31 lipca 2014

„Życia nie można włożyć między książki. Trzeba je tam znaleźć.” /Czytelniczka znakomita – Alan Bennett/

Zgrabny ukłon w stronę czytelnictwa i czytelników wszelakich. Autor nie oszczędzał się w wypisywaniu pochwał dla świata literatury. Dzięki książkom poznajemy przecież nieznane nam aspekty ludzkiej duszy, uwrażliwiamy się na świat. Pełne namiętności słowa pisarza mile połechcą czytelników, i tylko czytelników. Bo prawda jest taka, że to takie: „o molach, dla moli”. Każdy, kto kocha czytać zrozumie zapędy królowej. Ci, którzy nie sięgają po książki i po tę lekturę nie sięgną, więc nadal nie pojmą, nie dotkną…

Pewnego dnia nasza bohaterka trafia na obwoźną bibliotekę i poznaje Normana. Te dwa pozornie nic nieznaczące wydarzenia, wywracają jej życie do góry nogami. A zmiana w życiu tak ważnej persony, nie pozostaje bez wpływu na poddanych i otoczenie. Królowa uzależniona od czytania zaniedbuje swój skrupulatnie budowany wizerunek. Ten oczywiście, powinien być ściśle związany z zasadami etykiety, a nie prawdziwą tożsamością głowy państwa. Meetingi, konwenanse, uroczystości – to wszystko staje się niczym wobec światów, które odkrywa. Broniąc swojej pasji, ta mistrzyni riposty i szermierki słownej, nie jednemu zachodzi za skórę. Nagła spontaniczność budzi niepokój na dworze. Poddani zaczynają snuć intrygi, by usunąć Normana z życia monarchini i położyć kres jej fanaberiom. Zaskakujące zakończenie książki, w którym dokonuje ona podsumowania swojego panowania, ma gorzki smak. I więcej nie zdradzę.

24 lipca 2014

Umieranie może być jednak sztuką /Mogę odejść, gdy zechcę – Kim Young – ha/

Wbrew temu co słyszałam, niebezpiecznie nieudolni zapaleńcy, podcinający sobie żyły na prawo i lewo, nie są bohaterami tej powieści eksperymentalnej. Nie mam pojęcia skąd ta opinia. Ktoś chyba zaprzestał lektury na okładce i postanowił zniesławić koreańskiego pisarza pro forma. Nie jest to również, co chciałabym bardzo mocno podkreślić, powieść o eutanazji. A więc o czym, warto by zapytać? A, o: życiu, śmierci, samobójstwie, sztuce...po prostu o człowieku - zagubionym w labiryncie pełnym ślepych uliczek.


Ja, on, nikt

W tej książce nie ma głównego bohatera. Jest tylko życie, które kończy się śmiercią lub trwa nadal. Kim wspomaga czytelnika w lekturze: daje mu postać Narratora. Ten swoisty punkt zaczepienia, wysuwa się na pierwszy plan, zostawiając w tyle resztę bohaterów. To mężczyzna bez imienia i twarzy. Ktoś, kto nas nieustannie intryguje i pozostaje nierozwikłaną zagadką do samego końca. Czy to człowiek z oryginalnym pomysłem na życie i karierę zawodową, taki "przewodnik ku śmierci"? Cóż, popyt nakręca podaż. Skoro znajdują się „klienci” na taką usługę, to oznacza, że i taki usługodawca jest potrzebny. Czy może to pisarz, w oryginalny, niemal detektywistyczny sposób zdobywający materiały? A może to sama Śmierć w uwspółcześnionym wydaniu? Trzeba przyznać, że obraz niepozornej Śmierci w rękawiczkach i z prezerwatywą, czekającej pod drzwiami, aż ktoś wyzionie ducha jest groteskowy. Dzięki takiemu obrazowaniu autor przełamuje ciężką atmosferę i patos towarzyszące bohaterom w ich ostatniej drodze. Do głowy przyszło mi jeszcze, że mamy do czynienia z  Człowiekiem-Śmiercią, swoistym Demonem. W tej powieści mamy zaszczyt obserwować tylko Śmierć Samobójców, inne - zajmujące się nieszczęśliwymi wypadkami, przewlekłymi chorobami itp. - nie zostały nam przedstawione. To najwyraźniej bohaterowie zupełnie innych historii.

22 lipca 2014

Od SZCZAWIU po MIÓD i to przez MALINY /Dziki szczaw - Agnieszka Gil/

Tak mniej więcej wyglądała moja przygoda z powieścią spod znaku wakacyjnej sielanki, kurzu, pyłu, niemiłosiernego upału i ptasich awantur.

Uwielbiam książki, które przenoszą mnie w czasie. A tutaj od pierwszego zdania rzucono mnie w kocioł wakacyjnej wyprawy na wieś. Tak, to zawsze była WYPRAWA. Nie wyjazd, nie wycieczka, nie podroż z punktu A do B, tylko właśnie WYPRAWA. Od pierwszej strony wiedziałam już, że będę Dziki szczaw czytała przez pryzmat własnych wspomnień. Mój umysł będzie podsyłał mi zapamiętane obrazy, przepuszczające je przez filtr książki. Nie pomyliłam się: zachwycałam się wspomnieniem prawdziwego wiejskiego odpustu (kto nigdy nie był niech żałuje!),  harcami na łące, czy w polu (nieszczególnie mi przykro z powodu wyjedzonego groszku) i obżarstwem w sadach, przypomniał mi się zapach mleka prosto od krowy (dojonej ręcznie!)… i woda prosto ze studni. Tak , ta miała zupełnie inny smak, próżno go dziś szukam… Z rozrzewnieniem czytałam fragmenty o remizie strażackiej, wiejskim sklepiku, zardzewiałych znakach drogowych, zagubionych na dróżkach widmach. Miejsce w którym rozgrywa się akcja powieści, to jedno z tych zakątków, gdzie przejeżdżające auto staje się wydarzeniem na miarę lądowania UFO. Mam egoistyczną nadzieję, że są jeszcze takie  miejsca, w których czas się zatrzymał. Kto by za tym nie tęsknił??

14 lipca 2014

Ucho uchu nierówne

Starożytni medycy mieli ciekawą teorię na temat funkcjonowania nerwu słuchowego. Otóż twierdzili, że ten rozgałęzia się w mózgu i tworzy trzy lub więcej nowych połączeń. Dzięki nim możemy słyszeć na wielu poziomach. Jedno z odgałęzień „słyszy” to, co zwyczajne: zwykłe rozmowy, otaczający nas szum. Drugie „słyszy” sztukę i piękno (te to się teraz nadziwić światu nie może!). A trzecie to „ucho” samej duszy. Dzięki niemu, podczas pobytu na ziemi, zdobywa ona wiedzę o świecie. Ciekawe prawda? Przypuszczam, że połowa z Was już zdążyła ziewnąć i zastanawia się, po co w ogóle to czyta. Owszem „starożytność już była”, zapewniam jednak, że wielopoziomowe słuchanie, to temat współcześnie modny. I, jak się okazuje, umiejętność podstawowa dla: coachów, terapeutów, nauczycieli, sprzedawców, czyli wszelkiej maści „człowieków”, którzy na co dzień, z musu lub z chęci kontaktują się z innymi.

11 lipca 2014

Wtórny wegetarianizm?

Dawno, dawno temu, czyli w zamierzchłej przeszłości, jakieś dwa miliony lat temu, człowiek był istotą roślinożerną*. By zapewnić sobie tyle sił i energii, co mięsożerca nasz pra - dwa miliony - dziadek musiał zdobywać więcej pożywienia, na co tracił niepomiernie dużo czasu. Z przyczyn techniczno - ekonomicznych ewoluowaliśmy w mięsożerców. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie to, że w pewnym momencie zaczęło brakować tej mięsnej ambrozji. Wyżywić rodzinę i przetrwać mógł tylko ten, kto był zdolny zabić i zjeść drugiego człowieka. Bo mięcho, to mięcho...

Ta chęć zabijania, która była ówczesnym być albo nie być, wiązała się silnie z "układem nagrody". Przeżywali Ci, którzy zdolni byli do odczuwania przyjemności ze zdobycia pokarmu, czyli z dokonania mordu, nawet na pobratymcu. Oni mieli lepszą motywację i orientację na sukces. Przetrwali więc tylko najsilniejsi. Czy coś się w ogóle zmieniło? Zachowania antyspołeczne (morderstwo, gwałt, tortury) są powszechnie piętnowane i obwarowane różnorodnymi przepisami, nie oznacza to jednak, że przestały istnieć, oznacza raczej, że prężnie działa "układ kary". Zostały więc tylko przytłumione i przemodelowne. "Układ nagrody" i "chęć zabijania" przeniosły się w inne konteksty, w których nadal są nietykalne. Tam, gdzie są "bezkarne" pokazują na co je stać. Nie zmieniło się więc nic.


Wegetarianizm, rozumiany jako "niejedzenie mięsa" nie jest więc tak niezgodny z ludzką naturą, jakby mogło nam się wydawać. Niestety z biologicznego punktu widzenia, nasze organizmy podobno już nie są do takiego funkcjonowania przystosowane. Są jednak ludzie nie odczuwający najmniejszej potrzeby spożywania tego typu pokarmu. Niektórzy naukowcy upierają się, że zależy to od grupy krwi. Jeśli ktoś ma A1B RH+ - i ma też tak jak ja niechęć do mięcha - niech da znać, sprawdzimy tę teorię.

W kontekście wegetarianizmu, należy raczej zastanowić się nad tym, czy można wyróżnić pojęcie Wegetarianizmu Mentalnego, takiego rozumianego symbolicznie. Czy świadczyłby on jednak - tak ja dwa miliony lat temu - o słabości i nieprzystosowaniu? Skazywałby daną jednostkę na porażkę w świecie, w którym nadal wygrywa najsilniejszy i najbardziej bezwzględny (psychicznie czy fizycznie na jedno wychodzi)? A może świat zmienił się już na tyle, że przygoda z mięsożernością jest już bliska końca. A my zatoczyliśmy koło od roślinożerności sensu stricto ku roślinożernej osobowości?


Jak na razie głównie należy skupić się na tym - czy nam się to podoba, czy nie -, że: jesteśmy potomkami kanibali. Mamy więc więcej wspólnego z przerażającą bestią, niż nam się wydaje i niż byśmy chcieli. Dajmy ewolucji jeszcze kilka tysięcy lat, może delikatnością i uprzejmością będzie się kiedyś podbijało świat? Oby w przyszłości to one skuteczniej pobudzały ośrodki nagrody, i oby lęk przed karą przestał być silniejszym motorem (hamulcem) naszych działań.


*Teoria Thomasa Elberta zaczerpnięta z: Bestia. Dlaczego zło nas fascynuje? Borwin Bandelow


10 lipca 2014

KOT – słowo klucz / Szkoła Kotów – Kim Jin-kyung/

Człowiek udomowił psa, ale to kot udomowił człowieka /Marcel Mauss/

Gdy tylko zobaczyłam tytuł książki, to wiedziałam, że będzie moja. No przecież (!) jest o kotach – czy to nie wystarczający argument?!! Dodatkowo zachęciły mnie opinie według których to taki wschodni Harry Potter. Z tej krzyżówki wychodzi koci Potter więc czego chcieć więcej? Moja kotka – pacyfistka nie była zbytnio zachwycona, gdy zmuszałam ją do towarzyszenia mi podczas lektury. Zniosła to jednak po swojemu - godnie – cierpliwie pobłażając mojemu wybrykowi. Ciekawe czy i ona wybierze się kiedyś do kociej szkoły? Mieszkając ze mną - czytać i pisać umie już na pewno. Tylko dla wygody udaje, że jest inaczej!

KIM jest dla nas kot, zależy od naszych doświadczeń i od tego jak postrzegamy jego rolę i miejsce w społeczeństwie (tak w społeczeństwie!). Od wieków, ten mały drapieżnik, pozostaje tuż obok człowieka i pobudza jego wyobraźnię – obrastając wprost proporcjonalnie do zainteresowania w symboliczne znaczenia. Niektórzy twierdzą, że za samo bycie kotem, kotu należy się medal. I muszę przyznać, że im dłużej obserwuję, tym bardziej wierzę, że coś w tym jest…

07 lipca 2014

Zranione serca Jasia i Małgosi /Ptak - Oh Jeonghui/

Co też może zobaczyć ślepy doktor? Jak to się stało, że jest niewidomy? (...) Zastanawiałam się, czy pan Jang zacisnął oczy w trakcie swoich narodzin, ponieważ wiedział, że świat jest taki przerażający.

Świat widziany oczami dziecka jest piękny, budzi w nim ciekawość i podziw. Przynajmniej powinno tak być. Świat widziany oczami dziecka, które zostało pozbawione normalnego dzieciństwa, jest zniekształcony. Dostrzega ono tylko zdeformowane odbicia w krzywych zwierciadłach, biorąc je za jedyne i prawidłowe objawy rzeczywistości. Przeczuwa jednak, że szczęściem w jego sytuacji byłoby zamknąć oczy, zacisnąć mocno powieki i…

Mam na imię U-mi. „U” oznacza wszechświat, a „mi - piękna - jak się urodziłam, byłam najpiękniejszą dziewczynką we wszechświecie. Mój brat ma na imię U-il - „U” tak samo oznacza wszechświat, a „il” jeden. Nasza mama tak go nazwała, ponieważ miał stać się jedynym najprzystojniejszym chłopcem na ziemi.

03 lipca 2014

Stara kobieta

Trafiłam na pewien przejmujący, właściwie odrapujący mnie do kości z mięsa i spokoju, wiersz Lesława Nowary. Dotknął mnie do głębi, poruszył czułe nuty i porzucił. Tak, jak starość - żując je - porzuca kobiety. Może nawet wypluwa...










Martwa natura z kobietą

W dni niepłodne
Wystawiam się na widok publiczny
Jak starzejąca się kobieta
Godzinami przesiadując na ławce w parku
Zupełnie bez ruchu
Czuję jak w ramiona
Wżyna mi się chitynowy pancerz
Moja natura wygląda na martwą
Któregoś dnia pewnie
Postawi ktoś na mnie torbę
Albo wrzuci papier gdy otworzę usta
Z miesiąca na miesiąc
Ubieram się coraz bardziej jaskrawo
Odcinając się wyraźnie od tła
Mam do wyboru:
Odciąć się albo wtopić

I chcąc zaprzeczyć mocy tych słów, ratowałam się Romą Ligocką: 

Tym, którzy sądzą, że z pierwszą zmarszczką maleje nasze prawo do erotyki, bo może natura tak chce, powiem tylko, że skoro w wielu dziedzinach kpimy sobie z natury, to dlaczego w tej - najbardziej ludzkiej - mamy postępować inaczej?

Tylko, że niestety pamiętam diagnozę Pinkoli Estes:

Dziewicze tereny naszej planety kurczą się giną, w miarę jak znika zrozumienie naszej własnej wewnętrznej, pierwotnej natury.Nietrudno pojąć, dlaczego stare lasy i stare kobiety nie są uważane za zbyt wielkie bogactwa.

Ani to ładne, nie można się pochwalić, nosić, jako breloczka do kluczy. Niedekoracyjna kobieta nie jest też produkcyjna - ani nie urodzi, organy ma zużyte, mięso łykowate. Przestaje być użyteczna, zaradna. Marnująca przestrzeń, bezwartościowa figura. Już nie surowiec... 

Takie dziś we mnie poruszenia.

Można zrobić wielkie oczy.../Strach - Łukasz Orzechowski/

Pamiętacie antologię Ludzie cienia Łukasza Orzechowskiego? Dziś chciałabym podzielić się z Wami przemyśleniami o jego opowiadaniu Strach, wydanym przez Książkożerców. Dla mnie bezlitosny chłód zimy, to piękno absolutne. Dlatego z pełnym zaangażowaniem wczytywałam się w kolejne zdania, poszukując zapierającej dech atmosfery. Co z tego wyszło? Już piszę.

Można pokusić się o interpretacje tekstu, jako metafory ludzkiego życia – samotnego, pełnego niebezpieczeństw i kompletnie odrealnionego w kontekście unikatowych map rzeczywistości. Czy to peron, czy to bohater staje się samotną wyspą, pośrodku niczego, czyli nieświadomości? W każdym razie na krańcach zrozumienia powstaje piekło, w którym dopadają go jego własne paranoje. Umysł zaszczuwa się dziwnymi konstruktami. A pociąg świadomości, jak na złość nie nadjeżdża. Można ten tekst zinterpretować jako skrót, streszczenie ludzkiego życia, zderzonego z absolutem. Ukazuje wtedy naszą gonitwę za życiowymi celami, która w rzeczywistości jest biernym oczekiwaniem na to "cokolwiek". Nasuwa mi się także porównanie do Matrixa, złudnego bytu/jestestwa z którego zostajemy wyrzuceni na taką małą stację, by stać się świadkiem prawdziwego widowiska życia i śmierci.

Orzechowski postanowił zastosować pewien sprytny literacki zabieg, którym jest wejście w interakcję z czytelnikiem. Ma on wprowadzić czytającego w głęboki stan emocjonalny, porwać z bezpiecznego miejsca i rzucić w wir niepewności, lęku i niespełnień. Wyrazisty tekst, gra oniryczną konwencją znad krawędzi szaleństwa i ułudy, stał się mimo tych starań tylko literackim popisem. Popisem ciekawym i intrygującym do pewnego momentu – bowiem zaoferowana nam forma wyczerpuje się po około 10 stronach i potem pozostaje się nam z tekstem męczyć. Dlaczego, skoro idea i koncept nie są złe? Głównym winowajcą pozostaje brak napięcia. Fabuła aż prosi się grozę, która przecież tak wyraźnie obłapia bohatera, poprzez sprawdzone elementy: zapomniany peron, gdzieś na końcu świata, z którego nie można się wydostać; mróz; samotność i świadomość obecności „czegoś”; natłok niszczących myśli. Nie udało się jednak mimo całej interaktywności przenieść tych emocji na czytelnika. Brak napięcia wywołany został przez rytm opowiadania – który przypomina cienką, prostą linię, sygnalizującą kres życia pacjenta. Prawdopodobnie autor zamierzał tylko osłabić naszą czujność, by potem ze zdwojoną siłą móc nas przerazić i zabrać na ekscytującą przejażdżkę roller-costerem. Niestety monotonia tylko usypia. Zakończenie tej historii jest także dosyć przewidywalne, co również nie wywołuje wypieków na twarzy. Mimo to go nie zdradzę – przeczytajcie sami.

Strach jest sprawniej napisany, niż czytany przeze mnie wcześniej zbiór opowiadań Orzechowskiego, i co za tym idzie - lepiej się go czyta. Nie jest jeszcze jednak idealnie. Oprócz braku napięcia i upartego mieszania strachu z lękiem (jestem zwolenniczką oddzielania tych pojęć), stylistyka znów zaciemnia i niszczy głębię przekazu. Często pojawia się błędne użycie zaimka: Krew mrozi się Tobie w żyłach…; Szarpiesz się, niczym opętany, smażony w ogniu piekielnego kotła, nie pomaga to Tobie, jest jeszcze gorzej. I nie wiem też czy to nielogiczność, czy takie małe – nieintuicyjne dla czytelnika stopniowanie: Wzdrygasz się na samą myśl, nie boisz się jednak. Jesteś tak przerażony, że nie możesz ruszyć się z miejsca. Aż się ciśnie na usta pewne pytanie… W kwestiach technicznych też mam wątpliwość - tekst nie został wyjustowany, czy mój tablet dziwnie reaguje? 

Opowiadanie to nadal pozostaje w kręgu tekstów, których nie można polecić szerszemu gronu czytelniczemu. Podobnie jak poprzednio to wprawka i ćwiczenie, ale może także zalążek pisarskiej kariery? Jeśli chcecie zobaczyć, jak to jest odważnie wystawić się na krytykę i przy okazji zachęcić innych, by też nie bali się pokazywać tego, co tworzą (bo tylko dzięki temu się uczą i rozwijają) - zapraszam do lektury.

Stonowana i budząca niepokój - poprzez świetnie dobrany i rozplanowany element pustki - okładka, wprowadziła moją wyobraźnię w błąd – myślałam, że tekst będzie jakąś space operą, albo kosmicznym sci-fi. W każdym razie widziałam tam „coś” o podróżach międzygwiezdnych. Dopiero w trakcie lektury, niedowierzając przyjrzałam się dokładniej i odkryłam, że nie mam do czynienia z elementem stacji kosmicznej na tle wszechświata, tylko czymś zupełnie innym. A czym? Przyjrzyjcie się uważnie.

Autor: Łukasz Orzechowski
Tytuł: Strach
Wydawnictwo: Książkożerca
Wydanie: I
Rok wydania: 2014
Okładka: e-book
Ilość stron: 42
Cena z okładki: 0,00 zł

01 lipca 2014

Zielnik uszkodzonych emocji /Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania - Oh Jeonghui/ DKK

Wiele mówi się o przemocy wobec kobiet. Zwłaszcza tej uzbrojonej w różnorodne formy kneblowania ust ofiarom, które każą w ciszy znosić im niewdzięczny los. Gdy wspominamy o dyskryminacji i braku równouprawnienia, nasze myśli najczęściej wędrują ku realiom krajów islamskich. Ten skrót myślowy jest jak najbardziej w porządku, niestety problem jest znacznie większy – bo często mniej “widzialny” lub ukryty pod pozorną “normalnością”. Jednym z winnych tego stanu rzeczy jest tradycja, czyli szereg ściśle powiązanych ze sobą struktur, które w połączeniu z naciskiem społecznym, stają się więzieniem. Gdy spojrzymy pod tym kątem na spuściznę po tradycji konfucjańskiej, która ukształtowała moralno-etyczne oblicze Azji i jej stosunek wobec kobiet – dreszcz wzdłuż kręgosłupa mamy murowany. Na przestrzeni wieków sytuacja kobiet ulegała na szczęście powolnej zmianie - częściowo ściągając z płci pięknej jarzmo krępujących je norm. Echa tych tradycji: odbierających swobodę i wolność, nakazujących posłuszeństwo wobec mężów i sprowadzających życiową rolę do urodzenia – najlepiej – syna i zajmowania się domem, słychać jeszcze po dziś dzień. Mimo możliwości zdobycia wykształcenia, większość z kobiet i tak nadal spychana jest do roli kury domowej. Taka jest m.in. rzeczywistość Korei Południowej.

Liczyłam na to, że zbiór opowiadań Oh Jeonghui przybliży mi sytuację kobiet w Korei Południowej, poruszy jakąś konkretną tematykę, zaznaczy, jakie konkretnie zmiany są potrzebne, niestety nie uzyskałam interesujących mnie informacji. W zamian za to pisarka bezceremonialnie wrzuciła mnie w świat problemów uniwersalnych. Troski jej bohaterek, to troski kobiet z całego świata i wielu różnych kultur, niezależnych od siebie. Ta forma dyskryminacji, którą podnosi Oh, jest wszechobecna - „zamieszkuje szarą strefę” - jest najbardziej bolesna, niebezpośrednia, zatruwająca potajemnie życie i kradnąca duszę swoich ofiar - kawałek po kawałku. Żadna z bohaterek nie ma imienia, każda z nich to everywoman, symboliczna i uniwersalna. Znajdziemy wśród nich: żonę pijaka, wdowę i samotną matkę, dziewczynkę żyjącą na skraju nędzy, samotną kobietę zajmującą się ojcem – kobiety na pozór różne, a jednak takie same. Co je łączy? W każdym opowiadaniu obecna jest prześladująca bohaterkę śmierć kogoś bliskiego, dotykająca ją pośrednio forma upośledzenia, dojmująca pustka, rutyna, znieczulenie, brak zrozumienia i komunikacji, zagubienie, przeraźliwa samotność, tęsknota za uczuciem, zamknięcie się w sobie. Bohaterki nie mają gdzie szukać pomocy, bo ich otoczenie funkcjonuje tak samo jak one. Osobiście odnoszę wrażenie, że pisarka osiągnęła mistrzostwo w kolekcjonowaniu ich uszkodzonych emocji. Mężczyźni  w jej historiach są tłem, tylko tłem: nieobecny ojciec, bracia, którzy odeszli, mężowie, którzy nawet, jeśli są to, jakby ich nie było…

***


Żona pijaka. O ironio, kobieta kształci się, by wyjść za mąż i wegetować u boku pijaka. Tkwi w świecie, którego nienawidzi. Przełyka gorzką pigułkę codzienności, do momentu, aż nie zdobywa się na akt buntu. Buntu, który prawdopodobnie niczego nie zmieni, da tylko chwilową ulgę. Pogardliwe pytanie męża: co kobieta wie o mężczyznach? - pisarka przekuwa w analogiczne: co mężczyzna wie o kobietach? Mąż żądając zrozumienia dla swoich słabości ignoruje żonę oraz jej tłamszony żal, zawiedzione nadzieje, subtelne pragnienie poczucia bezpieczeństwa i ogarniającą ją pustkę. Norma, prawda?

Miłość zeszłej jesieni to urzekająca i wzruszająca miniatura. Dokładnie obrazek-wspomnienie wycięte z krajobrazu szarej przeszłości. Owdowiała trzydziestoparoletnia kobieta, wraz z dziećmi mierzy się z pozbawioną emocjonalnej życzliwości rzeczywistością. Kolejne dni smutku zepchnęły ją w przepaść i mrok wewnętrznego świata. Machinalnie, bez uśmiechu i nadziei wychowuje dzieci i żmudnie pracuje. Pewnego dnia poznaje (a raczej jej synowie) tajemniczego młodego mężczyznę, który zawsze nosi przy sobie nożyczki, symbol swojej wolności. Mężczyzna tak jak pojawia się w jej życiu, tak znika. Po dłuższym czasie kobieta odkrywa prawdę, że ów człowiek to jeden z pacjentów pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Świadomość, kim był nie jest w stanie wymazać ulotnej chwili radości, którą ten człowiek w niej obudził. To, co otwarł, pozostało otwarte i gotowe na przyszłość.

Wieczorna gra to opowiadanie, które ma dwa wymiary: dosłowny i przenośny. W sensie dosłownym tytułowa gra, to karciane rozgrywki. Metaforycznie, obnaża przed nami mechanizm tworzenia pozorów: społecznych i rodzinnych, które powodują, że bohaterowie zamykają się w swoich rolach, kurczowo się ich trzymając. Odgrywanie co dzień tej samej roli, daje im poczucie bezpieczeństwa i złudzenie stabilizacji. Za tak rozumianą grą (maską, pozorem) mogą się ukryć, zataić swoje prawdziwe „ja”. Zarazem pozory podsycają w nich ciągłą tęsknotę za marzeniami, pragnieniami, wyrwaniem się. Zdarzają się jednak pojedyncze przebłyski w rutynie dnia, schemacie zdarzeń, które głęboko zapadają w pamięć i których wspomnienie staje się największym skarbem: hołubionym, pieszczonym. Bohaterka opowiadania mieszkając samotnie ze starszym ojcem, codziennie poddaje się grom na obu płaszczyznach. Te nie dają jej radości, tylko coraz bardziej wewnętrznie ją wyniszczają.

W Chińskiej Dzielnicy (nazywanej tak ze względu na licznych chińskich mieszkańców) - pisarka zabiera nas w podróż po brutalnym, nieprzyjaznym powojennym świecie pełnym slumsów. To historia dorastania w pobliżu portu, pośród domów publicznych, palaczy opium, w brudzie i głodzie. Młoda dziewczyna – główna bohaterka - jest świadkiem kolejnych ciąż matki i coraz bardziej świadoma obojętności zewnętrznego świata, który naznacza ją i jej przyszłą rolę. Jej babcia zajmuje się najmłodszymi członkiem rodziny, aż zniedołężniała - czyli już niepotrzebna - nie zostaje odprawiona do swego męża. Póki miała siłę decydować sama o sobie, była wolna. Stając się zależną, przestaje mieć prawo do własnych uczuć.  Dziewczynka jest reprezentantką jednego z trzech pokoleń kobiet, pokoleń nędzy, z której cyklu się nie wyrwie. Ma nikłe szanse na wydostanie się ze świata, w którym marzeniem dziewcząt jest zostanie dziwkami amerykańskich żołnierzy. To w ich świadomości jedyna szansa na wydostanie się ze smrodu gotowanych ziół, okalającego całą okolicę i bezpodstawnego okrucieństwa. Bolesna świadomość prawdy o rzeczywistości, budzi się w niej nagle, symbolicznie przychodzi wraz z pierwszą miesiączką: pozorną dojrzałością do świata, który nie pozwoli jej się tak naprawdę nigdy rozwinąć…

Jedno z opowiadań Oh Jeonghui, zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, można w nim znaleźć więcej symbolicznych znaczeń. Prowokuje i porywa w sam środek emocjonalnego kotła, w którym powoli gotuje nas pisarka. Na jego podstawie powinno się nakręcić film - z cyklu „trudne” – w którym zagłębilibyśmy się w świecie bohaterek, nie poprzez słowa, lecz symboliczny obraz i gest. Utwór, o którym mowa, to: Właścicielka sklepu z zabawkami. Tekst poniekąd „przemawia” nastrojem, nie słowem. To porażająca opowieść o młodej dziewczynie - właściwie jeszcze dziewczynce - kleptomance, która po stracie kochanego, chorego brata i pod opieką okrutnej macochy, rozpaczliwie szuka kogoś, kto ukoi jej samotność. W efekcie wplątuje się w dwuznaczny romans z właścicielką sklepu z zabawkami (nota bene inwalidką – jak zmarły brat dziewczyny). Okaleczona emocjonalnie, pozostawiona sama sobie kolekcjonuje czerwone lalki. Lalka w rytuałach reprezentuje zazwyczaj osoby martwe lub po prostu bóstwa. Jest naczyniem, w którym gromadzą się tajemnicze moce, dzięki niej świat duchowy łączy się z materialnym. Symbolizuje również niespełnione marzenia i pragnienia, wbrew staraniom pozostaje tylko martwym przedmiotem, nie posiada duszy, nie ożywa. Ze względu na bierność nieożywionego przedmiotu, zbieranie lalek oznacza chęć dominowania, przejęcia władzy nad innymi, próbę przywłaszczenia ich sobie lub odzyskanie tych, którzy nas opuścili. Jako zabawka symbolizuje wewnętrzny świat dziecka, wszystko, za czym się tęskni, a także pragnienie powrotu do dzieciństwa, w którym jest czas na beztroską zabawę i bycie pod opieką innych. Lalka należy również do tej samej kategorii symboli, co lustro: łączy to, co świadome z nieświadomym, będąc zarazem odbiciem żywego człowieka. Na symbol lalki w opowiadaniu nakłada się znaczenie koloru czerwonego. Barwa ta, w tym opowiadaniu ma znaczenie podobne do tego z Czerwonego kapturka. To kolor zmysłowości, kolor krwi kojarzący się z płciową dojrzałością (menstruacja) i utratą dziewictwa. Tutaj czerwień jest związana z przedwczesną inicjacją seksualną. Dziecięca niewinność została utracona zbyt szybko. Bohaterka wstydzi się swoich czynów, ponieważ nie dojrzała do seksu. Wyparcie swojej przedwczesnej fizycznej dojrzałości, nie idącej w parze z dojrzałością emocjonalną, dokonuje się poprzez przeniesienie jej na lalki (przerzucenie odpowiedzialności za seksualność w sferę nieświadomą). Chce zapanować nad swoim życiem, projektując doznania na martwe przedmioty - dlatego lalki są czerwone. Rozwój dziewczyny został zakłócony poprzez odrzucenie, którego w życiu doznała.
To tylko jedna z możliwych interpretacji tego opowiadania. Poczucie winy za śmierć niepełnosprawnego brata, szukanie ukojenia w ramionach niepełnosprawnej kobiety, kleptomania, to punkty wyjścia do kolejnych ciekawych rozważań.

***
Poczucie beznadziei i wszechobecny smutek, apatia to główne elementy kształtujące ponurą atmosferę opowiadań. Przełamuje ją ucieczka bohaterek w oniryczny świat. Tutaj nie powinny jednak szukać bezpiecznego schronienia, bowiem i tutaj coś powoli wyłania się z pogranicza jawy i snu, jakiś cień, który porywa je do swego świata. W nim również stają się więźniarkami. Pozorna ucieczka zakuwa je w jeszcze zimniejsze okowy. W jednej klatce zamyka je społeczeństwo, w drugiej zatrzaskują się same. Ucieczka staje się, więc podwójnie trudna. Mimo to, przepełnione niespełnionymi marzeniami, złamane codzienną rutyną, jak w więzieniu powtórzeń, bohaterki powoli dojrzewają do zmiany. Część z nich walczy o siebie, dąży do kariery zawodowej, przełamuje tabu różnorodnych związków seksualnych. Reprezentantki płci pięknej nie chcą już grać swych ról, chowając się głęboko we wnętrzach własnego „ja”. Oh Jeonghui pomaga im w przełamywaniu krępującego tabu, otwarcie pisząc o buncie. Podkreślając absurd poglądu, według którego kobieta nie znaczy nic bez mężczyzny i realizuje się tylko przez jego obecność u swego boku.

Tak jak zauważyliśmy wcześniej, przedzieramy się przez realno – oniryczne stany bohaterek, dzięki, którym pisarka ukazuje nam głębię psychologiczną postaci. Sprowokowany do refleksji czytelnik dotknie nie tylko psychologicznych aspektów opowiadań, ale też zetknie się z ich społecznym wymiarem. Wykreowane literacko kobiety mogłyby mieszkać w różnych zakątkach świata i nadal prawdopodobnie miałby te same problemy, np. w Polsce żona pijaka zapewne czuje się podobnie, może się zbuntować w taki sam sposób, skorzystałaby jednak z alkoholu o zdecydowaniu większej zawartości procentów niż jej koreańska odpowiedniczka, i to byłaby jedyna różnica!!! Różnicą pomiędzy taką formą dyskryminacji, jaką ukazuje w swojej twórczości Oh, a jaka jest obecna np. w kulturze polskiej, to obecność realnych form pomocy, na które mogą liczyć w związku z nią kobiety. I rodzi się pytanie, czy gdyby Koreanki miały większą możliwość wyboru, czy problem by zniknął? Zapewne nie. Są kobiety, które odejdą i będą walczyć o siebie i są też takie, które utyskując na swój los nie zmienią w życiu nic. Niektóre tylko marzą o buncie i wolności, ale gdyby te marzenia były na wyciągnięcie ręki i tak by po nie sięgały. Najważniejsze jest jednak danie szansy tym, które prawdziwie pragną odmiany swego życia i lepszej przyszłości dla następnych pokoleń: w postaci prawa wyboru swojej drogi i decydowania o samej sobie, wbrew regule „bo tak wypada”.  W imieniu tych właśnie kobiet wypowiada się Oh - tych, które mają w sobie siłę, by łamać reguły poprawności, poprawności tak oczekiwanej i wymaganej.

Tłumaczenie opowiadań zajęło kilka lat i trzeba przyznać, że jest dopieszczone. Czytelnik odnosi wrażenie, że tłumaczka nie pozwoliła na to, by umknął jej żaden szczegół, symbol, gest. Po prostu poetycko–szorstki majstersztyk. Napisanie wstępu pani Stefańska mogła jednak zostawić komuś innemu, niepotrzebne streszczenia i wciąż powtarzające się zdania, mogą zniechęcić kogoś do pójścia dalej i przeczytania tego, co najważniejsze. Język używany przez pisarkę, o czym zapewnia nas tłumaczka: jest prosty, momentami dosadny. To, co sami zauważamy to brak koloryzowania, wyolbrzymiania, przegadywania treści. Narracja opowiadań jest zawsze pierwszoosobowa, głos każdej kobiety z osobna odbija się echem w otaczającej je pustce.

Okładka skromna, niewyróżniająca się, sugeruje potrzebę skupienia się podczas czytania, a nie rozrywkę. Zapewne nieprzypadkowo jest w odcieniu czerwieni. Czy to aby nie kolor kobiecej duszy? Dostrzegamy w nim siebie, my kobiety z każdego krańca świata?

Do przeczytania książki potrzebny jest wysiłek, lektura nie jest łatwa, ani „porywająca”. Nie ma nagłych zwrotów akcji, historie nie posiadają jednoznacznych zakończeń. Jeżeli ktoś nastawi się na zdobycie wiedzy o tradycjach Korei Południowej nie znajdzie ich w tej pozycji. Zbiór opowiadań Oh zainteresuje kogoś, kto ma ochotę na chwilę refleksji, kto nie boi się spojrzeć w twarz ludzkim dylematom i usłyszeć krzyku rozpaczy wydobywającego się z tysięcy ściśniętych gardeł.

Czytliwość: 4/6
Wydanie: 5/6
Okładka: 5/6
Ogólnie: 5/6

Autor: Oh Jeonghui
Tłumaczenie: Marzena Stefańska
Tytuł: Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania
Tytuł oryginalny:
Wydawnictwo: Kwiaty Orientu
Rok wydania: 2009
Wydanie: I
Okładka: miękka
Ilość stron: 125
Cena z okładki: 24 zł

Fragment:
Zwilgotniała chusteczka, schowana długo w ziemi, przykleiła się do mojej dłoni, niczym źdźbło zgniłej słomy. Wyczyściłam brud z pierścionka, miedzianego paska oraz monet i ścisnęłam te skarby w ręku. Czułam je tak samo jak poprzednim razem. Były teraz ogrzane od ciepła mojego ciała, ale niebawem zrobią się zimne.

Autorka:
Jeonghui Oh urodziła się w 1947 r. Należy do grona najwybitniejszych współczesnych powieściopisarek południowokoreańskich. Jej utwory zostały przetłumaczone m.in. na język angielski, francuski, rosyjski i japoński. Obdarzona niezwykłym talentem, zdaje się wiedzieć więcej o zagmatwanym labiryncie... kobiecej psychiki, niż większość innych pisarzy.. Problemy, jakie podejmuje Oh, nie są łatwe, prowokują, zmuszając do refleksji, i nie zawsze odpowiadają mentalności Koreańczyków.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...