie wyżerały w nim dziury i w parę minut taki delikwent się rozpuszczał. Wrzaskom i krzykom nie było końca. Uniknąć niebezpieczeństwa było bardzo trudno, z jednej strony mamy jesień – porę deszczu i mgieł, z drugiej – chyba każdy się kąpie i pije. Poza tym, zanim ludzie zorientowali się, co się dzieje - było już za późno.

Jakimś cudem – chociaż jak, to trudno zgadnąć – przeżyło pięć osób, które dotarły do miejsca w którym osiedliły się „ktosie” (wyglądający jak ludzie, ale ludźmi nie będący – czym byli, nie dowiedziałam się, niestety!). Ci z podziwu dla wytrwałości, sprytu i dokonaniu niemożliwego, pozwolili piątce niedobitków dobrodusznie pozostać przy życiu. Zatrzymali ich jako relikty minionej epoki, zakazując rozmnażania. Piątka wybrańców coś tam oczywiście kombinowała, ale się obudziłam…

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Klimat snu był tak wyrazisty, że nadal mnie trzyma.


Jeśli ktoś jest zainteresowany ekranizacją, czekam na propozycje :P

25 września 2013

Lustra


Płynna tafla szkła, lodowata w dotyku, nieskończoność podświadomości. Ile luster widziałam w życiu? Chyba zbyt wiele, biorąc pod uwagę, że każde przeniosło cząstkę mnie do swojego świata. Nie ważne czy ukradło, porwało, czy tylko pożyczyło, zaprosiło - najważniejsze, że UWIĘZIŁO. I tkwię, z każdym dniem bardziej rozmyta na tysiące kawałków: „tam” w nich niewiadomych i „tu”, głęboko w sobie.  


Dlatego nie oczekujcie, że odnajdziecie tutaj jakąś jedność. Spójność i integracja - z nimi nam nie po drodze.


23 września 2013

Integracja osobowości


Wczorajszy wpis był związany z opracowaną przeze mnie wariacją na temat narzędzia szkoleniowego. Takiego dotyczącego scalania osobowości, wiecie: poziomy neurologiczne i te sprawy. Dziś pierwszy raz zostało wprowadzone w życie i udało się, grupa zareagowała przychylnie. Ćwiczenie okazało się też całkiem przydatne, z punktu widzenia analizy ludzkich potrzeb. Szkoda tylko, że trzeba wizualizować lustra. Póki co, na takie pomoce naukowe funduszy nie ma J

 

 


— To ogromnie trudno zmusić jedno słowo, żeby tyle znaczyło — powiedziała Alicja, popadając w zadumę.
— Kiedy zmuszam słowo do wykonania tak wielkiej pracy — powiedział Humpty Dumpty — zawsze dopłacam mu za to
”.

Klątwa białego królika / Alicja w krainie zombi - Gena Showalter/



Z zombie wiadomo, bywa różnie. Czasem trzeba liczyć się z tym, że z pełnym impetem wparują w np. Dumę i uprzedzenie lub nagną rzeczywistość Opowieści Wigilijnej do swoich potrzeb. Dzięki ich zachłanności powstają takie mashupy jak: Duma i uprzedzenie i zombie lub książki, których główna oś utworu niby się zgadza, ale fabuła odbiega od oryginału np. Opowieść zombilijna. Na którąś z tych opcji liczyłam w przypadku opisywanej powieści. Niestety nie spotkałam się ani z jednym, ani z drugim. Alicja w krainie zombi Geny Showalter z Alicją w krainie czarów Caroll’a wspólnego ma tyle, co kot napłakał: imię bohaterki, zmianę postrzegania świata po traumie i chmurę w kształcie białego królika. Na siłę można uznać, że Kat – przyjaciółka - to Kot, a Cole w tych swoich, co rusz różnych czapeczkach – Kapelusznik. Jest to jednak, tak odległe i naciągane, że aż mdłe. Klimatyczna okładka i tytuł powieści sugerują inną treść od tej, którą przyjdzie nam czytać. Czyli znów zderzyliśmy się ze zmyślnym i sprytnym zabiegiem marketingowym. W skrócie: nie doświadczymy tutaj zombie-apokalipsy, ani zmasowanego ataku na ludzkość. Pod osłoną nocy po prostu wypełzają na ziemię potwory, a świat po drugiej stronie króliczej nory nie istnieje.

22 września 2013

Czytając nędzne opowiadania /Chodząc nędznymi ulicami - red. George R.R Martin i Gardner Dozois / DKK

DKK zafundowało nam kolejną, paraliżującą lekturę. Paraliżującą w tym sensie, że – JA!!!!- wolałam zacząć sprzątać, niż czytać ją dalej. Obezwładniły mnie fabuły, poziomem nieodstające od przygód Scoobiego Doo. Nie pomogła nawet duża czcionka na śnieżnobiałym papierze, poza nią zresztą, książka ma niewiele do zaoferowania.
Według Martina, redaktora tej nieszczęsnej antologii – którego nazwisko, co by nie mówić, kusi i zobowiązuje – urban fantasy, to gatunek mający już swoje lata. Uległ jednak nieuniknionej ewolucji. Poznajemy więc jego nową definicję: (…) jest na wskroś bękartem. Gnieździ się na ulicach zdecydowanie bardziej niebezpiecznych i brudnych (…), w Nowym Jorku, Chicago, Los Angeles i anonimowych miastach, gdzie rynsztokami płynie krew, a nocą krzyki zagłuszają muzykę. Jeżeli założymy – zgodnie z tym, co zaproponował Martin, że urban fantasy zrodziło się z horroru (matka) i powieści detektywistycznej (ojciec), to przedstawione nam w antologii ich dzieci, zdecydowanie pochodzą ze skoków w bok lub są adoptowane. Z rodziców mają w sobie albo niewiele, albo nic. Według jakiego klucza dobierano więc kolejne opowiadania? Jak trafić do zbioru pod redakcją Martina? Liczyła się kolejność zgłoszeń, wystarczyło sławne nazwisko? Komuś potrzebna była reklama jego dotychczasowego cyklu? Ilość utworów należących do tej ostatniej kategorii, świadczy o braku pomysłów ich twórców. Biorąc pod uwagę, że średnio opowiadanie ze zbioru ma około 40 stron, łatwo zrozumieć, dlaczego tak trudno wczytać się w istniejący gdzie indziej świat, i dlaczego opowiadania te trudno przełknąć.
Poza tym, nazwa miasta nie wystarczy, by stało się ono na tyle charakterystyczne, by opowiadanie, w którym zaistniało, zasługiwało na przydomek „urban”. Jeśli się go odpowiednio nie wyeksponuje, nie zasłuży ono sobie na bycie bohaterem – powinno mieć jakieś cechy, oprócz tego, że po prostu jest. Autorzy zapomnieli, jak osadza się „gdzieś” akcję??? Elementy fantasy też nie zawsze są w antologii obecne, co zakrawa na spory błąd logiczny i wywołuje konsternację u czytelnika.
Poziom opowiadań jest delikatnie rzecz ujmując: nierówny. Niektóre od biedy pasują do któregoś z rodziców i można je naciągnąć do obiecanego gatunku…inne nie pasują bez względu na to, jakbyśmy próbowali wyprostować zwoje… Niektóre opowiadania, to prawdziwe perełki, jeśli nie patrzeć na nie jak na urban fantasy. Inne w ogóle są tak kiepskie, że nawet gdyby pasowały do zbioru, to i tak by go nadal pogrążały. Jedyne czym broni się projekt, to zróżnicowanie. Opowiadania nie stanowią swoich kalk.
W ogóle pomysł na to, by jako pierwsze w antologii, umieścić najgorsze opowiadanie wszechczasów, trąci sabotażem. To był strzał w kolano, ba, nawet w oba!! Po lekturze owej „Śmierci z ręki Dalii” chciałam spalić tę książkę… Dlatego szczegółowe opinie o każdym z opowiadań zamieszczone zostaną poniżej - zanim ktoś zdecyduje się dokonać zakupu, niech się lepiej z nimi zapozna.
Twardą okładkę zaliczam na plus, ale ilustracja zamieszczona na niej, jest po prostu tandetna. Ta książka to ozdobnik na półkę. Idealna dla kogoś, kto kolekcjonuje książki ze względu na ich wygląd, a właściwie ze względu na to, jak prezentują się ich grzbiety.
Zainteresowanych zapraszamy na krótkie przechadzki.



http://karo210.wrzuta.pl/obraz/37oXke1xIUm/wampirzyca
1. Śmierć z ręki Dalii - Charlaine Harris 0/6

Poza intrygującym tytułem – niewiele. Prawie zasnęłam! Czytanie kolejnych słów tego fatalnego i nudnego tekstu, było drogą przez mękę. Czytelnik najpierw dostrzega na okładce, zaznaczone większą czcionką, nazwisko autorki, potem widzi, że jej opowiadanie jest pierwsze, i myśli, że najwyraźniej to atut zbioru. Nic bardziej mylnego. Myślałam, że rzucę książką w kąt, dałam jednak szansę innym autorom, mam nadzieję, że słusznie. Ten, kto zdecydował się na umieszczenie tego opowiadania na początku zbioru – z całą pewnością sabotował projekt!!
Autorka zaszczyciła nas wampirzą posiadłością, zwaną gniazdem. Odbywa się w niej przyjęcie ku czci zmiany władzy. Wspólnie „imprezują”: ludzcy, nałogowi dawcy krwi - bo jednak prawdziwa jest lepsza od substytutu - demony, czarownice, wampiry i wilkołaki. Następuje nieciekawa wyliczanka, na temat poszczególnych relacji wampirzo-wampirzych, wampirzo-wilkołaczych, czyli: kto kogo lubi, a kto kogo nie. Piaskownica dla dorosłych. Bohaterowie wywołują mdłości, są nijacy do bólu, sztywni, na ich osobowość składają się – aż - ich imiona. Autorka próbowała ratować się i fabułę główną bohaterką, podając nam na jej temat trochę więcej informacji, ale ta jest po prostu śmieszna i to wcale nie w pozytywny sposób.
I jak wymaga konwencja, stało się: morderstwo, ofiara i zagadka do rozwiązania. Niestety intrygi kryminalnej brak – jedno zdanie zamieszczone na początku opowiadania zdradza rozwiązanie. Czytelnik wie. Próby znalezienia sprawcy i śledztwo Dalii jest więc dla niego nudne. Zwłaszcza nieudolne kluczenie, podrzucanie fałszywych tropów, które ma go zwodzić. Poza tym, narracja prowadzona jest topornie: od punktu A do B, od B do C itd. Brakuje też motywu, który powodowałby, że akcja potoczy się tak, a nie inaczej, albo, że w ogóle się potoczy. Opowiadanie zawiera sceny, które miały być zaskakującymi zwrotami akcji, podkreślam – „miały”. Nieskutecznie też skonstruowane są epizody, które miały być zabawne – nasycenie komizmem plasuje się poniżej zera. W zamierzeniu pewnie miały one odprężać czytelnika, rozładowywać atmosferę, budzą jednak niesmak i rozdrażnienie. Puenta również kompletnie nietrafiona, tutaj zabrakło już wszystkiego… Styl więc nie porywa, zero finezji.
Oprócz warsztatu, wyobraźni też wyraźnie pisarce nie wystarczyło. Wampiry, krew i seks (nota bene pozbawiony cienia erotyzmu), to nie wszystko, zwłaszcza, że jest to już motyw na tyle oklepany, że wypadałoby się trochę wysilić, żeby go znów sprzedać.
Bezrefleksyjne. Nudne. Wstyd.
2. Krwawiący cień - Joe R. Lansdale 4/6
Ponura, mroczna atmosfera i powoli budowane napięcie, wciąga nas w świat bohatera. On - bystry, „tajemny detektyw”, intrygujący facet z zasadami, który nie unika argumentu pięści. Postać wyraziście i ciekawie sportretowana, nie bez wad, ale dzięki temu idealnie wkomponowująca się w zdegenerowany półświatek, w którym egzystuje.
Dawna kochanka-prostytutka zleca mu odnalezienie jej brata. Nie zapowiada się jednak, że będzie to tradycyjne podążanie po śladach poszukiwanego. Bowiem w fabule pojawia się jeszcze jeden – najważniejszy – bohater, muzyka. Poznajemy jej potęgę, jako medium, które nie tylko potrafi przenosić nas do innego świata, ale i ten świat sprowadzać do nas.
To, co otacza bohaterów pełne jest szarości, krzykliwej czerwieni i bezsensownej przemocy. Na tym tle wyróżnia się wrażliwa, artystyczna dusza, nieprzystosowana i przez to poniekąd skazana na zagładę.
Pomysł świetny, do czasu…w pewnym momencie akcja stała się rażąco przewidywalna i czar prysł. I jeszcze to, ze względu na ciekawie zbudowaną atmosferę, można by przeżyć, ale pojawiające się na końcu megamacki rodem z horroru kategorii Z, tego było już za wiele…Pod koniec historii wszystko zostało podane na tacy, zabrakło elementu budującego przerażenie, niepokój i lęk.
Opowiadanie jednak o niebo lepsze od „Śmierci z ręki Dalii”. Właściwie nadawałoby się na fabułę jednego z odcinków serialu „Supernatural”.



http://michelle.schowek.net/2012/04/15/magia-magic
3. Głodne serce - Simon R. Green 3/6

„W londyńskim Nightside zawsze jest ciemno, zawsze jest trzecia nad ranem, godzina, która wystawia dusze ludzi na próbę…której nie są w stanie przejść”. Wstęp zachęcający, prawda? Dobrze, że wciąż panująca godzina, to nie demoniczna 3:07 z „Obecności”. Nie mogło się tak jednak stać, ponieważ mimo prowokującego wstępu, opowiadanie nie ma w sobie nic z horroru epatującego grozą, ma za to zdecydowanie baśniowy charakter.
Holly Wylde, czarownica wynajmuje prywatnego detektywa Johna Taylora. Przedstawia mu swoją smutną historię o tym, jak były dosłownie ukradł jej serce. Problem w tym, że eks jest potężny i mieszka w swoim własnym nienamierzalnym wymiarze. Nie jest to jednak kłopotliwe dla detektywa, który potrafi odnaleźć wszystko. Jak się szybko okazuje i jak podejrzewał zleceniobiorca - serce czarownicy - to tylko wybieg, poszukiwania dotyczą czegoś innego, a mianowicie magicznego świętego Graala. Najgorsze, że poszukują go również inni i mogą oni pokrzyżować detektywowi plany.
Dzielnica zarysowana w „Głodnym sercu” przypomina mi magiczną stronę świata Harrego Pottera. Jest intrygująca, ale autor przesadził, powrzucał za dużo elementów, które nie pasują do siebie, przepychają się między sobą i przekrzykują. Przez to zrobiło się chaotycznie. Postacie wciąż pojawiają się znikąd, ale we właściwym momencie, co potęguje ich sztuczność. Mimo sporej dozy pozytywnego humoru, akcja staje się groteskowa. Właściwie to czytelnik nie wie w końcu, kto czego szuka i czym to coś właściwie jest. Zakończenie też nie pasuje do treści. Fabuła, z początku dosyć ciekawa, okazała się prowadzić donikąd.
http://urnammu.republika.pl/babilonia1.htm
4. Mury i lemury - Steven Saylor 3/6
Lekka, pogodna opowiastka, będąca częścią dłuższego cyklu. W urban fantasy, jak widać, jest nawet miejsce dla rzymskiego detektywa, działającego w starożytności. Młody Gordianus podróżuje wraz z wiekowym, greckim poetą Antypaterem z Sydonu, ku murom babilońskim. Jest to kolejny z cudów świata, który mają zwiedzić. Zastają jednak tylko ruiny fortyfikacji i szczątki słynnych ogrodów. Świetność miasta jest już przeszłością, pogrzebaną pod okolicznymi piaskami.
W opisy legend związanych z miastem, jego wierzeń i zwyczajów (obcym wydających się nad wyraz rozwiązłych i rozpustnych), dyskusji o tym, czy astrologia jest nauką, zgrabnie wpleciona zostaje historia morderstwa. I wtedy do akcji  wkracza „lemur” – czyli martwa istota, która przebywa nadal na ziemi, rodzaj zjawy, ducha. Młody detektyw postanawia się z nim, a właściwie z nią, rozprawić.
Umieszczenie tego opowiadania w zbiorze może i miało przedstawiać próbuję przełamania konwencji, pokazania, że można inaczej i niesztampowo. Wybrana metropolia chyba jednak jest za bardzo wiekowa, jak na gatunek. Poza tym bliżej tej historii do przygód Scooby Doo, niż fantasy, ale przynajmniej dobrze i płynnie się czyta.
P.S. Niestety trudno mi sobie wyobrazić „lemura” inaczej niż przez pryzmat Króla Juliana. A kysz współczesna popkulturo, a kysz!!
http://www.wallpaperup.com/30319/fantasy_dark_horror_gothic_face_demon_evil_eyes.html
5. Ból i cierpienie - S.M. Stirling 5/6

Zwykły gliniarz nękany przez koszmary, spowodowane traumatycznymi przeżyciami wojennymi, zostaje wezwany do podpalenia i prawdopodobnie uprowadzenia. Wszystkie przesłanki wskazują na to, że wróg z którym przyjdzie mu się zmierzyć, nie jest „zwykły”. Nie do końca wiemy co to takiego, w każdym razie lubi krew i zadawanie bólu. Pewne zawiłości treści utrudniają jednak jednoznaczną interpretację. Mamy bowiem tych złych, tych dobrych-złych i jeszcze coś związanego z czerwoną i niebieską pigułką.
Śledczy kluczy po labiryncie metropolii, którego gęste powietrze otacza czytelnika coraz ciaśniej. Autor przedstawia nam dobrze poprowadzone śledztwo. Dowody nie przychodzą same, ale trzeba ich szukać w pocie czoła i rzygach. Dopełnieniem pracy śledczych są wyczerpujące umysł analizy. W tle widzimy delikatnie zarysowaną panoramę społeczną hiszpańskiego miasta: biednych i bogatych itd. Wszystkie te elementy sprawiają, że fabuła jest bardzo wiarygodna.
Warsztat na wysokim poziomie. Świetne opisy, prosty styl i konkretny język. Pomijając rozwiązanie akcji, które nie jest oryginalne ani klarowne, czyta się dobrze. Głównie ze względu na postać Salvatora, na wskroś ludzką i prawdziwą. To bohater, który potrafi powiedzieć „kurwa” wtedy, gdy jest to jak najbardziej uzasadnione.
Jeśli to opowiadanie, to wstęp do dłuższej formy, to jestem zainteresowana.
http://www.filmweb.pl/news/WIDEO%3A+Mi%C5%82o%C5%9B%C4%87,+seks+i+krew+w+zwiastunie+%22Kiss+of+the+Damned%22-93413
6. Wciąż ta sama stara historia - Carrie Vaughn 3/6
 
Tytuł dosyć przewrotny. Z jednej strony odwołuje się do prześladującej bohaterów przeszłości. Z drugiej, do ogranego dosyć motywu w wampirzej literaturze.
Los skrzyżował ich drogi: ona oczywiście potrzebowała pomocy, on oczywiście stanął na wysokości zadania. Wampir Rick, który lubi pracować jako barman i Helen, dziewczyna z prowincji, zagubiona w wielkim mieście. Ich historię poznajemy z punktu widzenia Ricka poprzez plątaninę wspomnień i bieżących zdarzeń. Biłam się trochę z tym tekstem – zmysłowość przyćmiewała w pewnym sensie kryminał. Z paranormalnym romansem nie ma jednak on aż tak dużo wspólnego, szczególnie ze względu na główną oś utworu, więc nie będę kwestionować obecności tego opowiadania w zbiorze urban fantasy.
Odrobina „Zmierzchu” i „Czystej krwi” w dojrzalszym jednak wydaniu. Namiętne uniesienia, przyjaźń, walka o władzę, morderstwo, zemsta po latach, gdzieś to już było, ale w opowiadaniu zostało przedstawione w taki sposób, że nie mamy o to pretensji do autorki. Głównie ze względu na parę głównych bohaterów, którzy dokonali trudnych - melodramatycznych dla jednej ze stron - wyborów.



http://twojlos.blog.onet.pl/2008/07/25/hierarchia-duchow/
7. Dama lubi krzyczeć - Conn Iggulden 5/6
Oszust, podły manipulator, to główny bohater opowiadania. Nie jest to jednak płytki naciągacz, a kanciarz o bogatym wnętrzu. Chociażby, ze względu na swoją wiedzę na temat ludzi i wnikliwy zmysł obserwatora. Nic nie zmieni jednak faktu, że cynicznie wykorzystuje głupotę swoich klientów i wyciska z nich ile się da. Do czasu. W pewnym momencie zaczyna współpracę z intrygującą Damą o unikalnym talencie i zmienia nieco profesję, poszerzając również grono „współpracowników”. Spryciarz i cwaniak staje się poniekąd pozytywnym bohaterem.

Intrygujący tytuł sam nakręca część akcji. Tekst stylizowany na luźne notatki człowieka, który nie para się pisarstwem – pozwolił pisarzowi na zgrabnie uzyskanie efektu chaotyczności. Jednak nic się w fabule nie gubi, nie zapodziewa. A co najważniejsze: nie gubi się w niej czytelnik.
Historia zabawna, rozluźniająca. Koniec przewrotnie gorzki: mimo lekkości, niezobowiązującej formy i treści opowiadania, daje emocjonalnego kopa. Powoduje, że rewidujemy swój pogląd na temat bohatera i dostrzegamy w nim człowieka.


http://pl.123rf.com/photo_12836770_obraz-olejny-na-pa--a-tnie--krajobraz-z-lotosu-bagna.html
8. Błotny diabeł - Laurie R. King 3/6

Opowiadanie zdecydowanie słabsze od poprzednich. Może ze względu na nachalnie brzmiący wydźwięk edukacyjny. Społeczno –etyczne rozważania o tolerancji i jej braku, problemach mniejszości – pisarka mogła sobie darować, odczytujemy je wystraczająco wyraźnie z kontekstu.
Detektyw – główny bohater opowiadania – jest przedstawicielem nowego gatunku. Powstał on w wyniku nieodpowiedzialnych eksperymentów genetycznych. Wymieszanie DNA jaszczurki, diabła błotnego i ludzkiego przyczyniło się do powstania humanoidalnych istot: myślących, czujących, świadomych i lubiących wilgoć. W zasadzie Salamanowie wyglądają jak ludzie i bliżej im do człowieczeństwa, niż niektórym przedstawicielom naszego gatunku - zwłaszcza tym, o ciasnych horyzontach myślowych.
Bohater - otrzymuje propozycję odnalezienia zaginionych Salamanów od pewnej bardzo ponętnej, niebieskookiej kobiety. Decydując się na przyjęcie zlecenia, wplątuje się w nie lada tarapaty. W trakcie snutej przez siebie opowieści, detektyw dzieli się z czytelnikiem swoimi ironicznymi przemyśleniami i gorzkimi wspomnieniami. Historia zawiera w sobie ładunek humorystyczny. Pisarka nie do końca nad nim jednak zapanowała. Przypuszczam, że kilka epizodów miało czytelnika przerazić, napawać niesmakiem, a całkiem niezamierzenie go rozbawiło, np. scena z kluczami.
Akcja opowiadania odbywa się w przyszłości – prawdopodobnie niedalekiej. To urban fantasy w rodzinie na pewno miało kryminał, ale horror ewidentnie zastąpiono w niej przez science fiction. Początek opowiadania: wartki, intrygujący, zapowiada kawał dobrej literatury. Niestety szybko historia staje się przewidywalna, zbyt szybko dowiadujemy się kto, gdzie i jak. Pierwszoosobowa narracja zmienia się także w pogadankę o moralności. Koniec siłą rzeczy jest płytki i nijaki. Nie ma większych problemów z odbiorem, ale zbyt szybie rozwiązanie obiecująco zapowiadającej się intrygi – zniechęca.


http://www.gry-online.pl/S013.asp?ID=79311
9. Złodzieje Cienia - Glen Cook 2/6

Glen Cook zaszczyca nas kolejnymi przygodami detektywa Garretta, zero oryginalności. Traktowanie tematycznego zbioru opowiadań, jako pretekstu do zareklamowania swojego cyklu, to bardzo słaby pomysł.
Efekciarski– w nagromadzeniu wszystkiego i wybuchowej akcji - początek wprowadza nas w historię o potężnym artefakcie, który został skradziony i zgubiony. Magiczny przedmiot, zawierający Cień, jest bardzo ważny dla władzy w niewielkim państewku. Z tego, między innymi powodu, poszukuje go wiele osób.
Na początku opowiadania panuje dosłownie bajzel. Nie wiemy z kim mamy do czynienia, nie wiemy co się dzieje. Zostajemy zarzuceni rozmaitymi atrybutami. Nie znamy bohaterów, których nagle jest na pęczki. Jeśli przebrniemy przez początek zaczynamy ogarniać jakoś treść i powoli rozumieć intrygę i ciąg dalszy. Ale jesteśmy już zniechęceni. Zbyt długo nie wiedzieliśmy, kto jest kim i dalej jesteśmy już ostrożni w lekturze, to powoduje, że postacie nie wzbudzają naszej sympatii i nie zapadają nam w pamięć.
Zabawnie poprowadzona fabuła, zakończenie całkiem zaskakujące. Dla niewtajemniczonych w cykl przygód detektywa Garretta, to jednak kolejny strzał w kolano w zbiorze, chociaż mniej dotkliwy niż historia o Dalii.
 
http://jacl35.deviantart.com/art/Legends-of-the-Fractal-Wizard-25378119

10. Żadnej tajemnicy, żadnego cudu - Melinda M. Snodgrass 3/6
W atmosferę opowiadania wprowadzają: leniwie toczące się wagony pociągu, senna plebania i szlak symboli, pozostawianych przez włóczęgów. Tym razem zabrano nas w podróż do Ameryki czasów kryzysu i prohibicji. Tutaj poznajemy Crossa, detektywa od spraw nietypowych. Ten łagodnie usposobiony, niezwykły bohater ma za zadanie odnaleźć Przedwiecznego – istotę, która przedarła się na ziemię z innego wymiaru. Przedwieczni- jak się okazuje - są obecni na ziemi od zawsze i czuwają nad rozwojem ludzkości. Niektórzy jednak, nie mają wobec niej dobrych zamiarów i nie są zachwyceni dokonywanymi przez nią postępami.
Religijno – polityczna rozgrywka nigdy nie toczy się według czystych reguł. Jednak jeśli podejmuje ją osobliwość z innego wymiaru, dopiero robi się gorąco. Dowiadujemy się więc – a co jest dotkliwe dla naszego ego - że jesteśmy tylko marionetkami w rękach paranormalnych istot, które wiedzą lepiej i znają nas lepiej. Przedwieczni lubią najwyraźniej karmić nas również stereotypami - zgodnie z bajkową zasadą okazuje się bowiem, że piękne macochy są złe.
Przyzwoite, ale nie porywa. Niekwestionowany potencjał nie został w pełni wykorzystany. Klimat historii jest miękki, leniwy, nieprzystający do fabuły. Aż prosi się o coś bardziej czarnego, mrocznego. Atutem opowiadania jest jego główny bohater - o bardzo interesującej tożsamości - co ciekawe, znany nam wszystkim.
 
http://www.digart.pl/praca/2614868/opetanie.html

11. Różnica między zagadką a tajemnicą - M.L.N Hanover 4/6
Pozornie „zwyczajne”, brutalne morderstwo. A jednak jest w nim coś niepokojącego i nieuchwytnego. Zwykłemu glinie, który widział już niejedno i towarzyszącemu mu specjaliście od spraw religijnych, przyjdzie zmierzyć się z opętanym przez demona mordercą. Przesłuchanie aresztowanego chłopaka nie będzie należało do przyjemnych. Zwłaszcza, że będzie miało ono na celu osądzenie czy potrzebne są egzorcyzmy, czy to, co się dzieje ze zbrodniarzem, to tylko efekt mistyfikacji i kuglarskich sztuczek. Co oznaczać jednak będzie, i co z sobą sprowadzi przyznanie się do winy, sprawi, że zidentyfikowanie mordercy przestanie być oczywiste.
Elementy filozoficzne poprzeplatane atmosferą grozy, krok po kroku narastające napięcie, składają się na misterną fabułę. Śledztwo i niepozorne postacie koncentrują się wokół odpowiedzi na pytanie: czy mamy do czynienia tylko z zagadką, czy aż z tajemnicą? Okrzyki w aramejskim języku i karkołomne gesty wbrew pozorom nie przyśpieszają rozstrzygnięcia. Opowiadanie niejednoznaczne w przyjemny sposób, łachocze nasze szare komórki, zmuszając je do pracy.


http://www.digart.pl/praca/5263583/Gargulce.html
12. Osobliwa opowieść o deodandzie - Lisa Tuttle 2/6

I znów ten Londyn. Kolebka najdziwniejszych zbrodni i najlepszych detektywów. Pewna młoda, odważna dama, decyduje się na przyjęcie posady asystentki początkującego detektywa Jaspersona. Budowa jego postaci jest wyraźnym hołdem złożonym Sherlockowi Holmesowi. Ów bohater jest dosyć postępowy, nie dość, że zatrudnia kobietę, to jeszcze nie ma zamiaru traktować asystentki jak służącej, lecz jak równą sobie. Trzeba by być głuchym, by nie usłyszeć feministycznego wydźwięku w tekście. Zwłaszcza, że młody detektyw jest nazbyt mało wyrazistą postacią, by być głównym bohaterem opowiadania. Zdecydowanie jest nią asystentka. Inne postacie kobiece, które zostały sportretowane w tej historii, potęgują to wrażenie.
Typowa londyńska atmosfera tworzy sugestywny klimat opowiadania, dopełniony przez elementy takie jak: stara, mroczna posiadłość, tajemnicze morderstwo i ponury właściciel nietypowej kolekcji deodandów, czyli przedmiotów, które przyczyniły się do czyjejś śmierci. Nagromadzenie narzędzi zbrodni w jednym miejscu nie wróży niczego dobrego, zwłaszcza, że te wydają się żyć własnym życiem.
Warsztat pisarski na wysokim poziomie, pomysł na opowiadanie ciekawy. Historia stylizowana nie tylko na powieść detektywistyczną, lecz również dziewiętnastowieczną powieść kobiecą. Szkoda, że postacie są bierne. Śledczy duet właściwie nic nie robi, bo sprawa rozwiązuje się sama, pozostawiając ich (i czytelnika) bez odpowiedzi. A scena kulminacyjna, która miała przestraszyć, przywodzi na myśl tanie, zabawne efekty specjalne, więc nie spełnia swojego zadania.
http://vanheist.deviantart.com/art/Go-Go-Voodoo-Child-69656774
13. Lord John i plaga zombie - Diana Gabaldon 2/6
Lord John Grey – Brytyjczyk, przybywa na Jamajkę i przekonuje się jak trudno w obcym klimacie o spokojny sen. Zwłaszcza, że co krok zderza się z osobliwą fauną. Przybył tutaj w celu stłumienia buntu niewolników. Bardzo szybko okazuje się, że sprawa ma drugie dno. Gubi ludzi to, co zwykle: chciwość i nadużywanie władzy, oraz zemsta – czyli poniekąd polityka i miłość.
Akcja opowiadania toczy się sennie i leniwie, co znajduje usprawiedliwienie w gorącym klimacie wyspy. Pot leje się strumieniami, a powietrze jest ciężkie i lepkie. Pieprzu historii dodają miejscowe rytuały voodoo, powołujące zombie do „życia”. Treść silnie oddziałuje na naszą wyobraźnię i zmysły. Kilka scen pozostaje na długo w pamięci, np. zabawny epizod z wężem i gubernatorem. Wątek homoseksualnego bohatera, który co rusz zachwyca się czyjąś urodą, nie wnosi nic do fabuły, a wręcz jej szkodzi. Nie mam nic przeciwko jego orientacji, tak samo drażnią mnie panowie w innych opowiadaniach, nagminnie wgapiający się w ponętne biusty, jeśli nie robią tego z pożytkiem dla treści.
Rozwleczenie gabarytowe tekstu nie zawsze wróży sukces. Zwłaszcza, że jej rozciągnięcie następuje kosztem tworzenia niepotrzebnych, pobocznych wątków ni jak nie mających się do głównej osi utworu. Boli mnie – fizycznie wręcz – wyjaśnienie, nie pozostawiające cienia wątpliwości, skąd się biorą zombie. Nie ma najmniejszych szans na pozostanie niedoinformowanym. To kolejne opowiadanie, które powiedzmy sobie wprost z urban fantasy ma niewiele wspólnego. I dziwi mnie to coraz bardziej.


http://www.google.pl/imgres?imgurl=&imgrefurl=http%3A%2F%2Fwww.tapeciarnia.pl%2Fweze.html&h=0&w=0&sz=1&tbnid=zQdJJ5TS42_ynM&tbnh=177&tbnw=284&zoom=1&docid=BVj7C7S1VqYdQM&ei=BQfyUtbRLoeS0QWd44GoAQ&ved=0CAIQsCUoAA

14. Strzeż się węża  - John Maddox Roberts 2/6
Drugie w antologii opowiadanie, które przenosi nas do czasów antycznych. Tym razem do Rzymu. Senator Decius Caecilius Metellus – sarkastyczny jegomość – na zlecenie samego Cezara, podejmuje się poszukiwań świętego węża Marsów. Żmija błotna, wokół której skupia się akcja, jest bardzo jadowita, co dodaje treści – jedynego – dreszczyku. Zjawisk czy istot paranormalnych bowiem, w tym utworze nie uświadczymy.
Mało wiarygodni bohaterowie są w stanie zagadać czytelnika na śmierć. Fabuła zbudowana została z rozmów, na które składają się pytania i odpowiedzi, momentami przypominające niekończące się wykłady.
Scena kulminacyjna i zakończenie bez pomysłu, stworzone naprędce. Spisałabym te opowiadanie na straty, jest po prostu bardzo słabe…ale….rozbroiła mnie, zamieszczona pod koniec opowiadania parafraza słów osła ze Shreka.
http://platinumcheese.com/2012/01/17/femme-fatale-coming-up-in-february-cella-gallery/
15. W czerwieni i perłach - Patricia Briggs 4/6
Zombie w roli femme fatale - odważne i skuteczne. Homoseksualny wilkołak, o kowbojskim usposobieniu – intrygujący. Do wybuchowej mieszanki można jeszcze dorzucić nieszczęśliwie zakochaną czarownicę, która z tego powodu staje się szalenie niebezpieczna, upierdliwego, ramolowatego sąsiada, kilku psychopatów i baaaaardzooooo nietypowe narzędzie zbrodni.
Cóż może zrobić wilkołak, gdy jego ukochany jest w niebezpieczeństwie? – wytropić i zabić przeciwnika. Warren rozpoczyna więc własne paranormalne śledztwo, nie zdając sobie sprawy z tego jak blisko jest jego wróg. W przeciwieństwie do historii w „Lordzie Johnie i pladze zombie”, wątek homoseksualny jest ciekawie poprowadzony, a i zombie jest jakieś bardziej wyraziste.
Treść rozluźniająca, nie skłania nas do nadmiernej refleksji, przeżywania dylematów. Nie musimy się też nadto skupiać nad kolejnymi elementami śledztwa, fabuła poprowadzona płynnie, nie wymusza na nas „móżdżenia”.
Scena z odrywaniem żuchwy przypomina mi makabryczny obraz z horroru „Lustra”. Opowiadanie (kolejne) to jednak, nie ma w sobie nic z matki horroru. Bezsensowna, okrutna śmierć i inne elementy nie zazębiają się w mroczną, przerażającą historię. Mamy do czynienia raczej z epizodem kryminalnym wtopionym w paranormalny romans, na szczęście będący w fazie – już – szczęśliwego związku, bez tych wszystkich rozterek i przeciwności losu mających rozdzielić zakochanych.
http://www.ptaki.biz/orzel-grafika.php
16. Orzeł Adacki - Bradley Denton 5/6
Na końcu antologii dopada nas szorstki klimat: historia o prawdziwych mężczyznach, wojskowe tło, surowe góry. Ostry i morderczy, górski wiatr wypełnia kolejne karty opowiadania niepokojem i nieprzewidywalnością. Pisarz stworzył wyraziste postacie, o silnych charakterach: redaktor wojskowego dziennika skłócony z dowódcą oraz szeregowiec-bokser. Afera, której staną się mimowolnymi członkami sprowadzi na nich nie lada niebezpieczeństwo i coś jeszcze gorszego.
Akcja opowiadania rozgrywa się w bazie wojskowej na Aleutach, nie ma więc mowy o żadnym mieście. Czynnika urban na próżno szukać. Fantastycznych postaci również nie odnajdziemy, jest za to „racjonalna”  dawka magii.
Opowiadanie, w związku z postacią jednego z głównych bohaterów, bogate jest w aluzje do życia znanego pisarza i jego dzieła. Utwór bardzo dobry, ale na siłę włączony do zbioru, do którego nie pasuje tematycznie.
Dla pasjonatów motywu. W antologii Chodząc nędznymi ulicami, oprócz innych interesujących stworzeń i istot, odnajdujemy również nasze milusie zombie, w roli:

Niemrawych niewolników - Lord John i plaga zombie
Femme fatale - W czerwieni i perłach
Potężnych telepatów - Złodzieje Cienia



Redakcja: George R.R Martin i Gardner Dozois
Tytuł:
Chodząc nędznymi ulicami

Tytuł oryginalny: Down These Strange Streets
Tłumaczenie:
Wydawnictwo:
Rebis

Wydanie:
I
Rok wydania:
2012
Ilość stron: 6
87Oprawa: twarda
Cena z okładki:
59,90



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...