30 marca 2014

Czy Chorzów sponsorowały wampiry? O utopcach, zamkach i innych widmach z przeszłości

http://internet-chorzow.pl/?page_id=171
Pochodzenie nazwy „Chorzów” nie jest do dziś wyjaśnione. Pozostała tajemnicą, więc możemy usłyszeć mnóstwo związanych są z nią licznych, mniej lub bardziej prawdopodobnych, teorii. Nazwa Chorzów/Charzów ma pochodzić więc od słowa: „tchórzów” – bo mieszkali tutaj strachliwi ludzie lub tacy, którzy głównie zajmowali się hodowlą tych uroczych zwierząt; od „charować” – związana z ciężką pracą, której podejmowali się tutaj mieszkańcy w kopalniach; od „chory” – bo powstał tutaj pierwszy szpital; od „hory” czyli „górki” – ponieważ miasto usytuowane jest na wzgórzu. To oczywiście nie wszystkie z możliwości…

Kiedy powstała osada, która dała początek dzisiejszemu miastu i jak się wówczas nazywała – tego oczywiście też nikt nie wie, a historycy wciąż spierają się i gubią w domysłach. Najprawdopodobniej nigdy nie będzie nam dane się tego dowiedzieć. Chyba, że ktoś w końcu zacznie podróżować w czasie. Pierwsze dokumenty, w których badacze doszukują się wzmianek o Chorzowie pochodzą z 1136 roku. Jednak pierwszy bezsporny, to wystawiony przez księcia opolskiego Władysława w 1257 roku, dokument zezwalający na lokalizację Chorzowa na prawie niemieckim. Konkretny punkt zaczepienia datowany dopiero na XIII wiek, nie daje jednak odpowiedzi na wiele nurtujących pytań.

Kim byli pierwsi mieszkańcy tych okolic i skąd przyszli? Jak się domyślacie i na ten temat jest wiele teorii. Podobno pierwsze chorzowskie domy powstały na terenie obecnego Placu Jana. Podobno chorzowianie to potomkowie uciekinierów spod Grodów Czerwieńskich, którzy umykali przed Tatarami. Popularna jest również legenda (spisana dopiero w 1941 roku), która głosi, że Chorzów założony został na miejscu dawnego zamku myśliwskiego Bolesława Chrobrego (przyczyną wybudowania go własnie tutaj były bogate w zwierzynę okolice – stąd też jedna z sugerowanych, wcześniejszych nazw Chorzowa - Zuersov). Wokół opowieści o zamku i ruinach po nim, narosło wiele historii, do dziś przetrwało ich niestety niewiele… Niektórzy uparcie jednak twierdzą, że to Łokietek, nie Chrobry, fundując z wdzięczności kościół Św. Ducha, dał początek grodowi. W każdym razie duch rycerski nadal unosi się nad Chorzowem Starym. Na pewno dzieje się to za sprawą  dusz Bożogrobców (Stróże Grobu Pańskiego), którzy przyczynili się do rozwoju przemysłu na interesującym nas terytorium. Członkowie tego zakonu, podobno spali w trumnach (czyżby Chorzów sponsorowały wampiry?? – czyż to nie byłby świetny motyw do wykorzystania w powieści?).

Wiecie, że od strony Siemianowic do Chorzowa o północy wyjeżdżała CZARNA KAROCA? I to nie byle jaka, bo z czterema ziejącymi ogniem końmi. Żeby było jasne, tak zacne miasto miało jeszcze drugą taką karocę: ta przemierzała jednak ulice Starego Chorzowa. Jeśli jakiś nieszczęśnik zobaczył, któryś z tych powozów rodem z piekła, w najlepszym wypadku oślepł w ciągu trzech dni. Postęp zrobił swoje, z czasem czarna karoca, transformowała się w czarną limuzynę…Zazwyczaj obecność takich zjawisk towarzyszy jakiejś strasznej zbrodni, za którą trzeba odpokutować. Niestety do naszych czasów nie przetrwały informacje:  kto powozi i z jakiej przyczyny. (W Maciejkowicach za to odnajdujemy historię o bryczce, która pokazuje się pod płaczącą wierzbą i też ciągną ją dwa konie ziejące ogniem).
 
http://internet-chorzow.pl/?page_id=171
A wiecie, dlaczego nie wolno górnikom pod ziemią gwizdać? Bo SKARBNIK tego wprost nienawidzi. Ten dźwięk działa na niego jak płachta na byka. Gwizdanie to proszenie się o nieszczęście. Niepisany górniczy kodeks, więc tego zabrania. A kim jest Skarbnik? Wersje są przeróżne: to sztygar, który tak ukochał swoją pracę, że pozwolono mu pozostać strażnikiem podziemi; ojciec św. Barbary, który pokutuje za porąbanie córki, tragicznie zmarły górnik itd. Także pudlerzy/pudlrzy, czyli hutnicy mają swoje widma i strachy. Najsłynniejsze to te z walcowni. Dobrze znana jest także legenda o diabelskim młynie z Klimzowca. To historia o zbrodni, karze i chciwości - diabłem podszyta. W każdym razie w młynie były ukryte skarby i każdy, kto po nie sięgał – kończył marnie.

Jako, że okoliczne tereny obfitowały w stawy rybne (nawet na Placu Hutników był taki!), nie mogło zabraknąć tu przeróżnych UTOPCÓW (śląskie wodne demony). Jedne nosiły zegarki przy weście, inne lubowały się w czerwonych kubraczkach. Każdy staw miał swojego „opiekuna”. Część wodników przodowała w topieniu ludzi, część pomagała w łowieniu raków (Raków!! Jakie mieliśmy kiedyś czyste wody!!), reszta pilnowała ukrytych skarbów lub je tworzyła - podobnie jak leśne diabły. Najsłynniejsza jest historia utopca z Maciejkowic, którego, złapanego do beczki, można było podziwiać za drobną opłatą – to się doigrał.

W Chorzowie czuwa również śpiące wojsko. Przed bitwą pod Legnicą, Tatarzy najpierw splądrowali Chorzów. By po raz kolejny nie doszło do tak strasznego wyniszczenia tych ziem, św. Jadwiga, nakazała rycerzom trwać we śnie, by byli gotowi na czas próby. Zdarzało im sie do tej pory przebudzić kilkakrotnie, za sprawą niesfornych dzieci, do zbrojnego ruszenia jeszcze jednak nie doszło.

Podobno tam, gdzie jest koniec ulicy Bałtyckiej stał kiedyś chorzowski zamek. Liczne podania, związane są również ze starochorzowskim kościołem. Znane są historie: o widmie księdza odprawiającego mszę, o widmowych dzieciach towarzyszących przy jego budowli itp. Jak w każdym szanującym się mieście, usłyszymy tutaj o cmentarnych marach, duchu bladej kobiety w bieli, która wskazywała skarb ukryty na Placu Jana. Na Placu Piastowskim grasowało za to widmo w meloniku, a pod kaplicą, która tam stoi ukryty jest skarb, który z roku na rok zapada się coraz głębiej. Jeśli jednak prawdziwie sprawiedliwy człowiek znajdzie się w potrzebie, skarb ukaże się na wierzchu (to, że nikt go do tej pory nie zobaczył nie najlepiej o nas świadczy).

http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=UtopiecNa Węzłowcu pojawiają się również różne utrapione duchy. Węzłowiec (dawniej Wężłowiec), należał do Chorzowa. Z miejscem tym związana jest legenda pewnej wdowy, która odkryła zwodniczy skarb i straciła przez to dziecko. Wszystko jednak dobrze się skończyło, a na pamiątkę swego grzechu kobieta postawiła betonowy krzyż, który można podziwiać do dzisiaj. Między Bytkowem a Starym Chorzowem, gdzieś na Węzłowcu diabeł w Wielki Piątek (z czasem legenda rozszerzyła się na wszystkie większe święta) topił złoto. Muszę jeszcze dokładnie zlokalizować, gdzie...

Na terenie dzisiejszego Chorzowa, Świętochłowic, Rudy Śląskiej i Hajduk (dzisiejszy Chorzów Batory) grasowało dwóch śląskich Janosików: Eliasz i Pistulka. Nie imały się ich kule, a za sprawą „trawki Eliasza” otwierały się przed nimi wszystkie zamki. Jedna ze związanych z nimi historii tyczy się groty na terenie Hajduk. Podobno ukrywał się tam zbiegły z więzienia Eliasz (gdy go aresztowano, okazało się, że to po prostu staruszek, który uciekł od swojej żony, by mieć święty spokój, jednak komorę zawsze już nazywano „Eliaszką”). Para ta stanowiła pewien symbol – i na podkreślenie ścisłej współpracy, mawiało się: Eliasz z Pistulką srali jedną dziurką - niepoprawne ale urocze, prawda? Nasi przodkowie też byli po prostu ludźmi i mieli poczucie humoru.

Z rozbójnikami związany jest też pewien zapomniany już prawie wic:                         
W szkole rektór sie pyto: „Jakich znacie proroków?” Francik się zgłasza: „Eliasz”. – „Bardzo dobrze. A jeszcze kto?” „Pistulka” – odpowiada Francik. – „Czyś zgłupiał? Co ty wygadujesz!” – „No, przecaż oba razem kradli!”. 

Szkoda, że większość zachowanych materiałów (najczęściej mających źródło w ustnych przekazach) ma charakter szczątkowy i, że z dnia na dzień tracimy szansę na odkrycie kolejnych faktów. Tak - faktów – ponieważ podania i legendy niosą czasem z sobą więcej informacji o prawdach historycznych niż dokumenty, które pewne kwestie z założenia miały przemilczać. Po przeczytaniu książki  Halora można stworzyć sobie zupełnie inną mapę Chorzowa, z oznaczeniem niezwykłości, które miały kiedyś tutaj miejsce. Czy jest magicznie? Jeśli posiadacie choć odrobinę wyobraźni – bardzo. Jeśli więc macie ochotę na małą przygodę, zapraszam na szlak wyznaczony wspomnieniami.

Źródło: Antoni Halor, Bożogrobcy i Pudlyrze, Chorzów1997

Fragment: Stefan Darda Dom na wyrębach

Pamiętam chwilę, kiedy późną nocą, gdzieś w starym, drewnianym domu na Pojezierzu Łęczyńsko - Włodwaskim, przy kieliszku wódki, usłyszałem od starszego człowieka opowieść o młodej, zmarłej przedwcześnie dziewczynie. Została pochowana w białej sukni, a potem, po długim czasie, otworzono trumnę i dziewczyna leżała zupełnie niezmieniona przez kilka chwil, dopóki podmuch wiatru nie zamienił jej w proch. Nie mam najmniejszych podstaw, aby twierdzić, że to nieprawda. Mało tego, uważam, że takich niezwykłych a jednocześnie prawdziwych opowieści są tysiące i mogę tylko żałować, że nie uda mi się ich wszystkich poznać.

 

28 marca 2014

Cudze chwalicie a swego nie znacie! Podania i legendy z Siemianowic Śląskich i Chorzowa

Jeśli zapytać przeciętnego Polaka o mitologię, to zapewne wie co nieco o greckiej, rzymskiej, mniej lub więcej o nordyckiej. Z naszej słowiańskiej jest oczywiście dumny, chociaż za bardzo nie wie czym/jak się ją je. Gdy zapytać go o polskie legendy, na pewno zna tę o Królu Popielu, który miał na pieńku z gryzoniami (można doszukać się wersji, że nie zapłacił deratyzatorowi). I to dobre. Jeśli jednak ten sam Polak zastanowi się, co mógłby ciekawego opowiedzieć o podaniach i legendach, tych najbliższych: zza progu jego mieszkania, o dziwnościach, które działy się/dzieją na ulicy, którą przemierza kilka razy na dzień - wtedy nabiera wody w usta.

Zalewają nas historie dziejące się wszędzie i nigdzie, nijakie i bezosobowe. Nie dostrzegamy tych, które są tuż obok, wypełniają przestrzeń między starymi familokami i betonowymi blokowiskami - są w nie wbudowane. Nawet nie próbujemy ich zauważać, ta harmonia współistnienia jest nam obca. By być narodem dumnym ze swej historii, a podobno za taki się uważamy, trzeba zacząć od małych kroczków, drobiazgów i szczegółów. Dlatego postanowiłam przybliżyć Wam fantastyczność Chorzowa (głównie najstarszej dzielnicy) w „Bożogrobcy i Pudlyrze” i Siemianowic Śląskich w „Opowieści miasta z rybakiem w herbie”. Autorem obu książek jest Antoni Halor: reżyser filmowy, artysta plastyk, literaturoznawca i publicysta. Urodzona w Siemianowicach postać nietuzinkowa! Antoni Halor pracował z prawdziwą pasją, byśmy dziś mogli zapełnić strony naszej regionalnej historii. Jego wkład w kulturę lokalną jest więc nieoceniony.

Opatrzone zabytkowymi rycinami i zdjęciami książki są zapisem burzliwych dziejów, pełnych czarów, krasnoludów, diabłów, fajermonów i utopców itd. Oba zbiory podań i legend, opatrzone oczywiście odpowiednim wstępem, przekonują nas o tym, że żyjemy na ziemi przepełnionej magią. I zapomnieliśmy o tym, zbyt głęboko utożsamiając miejsca mające wielowiekową historię, z typowo przemysłowo-robotniczym krajobrazem.

Coraz mniej jest tych, którzy pamiętają i potrafią podzielić się swoją wiedzą. Odchodzą w zastraszającym tempie, ginie więc wielowiekowa tradycja. Dlatego, jeśli macie w swoim otoczeniu jeszcze kogoś kto pamięta, stare historie, które nie zostały jeszcze spisane: NIE WAHAJCIE SIĘ! Gdziekolwiek mieszkacie: weźcie sobie tę myśl do serca i zacznijcie notować! Ocalcie od zapomnienia wiedzę dla przyszłych pokoleń.

Autor: Antoni Halor
Tytuł: Bożogrobcy i pudlyrze / s. 223, 1997, Urząd Miasta Chorzów/
Tytuł: Opowieści miasta z rybakiem w herbie /s. 223, 1997, Urząd Miasta Siemianowice Śl/

Wielu biada nad upadkiem tradycyjnego Śląska; równie wielu się z tego cieszy. Ale czy racja nie jest raczej po stronie tych, którym żal odchodzącego archipelagu przodków, mitycznej historii i geografii bliskiego sercu miejsca, jego osobliwości, charakterystycznych budowli i niezwykłych postaci?...
 

26 marca 2014

Ludzie czytają Karpowicza i żyją /Balladyny i romanse -Ignacy Karpowicz/ DKK


Ostrzegam! Odgrzałam stareńkiego kotleta. Jest mega przydługi. Podobnie jak książka o której go wysmażyłam...

Myślę, że tak w połowie możecie już go wypluć.

Opis na okładce zachęcający. Pierwsze kilka stron wciąga i intryguje. A potem już tylko coraz gorzej. Cokolwiek obiecujecie sobie po tej książce, zaczynając ją czytać, zapomnijcie o tym. Oczyśćcie umysł i przygotujcie się na wchłanianie jej w drobnych porcjach. W dużych kęsach jest niestrawna.

Powieść ma budowę szkatułkową i dzięki temu autor mógł pozwolić sobie na nieograniczoną grę formą i narracją. Końcowym tego tworem jest wieloaspektowe pomieszanie z poplątaniem: konwencji, kontekstu, prowokacji i kiczu, aluzji i gry, raz subtelnej raz wulgarnej. Treść składa się z kilku części: w pierwszej kolejności poznajemy zwykłych śmiertelników, których los zazębi się z losami bogów. Tych drugich przyłapujemy w podniebnych pieleszach. W końcowej części swojej przydługiej książki, autor przedstawia nam perypetie, jakie wynikają ze spotkania jednych i drugich.
Zeus postanawia wykorzystać postępującą sekularyzację i spadek wpływów bogów chrześcijańskich (nie bez kozery autor mówi o nich w liczbie mnogiej) i przejąć władzę. Wysyła więc Hermesa na ziemię, by ukradł kawę i żelazka, których to miejsce mieliby zająć bogowie (?). Nie do końca wszystko jednak idzie zgodnie z planem. Część bogów znudzona wiecznością i postępującą biurokracją w mieście miast, postanawia zstąpić na ziemię dobrowolnie. Część zostaje do tego zmuszona w związku z plajtą Banku Materii i zamknięciem Nieba. Te dwa światy: Ziemia i Niebo, zostają oddzielone od siebie grubą kreską.
Zanim jednak do tego dojdzie, zapoznajemy się z symbolicznym zacieraniem się wszelkich granic, które to następuje w niebie (stylizowanym na podobieństwo ziemi - nawet tam dotarły fotele z Ikei): mieszkańcy różnych podniebnych dzielnic (chrześcijańskiej, pogańskiej, egipskiej, greckiej itd.) wspólnie imprezują, prowadzą interesy i łączą się w pary. Atena jako jedyna sprzeciwiająca się ojcu, zostaje szybko wyeliminowana z gry strzałą Erosa. Zakochana postanawia zstąpić na ziemię ze swoim ukochanym – mężem! - Ozyrysem. Po wiekach wstrzemięźliwości bogini nie może, jak na złość, zostać zdeflorowana, ponieważ jej mężowi Set znów ukradł „klejnoty”. Mimo to z pomocą boskiej mocy zachodzi w ciążę. Nike zostaje nam tu przedstawiona jako bizneswoman, posiadająca na ziemi potężny koncern z odzieżą sportową. Pamiętacie? To ta, która zawsze się waha – w tej powieści również, ponieważ nigdy nie wie, po której stanąć stronie, by być po tej zwycięskiej… Miłość jednak odbiera jej racjonalność oglądu i Nike ryzykuje związek z Jezusem. Wspierając ukochanego, głównie finansowo, zamieszkuje z nim na ziemi. Poznajemy tutaj również prawdziwych rodziców Erosa: Hermesa i Aresa, którzy przyłapani in flagranti przez syna (ponieważ wciąż się bardzo kochają, a chcieli to przed nim ukryć), postanawiają w celu zadośćuczynienia mu krzywd, odgrywać rolę kochającej się rodziny na ziemi. Pech chce, że wybierają kraj ziejący homofobią.
http://podwojonamagiamitologia.bloog.pl/id,6261310,title,Podstawowi-bogowie-Greccy,index.html?smoybbtticaid=6126e4
Kraj o którym mowa, ten w promocji, do którego wybrać się najtaniej, to Polska. A Karpowicz przechodzi samego siebie opisując jego rzeczywistość: „Stosunkowo stabilna demokracja, dominująca religia: katolicyzm magiczny oraz Stocznia Gdańska, główne osiągnięcia: Fryderyk Chopin i bigos […]. Tolerancja w zaniku od XVII wieku, są muzykalni, mieszczą się w pięciolinii, literatura skupiona na narodowych kompleksach, trudno przetłumaczalna, z kawalerią na czołgi kanałami […], wydobywają sporo węgla, sieją rzepak, chętnie jedzą grzyby w ślinie oraz zepsute ogórki […]. Stosunek seksualny trwa zwykle poniżej kwadransa, wliczając w to grę wstępną. Orgazm właściwie nie występuje. Przemoc w rodzinie ma się dobrze. Płodność nieszczególnie”. Czytelnikowi uśmiech nie schodzi z ust, a Bogowie lądują w tym bagienku jeden po drugim i zaczynają mieszać w życiu ludzi. Z tego całego mieszania wychodzi jednak niewiele, żeby nie powiedzieć, że wielkie, okrągłe zero, czyli nic. Zamieszanie, które ma nastąpić, które sugerowane jest przez większość czasu w książce, nie następuje w ogóle.
Czytając o naszym polskim małym, kwaśnym światku, kiwam głową potakująco: tak oglądamy głupie programy w telewizji, tak kupujemy w biedronce, tak jesteśmy nudni, tak rządzi nami przeciętność. Tylko, co z tego? Co autor chciał osiągnąć kpiąc z wszystkiego do żywego. W pewnym momencie kpina przestaje śmieszyć, obnaża swoją płytkość i wzbudza współczucie.
Koniec końców niebo zostaje zamknięte, przetrwało przynajmniej znacznie dłużej niż piekło, które nie funkcjonuje już od dawna. Balladyna, o ile kojarzycie - taki czarny charakterek Słowackiego: nie może znieść faktu, że utknęła w niebie i jeszcze jej się dobrze powodzi! Ma świetnie prosperującą firmę cateringową (wspólnie z Aliną i Grabcem), biznes pozwolił jej wydostać się ze slumsów dzielnicy pogańskiej. Zrozpaczona, nie mogąc pogodzić się z brakiem Piekła, zstępuje na ziemię, by je odnaleźć. Szuka go w przeróżnych zakątkach (skażonych wojną, przemocą i nieszczęściami), stając się świetną dziennikarką. Niektórzy po prostu skazani są na sukces. Obecność Balladyny w powieści nie jest jednak niczym innym uzasadniona (sic!).

Pomieszania z polątaniem ciąg dalszy...
http://www.national-geographic.pl/foto/fotografia/zamyslony-ozyrys-771386
Autor przeprowadza nas przez świat ludzi biednych, samotnych, rodzinnych, gejów, imprezowiczów. Niestety nie wiadomo, w jakim celu i co z tego ma wynikać. Postacie zwykłych śmiertelników są nakreślone wiarygodne, ale tylko do pewnego momentu. Pewnie wpływ na nagłą niewiarygodność ma ingerencja pierwiastka boskiego. Chuligan, z poziomem inteligencji zdychającego pierwotniaka (nie obrażając pierwotniaków) z perspektywą na przyszłość: menel lub etatowy więzień, nagle staje się czułym i wrażliwym młodzieńcem, prawdziwie kochającym i snującym rozważania o istocie życia. Podobnie sztuczny jest Rafał: filozof – onanista, mężczyzna, który snuje rozważania filozoficzne, w czasie, gdy trzyma głowę między nogami Afrodyty. Jeśli ktoś chce mi wmówić, że męski mózg tak funkcjonuje, to muszę się zbuntować. Przemiany zakorzenionej w stereotypach Kamy i nimfomanki Anki, też są mocno naciągane. Postać Olgi budząca na początku moją niekłamaną sympatię, w pewnym momencie też traci cały swój urok. Jedynie realny poprzez swoje odrealnienie jest Artur: umysł dziecka uwięziony w ciele i świecie dorosłego człowieka. Spośród relacji Bóg – Człowiek, najlepiej nakreślona jest właśnie ta pomiędzy chłopcem, a Jezusem – najsympatyczniejszym z Bogów. Jezus, który nie patrzy na mnie ze zbolałą miną, lecz taki, który schodzi z krzyża by zagrać ze mną w play station i staje się moim najlepszym kumplem, to świetna alternatywa dla kościoła, który utknął z wizją nawracania w średniowieczu. Wbrew pozorom tak nakreślony obraz Chrystusa nie jest wcale obrazoburczy (pomijając to, co niektórzy pomyślą o jego związku z Nike). Taki Jezus – ludzki - jest mi bliższy.
Na kartach książki zawitały również postacie epizodyczne, których obecność ma dopełnić obraz bohatera ważniejszego np. Alina i Grabiec rozbudowują Balladynę. Sporo jest także postaci zaniedbanych, na które ewidentnie zabrakło pomysłu np. Lucyfer i Apollo. Zostają gdzieś po drodze porzuceni. Autor, co jakiś czas, przypomina sobie o nich i próbuje ich nieudolnie reanimować - z pewną ociężałością wkładając im słowa w usta i myśli w głowy, jakby już sam nie wiedział, co można mówić i myśleć na ich miejscu.
Karpowicz bardzo starał się, żeby jego postacie nie były jednowymiarowe. Niestety bez powodzenia. Bohaterowie są tak mało charakterystyczni, że zlewają się w jedno. Brak wyraźnej indywidualizacji powodował, że pod koniec książki dopiero po dłuższym zastanowieniu dochodziłam do tego kim jest Bartek, Maciek itp. W pewnym momencie przestali być „jacyś”, zlali się w papkę, tak jak wyśmiewana przez Karpowicza popkultura. Na szczęście, jeżeli chodzi o Bogów, takich problemów nie było (tutaj składam hołd poprzedniemu systemowi edukacji).
https://bialczynski.wordpress.com/slowianie-w-dziejach-mitologia-slowian-i-wiara-przyrody/czworksiag-wielki-wiary-przyrody/o-mitologii-slowianskiej/o-ksiedze-tura/taja-8-o-swiecie-narodzonym-z-boga-bogow-ludziach-powstalych-z-potwora-porusza-i-o-waznym-rodzie-galezow/
Narrator uchyla przed nami rąbka tajemnicy, a właściwie to odziera ją z całego odzienia. Pozwala nam zaglądać w myśli bohaterów. Dla nas prześwietla ich, tłumaczy sposób ich pojmowania rzeczywistości. Jest wszechpotężny i wszystkowiedzący. Zostając postawieni w takiej sytuacji, odkrywamy, jakie banalne mogą być motywy ludzkiego postępowania. Zaczynamy spoglądać na naszego sąsiada inaczej niż zwykle. Bogowie również nie postępują i nie zachowują się tak, jakbyśmy się tego mogli spodziewać: wprowadzają się do mieszkania w ponurym blokowisku zamiast do willi z basenem, chociaż mówią o sobie jak rasowi celebryci.
Karpowicz zastosował również bardzo ciekawy zabieg: bohaterowie ziemscy, a z Bogów Apollo, nie mówią sami za siebie – nie mają głosu, reprezentuje ich obdarzony wszechwiedzą narrator. Reszta Bogów oraz Pojęcia przedstawiają się samodzielnie. Dodatkowym (wcale nienowatorskim) chwytem literackim jest wprowadzenie właśnie dodatkowych bohaterów w postaci Pojęć, którym autor oddaje głos. Ich obecność pozwala oddać się Karpowiczowi jego najwyraźniej ulubionej żonglerce słownej, z której niewiele dla treści wynika. Pierwszym przedstawiającym nam się pojęciem/ideą/przedmiotem symbolicznym jest chińskie ciasteczko – esencja banału, który to powinien być współczesnym popkulturowym bogiem. Nota bene, którego mądrości nieustannie serwuje nam pisarz. Wprowadzenie pojęć miałoby sens, gdyby zostało to zrobione w przemyślany sposób. Skoro autor symbolicznie chce przedstawić rozpad wartości, zacieranie się znaczenia pojęć (Pamięć, Czas, Entropia, Narracja, Koniec, Związek Przyczynowo – Skutkowy) i uderza tak mocno w kulturę masową (chociaż traktat o upadku kultury to zdecydowania nie jest i nie miał być) i ogłupienie społeczeństwa, mógł oddać głos: Hipermarketowi, Mediom, Darkroomowi, Promocji, Celebrcie (czyli Nowym Bogom). Słowem kluczem w „Balladynach i romansach” jest bowiem: pop. Popkultura, czy era mass mediów jest tutaj przedstawiona jako forma bardzo agresywnej ekspansji, która dokonuje lobotomii na szarych komórkach jednostek nią potraktowanych, czyli każdego z nas. Przenosi się droga kropelką, zakażając coraz większe obszary: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości… Wszystko, co do tej pory stworzono, także Bogowie, zostaje przemielone przez maszynkę popkultury. Ale z pochwałą oryginalności i odkrywczości tego powieściska bym się wstrzymała. Wszystko już gdzieś było. Już widziałam te banalne mądrości i żarty na demotywatorach i kwejku itp. Autor nas nimi zaszczyca, ponieważ obawia się, że w innej formie już niczego nie przyswoimy. Sami staliśmy się banałami z chińskiego ciasteczka. Zaprzeczanie popkulturze ma ukazać, jak głęboko w niej tkliwy.
Zaczynam już sama odpadać...

Karpowiczowi nie można odmówić ogromnej wiedzy, to prawdziwy erudyta i wspaniały obserwator. Bezlitośnie ukazuje schematy i rytmy życia, uszczypliwie diagnozuje rzeczywistość, papkowatość mikroświatów postaci. Niestety za bardzo stara się sam być bohaterem własnej książki, jej numerem jeden…czyniąc z niej podręcznik wiedzy pana K. zamiast dobrej powieści. Totalna bufonada. Można ironizować nieco zgrabniej nie poddając w wątpliwość swojego szacunku dla osiągnięć myślicieli z innych epok – bo to z czego się pan nabija, panie Karpowiczu, pana ukształtowało. Od „mistrza” dostało się Grocholi, Coelho, Freudowi - ogólnie psychologii, mass mediom; Polsce i Polakom dzisiejszej doby, pełnej marazmu, rozstrzelenia, upadku wartości i po prostu upodlenia. Jednak ktoś, kto nabija się z Coelho (za którym nie przepadam), powinien mieć w sobie troszkę pokory, zwłaszcza, że sam nie wypada najlepiej. Czy zabolałaby go parafraza jego własnych słów: Ludzie czytają Browna i żyją” na „Ludzie czytają Karpowicza i żyją”? Jego powieść jest nieporadna, mimo ogromnego potencjału. Jej gabaryty miały sprawić, że będzie pretendować do roli epopei narodowej XXI wieku? Jeżeli tak, to obawiam się, że jest zbyt mocno osadzona w tu i teraz Polski, by obronić się z upływem czasu. Może nawet stanie się symbolem tego, od czego autor próbuje się odciąć? Aż żal się człowiekowi robi, gdy uświadomi sobie, że pisarz postępuje jak uczniowie, którzy nie są w stanie zrozumieć, dlaczego dostali jedynki, skoro tak dużo napisali… Odniosłam wrażenie, że ta powieść jest zlepkiem pomysłów, nie wydrukowanych felietonów, które zostały na dnie szuflady i których szkoda byłoby nie wykorzystać. Był pomysł, są umiejętności, zabrakło jednak ogólnego spojrzenia, które pozwoliłoby zazębić wszystkie elementy książki w logiczna całość.
https://bialczynski.wordpress.com/slowianie-w-dziejach-mitologia-slowian-i-wiara-przyrody/czworksiag-wielki-wiary-przyrody/o-mitologii-slowianskiej/o-ksiedze-tura/taja-8-o-swiecie-narodzonym-z-boga-bogow-ludziach-powstalych-z-potwora-porusza-i-o-waznym-rodzie-galezow/
Można zachwycać się tym, że książka obala porządki, mity i symbole. Ale czy deptanie czegoś jest jedyną formą uwypuklenia wad? Można wejść w polemikę z tym, co już przeswojone i ugruntowane na innym polu/płaszczyźnie. Sprawia to wrażenie, że i rozważania o sensie życia i oblanie symboli i mitów jest pozerskie. Jeśli ma być to książka dla ludzi o otwartych umysłach. To, dlaczego umysł pisarza wydaje się być zamknięty i przekonany o słuszności swoich racji. Naprawdę można było stworzyć powieść, w której na nowo zbudowano by mitologię, nie tylko burząc i ośmieszając starą.
Jak już mówiłam, z jednej strony jest ogromna wiedza, z drugiej rewelacyjny pomysł. Zderzenie nieba, czyli miejsca zamieszania bogów, jakich kiedykolwiek ludzkość stworzyła, z rzeczywistością Polski, kraju z promocji, jest niebanalne. Niebo zbudowane na podobieństwo ziemi, a Bogowie na podobieństwo ludzi, otwiera przed nami nowe perspektywy i wyobrażenia. Zachęca nas do postawienia sobie kilku pytań: czy to już ostania prosta do rozpadu wszechrzeczy, do której nieuchronnie dąży każdy przejaw egzystencji, nawet boskiej? Czy jedyną szansą dla ludzkości i człowieka jest destrukcja, tylko to da szansę narodzić się światu na nowo? Wymowną odpowiedzią jest milczący bóg, szef dzielnicy chrześcijańskiej, w zadumie sączący ambrozję w knajpie w zamkniętym już niebie.

Ale o czym to ja...?
Jest zamaszysty początek, po którym obiecywałam sobie wiele, potem olbrzymie rozwinięcie i zakończenie na szybko. Chciałabym się tutaj doszukiwać odniesienia do nici snutej przez Mojry i tego, że „ciach” nadchodzi w najmniej oczekiwanym momencie, ale chyba w powieści można było inaczej to zaakcentować. Forma też rozczarowuje (szybko się wyczerpuje), treść przeładowana jest aluzjami, a język zbyt udziwniony. Zbyt wiele słów, za mało treści, powoduje, że męczy nas ciągła nimi żonglerka (jakkolwiek dobra by nie była, jest jej zbyt wiele). Gra znaczeń prowadzi do niejasności i ciężkości tekstu. To, co ratuje i buduje ciekawy klimat to: miraż wulgarności i lirycznej delikatności. Porcja groteski, tragizmu i poczucia humoru – nie mogę powiedzieć, że się nie śmiałam.
Niby dzieje się wiele, ale głównie w głowach bohaterów ziemskich i w niebie. Poza tym cała akcja rozgrywa się w przeciągu kilku styczniowych dni. Brakuje napięcia, naiwnie oczekuje się na ciąg dalszy, porywa nas nurt nudy, narrator przegaduje całą fabułę. Świat jest statyczny mimo swej dynamiki. Autor zatrzymał czas, spowolnił świat, do granic możliwości, praktycznie zatrzymując go w miejscu. Coś się dzieje, następuje stop klatka i te same wydarzenie oglądamy z różnych perspektyw (np. wszystkich obecnych po kolei i jeszcze dowiemy się, co w tym czasie robi kilkoro sąsiadów i ludzi w okolicy). Autor rzuca nami w czasie i przestrzeni, zaginając rzeczywistość – a to już zdecydowanie za dużo.
https://bialczynski.wordpress.com/slowianie-w-dziejach-mitologia-slowian-i-wiara-przyrody/czworksiag-wielki-wiary-przyrody/o-mitologii-slowianskiej/o-ksiedze-tura/taja-8-o-swiecie-narodzonym-z-boga-bogow-ludziach-powstalych-z-potwora-porusza-i-o-waznym-rodzie-galezow/
Nie popłynęłam z autorem, nie dałam się wciągnąć w świat postaci. Nie jest to książka wybitna. Nie budzi się w człowieku chęć walki z tą rzeczywistością, którą wykpiwa. Nie ogarnęła mnie Karpowiczomania. Wciąż widzę niewykorzystany potencjał, bo jeżeli chodzi o efekt to wolę zamknąć oczy. Przesyt i nadmiar, a nawet niedosyt i niesmak.
Mam nadzieję, że autor jest w stanie odeprzeć wszelkie zarzuty, ukazując miałkość myślenia czytelników. Że mimo wszystkiego, czego się doszukałam, gdzieś w treści ukryta jest tajemnica, której nie odkryłam. Czy siłą pisarza jest to, że drwi również sam z siebie i dlatego tak trudno jest tę książkę jednoznacznie interpretować? A może to ukryta pod pozorem, gdy zabawy i kpiny, rozprawa o miejscu dzisiejszych wartości, w życiu człowieka. A może najważniejszym wyjaśnieniem jest niepozorne, ale przewrotne zdanie: "Rafał głosił, co napisał, choć nie był tak głupi, żeby wierzyć w to, co mówił"?
*Okładka akcentuje podział światów, który w rzeczywistości tkwi w każdym człowieku. Coś jakby mitologiczna telenowela, scalenie klasyki i kiczu. Składa się na nią: zestawienie dwóch fotografii starożytnej rzeźby oraz prawie nagich dzieci w okularach przeciwsłonecznych ustawionych w kręgu naprzeciwko świeczki. Na owej okładce wyraźnie zaznaczono, że książka otrzymała Paszport Polityki. Z ciekawości sprawdziłam, za co: za rozmach (to by się zgadzało, poszedł zdecydowanie w ilość), za odwagę (no dobra, niech będzie), poczucie humoru (o tutaj się w pełni zgadzam) i zaufanie do czytelnika (chyba za nadzieję, że ten dobrnie do końca J).
Czytliwość: 3/6
Wydanie: 5/6
Okładka: 4/6
Ocena 3,5/6

Autor: Ignacy Karpowicz
Tytuł: Balladyny i romanse
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Wydanie: I
Rok wydania: 2011
Oprawa: miękka
Ilość stron: 580
Cena z okładki: 29,90 zł

 
Fragmenty


Anka miała raczej niepospolity i bardzo osobliwy gust muzyczny, a właściwie – gust bardzo pospolity typu rmf fm i radio zet, choć w nieoczekiwanym kontekście. Kochała muzykę najgorszej jakości, wtórną źle zaśpiewaną, zagraną, zaaranżowaną.

Anka wychwytywała każdy fałsz. Cieszyło ją tropienie twórczej niemoty, nieudanych aranżacji i koślawych fraz. Niekiedy czule mówiła o swoich ulubionych muzykach: moje debilątka, kto was posłucha, jeśli nie ja? Kto wytrzyma ten brak talentu? Jestem waszą świętą, pod wezwaniem umpa- umpa, rym dokładny, jestem wasza aż do dna, dopóki prąd nas nie rozłączy.
Anka nie potrafiła słuchać dobrej muzyki. Stawała się niespokojna, płakała. Dała sobie spokój. Ludzie czytają Brona i żyją, ja mogę słuchać Ich Troje lub J. Lo.
 
Moje imię jest Jezus. Jezus Chrystus, ksywka Ichtys. Jestem bardzo popularny, od dwóch tysięcy lat na topie. Występuje głównie w Biblii, która jest obok Hair największym musicalem wszech czasów.
Jestem bogiem, jednym bogiem. Jestem bramą i drogą. Jestem światłem i zbawieniem. Jestem pasterzem. Serio.  
Nie wiedziałam, czy odnajdę drogę bez błądzenia. Po tym jak piekło zostało zamknięte, czy też mówiąc precyzyjniej, włączone do nieba, droga stała się mniej widoczna, a stare przewodniki (najlepszy był ten Danetgo, ale i ten Michelina nie był zły, patrz tom o Polsce) uległy dezaktualizacji.
Ponadto piekło zawsze było silnie zindywidualizowane, co oznacza mniej więcej tyle, że każdy byt wybierał i tworzył swoje własne prywatne piekło, piekiełko. Między innymi dlatego piekło zostało zamknięte. Za dużo pomysłów. Bardziej opłacało się oddać wszystko pod jurysdykcję nieba, tym bardziej, że niektóre prywatne piekła okazywały się rajami dla innych. Utrzymywanie dublujących się struktur nie znajdowało najmniejszego uzasadnienia. Wybraliśmy niebo. Piekło to przeżytek, skamielina z epoki wczesnej teogonii. Wyjątek zrobiliśmy dla tych, którzy nabierają Pewności, Że.
Dlatego też obecnie piekło zamieszkiwane jest głównie przez:
filozofów;
kapłanów;
artystów;
fanatyków rozmaitej maści, rasy, wzrostu i wagi;
fałszywych mesjaszów oraz-
kierowców wymuszających pierwszeństwo na drodze.
http://l-przestrzendkk.blogspot.com/2013_04_01_archive.html


24 marca 2014

Z histerią za pan brat - Pierwszy numer nowego Magazynu "Histeria"

Moje pierwsze myśli na widok tytułu i po przeczytaniu wstępu:
„Histeria”, to słowo z historią. Czy można bezkarnie uczynić z niego tytuł magazynu - ot tak po prostu bez wyjaśnień? Zwłaszcza, gdy nie wpisuje się w nim głównej idei, myśli przewodniej? Z tego, co wynika ze wstępu: to magazyn, w którym promować mogą się Ci mniej znani pisarze horroru, by zarobić na rachunki (lub nie). Kolejny? Tylko tyle? I jeszcze mowa o zbiorowej histerii – rozumiem, że w potocznym znaczeniu? Obawiam się, że to za mało, by się obecnie wyróżnić.

Chciałam „czegoś”, co będzie „jakieś”. Owszem histeria jest obiecująca, poza tym to worek-coś. Możemy wrzucić tutaj historie: o bytach zalegających w naszych umysłach, opętaniach, wszelkiej maści świrach, o zakłóceniach w odbiorze rzeczywistości i wynikających z tego histerycznych działaniach, oderwaniu od „ja”. Ale czy o taki worek-nic chodzi Redakcji? Nie mające myśli przewodniej, głównej idei opowiadania? Kolejne zbiory tekstów bez określonej tożsamości?

Mogę uznać, że spoiwem treści będą wszelkie tajemnice i dziwności zbudowane w wyrwach między świadomością i nieświadomością. Niekontrolowane reakcje psychosomatyczne. Jednak, czy to o to chodzi? Na siłę, mogę znaleźć wytrych interpretacyjny i otworzyć nim wszystkie drzwi, zmyślić, gdybać i okłamać samą siebie, że opowiadania realizują jakiś wspólny cel. Ale ja chcę otrzymać klucz i wymagam go od osób, które nie stawiają pierwszych kroków na rynku. Jeśli wiecie, dokąd zmierzacie, podzielcie się tą wiedzą z potencjalnymi czytelnikami, by wiedzieli, czy chcą was czytać, by dotrzeć do szerszego kręgu odbiorców. Jeśli nie wiecie – wydajcie magazyn miesiąc później. Pośpiech, to zły doradca. A nie macie szans na drugie pierwsze wrażenie….

http://sklep.gallerystore.pl/work,3141,urwanie-g%C5%82owy
Skoro nie mam motywu przewodniego, nie mogę ocenić opowiadań pod kątem jego realizacji, tego, czy Redakcja dopasowała tematykę do magazynu – wrzucić jak leci, bo horror to horror, to żadna sztuka. Skupię się, więc głównie na tym, czy pojedyncze teksty mi się podobały, czy nie. Magazyn pozostawię w spokoju – bo najwyraźniej jest w fazie burzliwego tworzenia.

Z takim, więc histerycznym podejściem zabrałam się do czytania.

Autostopowiczka – Marek Śmieszek 3/6

Czy bohater przeszedł testy psychologiczne, żeby móc prowadzić tego Tira? - przecież zdarzają mu się fugi dysocjacyjne itp. Niech mu jednak będzie, lubi swoją pracę, niech se jeździ, ale ja nie wsiadam - lubię swoje uszy. Jest opętańczy klimat, głosy w głowie, trofea na sznurku i w słoikach, wplecione w odwieczny konflikt między podwożącymi a autostopowiczami. Miało być przewrotne, wyszło przeciętnie. Zabrakło świeżości.

Berserker - Karol Mitka 2/6

Karol Mitka potrafi pisać, tak, że mnie wyrywa z butów, tym razem nie rozwiązało mi nawet sznurówek. Rozczarowałam się. Drewniane i sztuczne dialogi ukazujące zbyt wiele. Straszna fabuła i te nielogiczności: „och! Przypomniałam sobie miało dzisiaj nie być prądu”. Opowieść o niczym – chociaż zapowiadało się nieźle: archeolog amator, amulet i Wikingowie, to wdzięczny temat, zwłaszcza, że Ci ostatni zawsze dają nadzieję na niezłą rozpierduchę. A tu nagle koniec. Autor poprowadził fabułę dosłownie z górki na pazurki, za szybko zjeżdżając ku rozwiązaniu.

Do M. – Piotr Majdański 4/6

http://fifka.pinger.pl/m/617153
W Polsce literaka „M” łatwego życia nie ma. Została sponiewierana już na wszystkie możliwe sposoby. Może Majdański uratuje jej honor?

Główny bohater nie ma imienia, to M., czyli każdy i nikt – Marność, Miernota. Nie dbających o higienę osobistą Panów M, po ulicach chodzi multum. Nie raz zaniedbanie zewnętrzne wypływa z niedostatków wewnętrznych, a te są efektem przytłoczenia życiem, odrzucenia, przegranej. Postawa bohatera wobec rzeczywistości, pasuje nawet do definicji jednej z przyczyn nerwicy (do której klasyfikuje się histeria) – „nagromadzony brak radości życia”. W przeciwieństwie do innej literki M, ta ukazuje realistyczny, a nie przesłodzony, obraz ludzkich dramatów i frustracji. A od nich już tylko krok ku szaleństwu.

Autor ślizga się po powierzchni złożonego tematu. Za mało tutaj studium opętania, popadania w obłęd. Bohater nie porywa nas ze sobą na dno szaleństwa. Nie jest mi, więc go żal (też bym go rzuciła), dla mnie pozostał nikim.

 Głód – Olga Karczmarek 4,5/6

Taka jakby matrixowa baśń. Mamy głównego bohatera, który żyje w świecie, który mu się nie podoba. Wydarzyło się coś takiego, że się zmienił: za bardzo i na gorsze. Chłopiec chce powrotu do stanu poprzedniego. Gdzieś na granicy jawy i  snu dowiaduje się, od czarownicy (?), że za wszystko są odpowiedzialne przebiegłe mukaki, postanawia więc wyruszyć do nich i naprawić rzeczywistość. Ma magicznych pomocników: konia, który go zniknie i przewodnika homoseksualistę.

Mukaki, to taka choroba naszych czasów, manipulują ludzkimi umysłami, sterują emocjami (coś jak dzisiejsze media, wmówią Ci nawet, że słońce wstało po innej stronie niż zawsze). Bohater – dziecko staje w obliczu lęków związanych z dorastaniem, wierzy jeszcze, że może odwrócić bieg czasu. Chłopiec zderzony z owymi niepewnościami, których najczęściej nie rozumie, ucieka w fantazję – to zupełnie naturalne. Psychoanaliza wychwala rolę baśni w dziecięcej terapii, więc i my chwalmy białego konia. W kontekście opowiadania można by jeszcze podjąć rozważania o tym czy kreujemy naszą rzeczywistość, czy ona nas i na ile jest manipulowana. Ale nie przesadzajmy :)

Chciałam zauważyć, że tolerancja nie jest wcale tak pozytywnym pojęciem, jakbyśmy chcieli by była – tak bym nim nie szafowała bezrefleksyjnie. Pomysł mi się bardzo podobał, no poza moralizatorskim tonem (zbyt nachalny), ale nad stylem trzeba jeszcze trochę popracować.

http://www.szortal.com/taxonomy/term/158
Natchnienie – Maciej Zawadzki 2/6

Od początku widać kalki znanych wcześniej utworów: literackich i filmowych. Jest ich wiele. Tak wyeksploatowany motyw (pisarz, mieszkanie przyjaciela, dziwne zdarzenia, wena i jej brak) nie jest łatwy do przetworzenia, jest wręcz niebezpieczny, jeśli się za niego źle zabrać. Bohater wije się w żmudnym procesie twórczym, natchnienie czerpie ze swojego odmiennego postrzegania rzeczywistości, jak to artysta. Proces ten zostaje zaburzony – lub wręcz podsycony - przez obecność pewnego obrazu. Między nim a bohaterem zachodzi pewna symbioza, przychodzi jednak czas gorzkiej zapłaty. Sztuka pochłania ciało i duszę, to najcenniejsze, co można dla niej poświęcić. Jeśli jeszcze do tego wplątać paranormalne moce może stać się wszystko. No właśnie wszystko…a co się dzieje w tym opowiadaniu? To samo co zwykle. Wiemy od początku dokąd zmierza ta historia, nic nas nie zaskakuje, bohater też nie jest zbyt dobrze skonstruowany - ani nas ziębi, ani grzeje. Takich historii doświadczyliśmy w życiu zbyt wiele. To aż się prosi o jakąś innowację. Kolejna kalka w magazynie.

Nie istnieje – Szymon Dressler 1/6

Ghostbusters z Katowic i już wyobrażam sobie piankowego ludka, jak pruje Warszawską. Ale nie, jednak nie...tym razem mamy legendę o tajemniczym bycie ze szmatą ze skóry w rękach.

Nieudane od A do Z. Temat wydałoby się niezepsuwalny, ale autor ma talent i go po prostu bezlitośnie zatłukł. Chociażby ta logika: ktoś zginął, uściślając został zamordowany a reszta bohaterów stwierdza, że pora pójść spać, rano pomyślą co dalej i poszukają sprawcy…no błagam - logika powala. Poza tym wprost uwielbiam jak Demon, Zło czy co to tam jest, zaczyna się wyflaczać i tłumaczyć, jak na kozetce u psychoanalityka…a w trakcie tych wynurzeń bohater widzi kątem oka, że jego towarzysz schodzi obok na zawał…Brakuje tylko ektoplazmy, śmiesznych skafandrów i tego zielonego, żrącego wszystko ducha. No chyba, że to taki żart pisarza, bo w końcu kluczowa akcja rozgrywa się pierwszego kwietnia…

http://espiral-colorido.blogspot.com/2010_09_01_archive.html
On – Grzegorz Kopiec 2,5/6

O rany, a to zaskoczenie, zombie jest głodny i jego główną siłą napędową jest poszukiwanie jedzenia! A tak szczerze – fala zombie już nas zalała, nie wystarczy zrobić kalki, by tekst się obronił. Mamy już nawet zombie amantów, prostytutki, służących itd. – pole do popisu jest jednak nadal ogromne. Trzeba tylko wyjść poza schemat. W opowiadaniu fabuła i zakończenie są niestety: ograne, bez innowacji, to historia jak miliard innych.

Warsztatowo jednak na wysokim poziomie.

Promocja – Michał Wzgarda 5/6

Życia nie kupuje się na promocji w supermarkecie. Życie nie jest konsumpcyjną papką dla umysłów. To histroia trochę o tym, jak toksyczne może być życie z kimś, kto nie jest do końca poczytalny - a może "tylko" niezrównoważony emocjonalnie? Jednym słowem trzeba uważać na żony z promocji... Bo ta zraniona będzie gorsza od piekielnej furii, zwłaszcza, gdy nie okażesz się zawsze zafascynowanym nią księciem.

W chorym umyśle bez względu na bodźce zakiełkują złe myśli. Nie trzeba do tego zdrady, czy podniet czytelniczych. Kilku narratorów oddaje nam tę historię wielopoziomowo. Bo wiadomo, życie jest złożone.

Z pamiętnika kamerzysty – Inga Gumieniak, Łukasz Kiełbasa 5/6


No to z niecierpliwością zacieram ręce. Roztocze uchyliło przed nami rąbka tajemnicy. To projekt, któremu bardzo mocno kibicuję. Zapaliłam się do niego chyba ze względu na piękne okoliczności przyrody J.

http://www.kurierlubelski.pl/module-dzial-viewpub-tid-9-pid-77421.html
Hubert, główny bohater został naznaczony, nosi pewien stygmat, który jest zapowiedzią jego kłopotów związanych z pewnym regionem. Gdy przekracza niewidzialną granicę dzieje się to, co musiało się stać. Intrygujący tekst, chce się go czytać. Nie wiemy co się wydarzy i to jest to! Bardzo mnie wciągnęła ta fabuła, zwłaszcza, że nikt mi tu niczego na tacy nie podał i nie do przesady nie wyjaśniał - zostawiono czytelnikowi pewną przestrzeń interpretacyjną. Co mnie irytowało? Naprawdę zrozumiałam, że żona głównego bohatera jest sexowna nie trzeba mi tego w kółko przypominać....

Kierunek Roztocze…jedziemy?

P.S. Wesele w piwnicy z nieogrodzoną studnią – to by miał Freud używanie nad Pana snami, Panie Łukaszu J

Zmywarka – Agnieszka Pilecka 5,5/6

Praca za cukierka to nic nowego w tym kraju. Ale w bizarro nabiera nowego wymiaru. Zmywarki, to jednak zło, a przed ręcznym myciem garów i tak się nie ucieknie…
Nie ma co się rozpisywać o "Zmywarce", trzeba ją po prostu przeczytać! Wysoka nota za pomysł. Jak widać najlepsze zostawiono nam na koniec, czyli nagroda dla wytrwałych czytelników.

http://whotalking.com/picasa/%23HISTERIAJak łatwo zauważyć bohaterowie są całą galerią przypadków klinicznych dysocjacji. Bezsprzecznie doznają odmiennych stanów świadomości. To jednak żaden wyróżnik. Zachowują się tak, jak większość bohaterów literackich, trudno więc klasyfikować pod nich ideę "Histerii". Podobnie z budowaniem atmosfery oniryczności, niedomówienia, lęku, horroru. Też są tak powszechne, że trudno pod nie podpiąć coś szczególnego (wiem, czepiam się).

Poza tym trochę literówek, powielone spacje, czyli w zasadzie norma w self-publishingu (wydaje.pl). Ogromnym plusem są, dosyć surowe, ale niepokojąco-kuszące grafiki Anny Nowickiej i Romana Panasiuka. Co do ogólnego wrażenia po lekturze…hm…Opowiadań czyta się setki. Zresztą odnoszę wrażenie, że tylko je się ostatnio pisze... Ale skoro już tak jest, to te krótkie teksty powinny mieć w sobie to „coś”, by pozostać w naszych umysłach na dłużej. Inaczej mieli się je na poziomie „Ukrytej prawdy” itp. programów. Powinny pokazać, coś czego jeszcze nie widzieliśmy – oryginalny koncept, wizję. Ja takie perełki (no powiedzmy, że trzy) znalazłam i myślę, że dla nich warto się zainteresować tym magazynem. Trzeba poczekać jeszcze trochę, zobaczyć co Redakcja zaprezentuje nam w następnym numerze. Mam nadzieję, że twórcy "Histerii" postawią bardziej na oryginalność niż na kalki, tchną w horrorystyczne opowiadania świeżość, tak intensywną, że aż nam się macice podduszą. Jeśli bowiem obecna tendencja się utrzyma, wsteczność zarżnie gatunek.

Życzę Wam więc więcej czarnej żółci i gnijącego nasienia. A zbiorowa histeria będzie w zasiągu ręki ;)

Po drugiej stronie lustra o "Histerii"

http://alicyawkrainieslow.blogspot.com/2014/03/histeria-porzucmy-niezdrowa-chec.html


Muse - Hysteria

 

22 marca 2014

Krótka historia histerii

http://charlotteabadder.deviantart.com/art/alice-madness-returns-histeria-401929991Mój kochany słownik wyrazów obcych donosi, że „histeria” to: psychoneuroza objawiająca się nadmierną pobudliwością emocjonalną, łącznie z zakłóceniami czynności psychiki, zmysłów, nerwów ruchowych, jelit, zaburzeniem miesiączkowania, wrażeniem ciała obcego w gardle, bólem brzucha, kołataniem serca, zaburzeniami akcji serca, zawrotami głowy, czkawką i wieloma innymi. Popularnie uważane za: nadmiernie żywe reakcje uczuciowe, podniecenie. Osoba cierpiąca na histerię reaguje na wiele sytuacji inaczej niż zdrowy człowiek: w sposób niekontrolowany, impulsywny, teatralny i wybuchowy jest rozemocjonowana nieadekwatnie do sytuacji. Sama sobie dopowiem, że w histerii chodzi zapewne o powtarzalność takich sytuacji, bo któż z nas od czasu do czasu nie „wybucha”? Trudno od razu klasyfikować to jako objaw kliniczny (a może?).

Termin medyczny „histeria” ze względu na swoją historię ma negatywne konotacje (nabrał negatywnie oceniającego charakteru), dlatego współcześnie używa się raczej – podobno - zgrabniejszych pojęć: dysocjacja lub konwersja. Trzeba przyznać, że historia tego słowa jest fascynująca i sięga czasów starożytnych. Podobno histeria była pojęciem znanym już w starożytnym Egipcie. Wśród piramid panowało przeświadczenie, że macica jest żywym zwierzęciem (wolę sobie nie wyobrażać czy było bardziej, rybą, płazem i jakie odgłosy wydawało), które wędruje po organizmie i uciska wewnętrzne organy, wywołując różne dolegliwości: duszność, wicie się i rzucanie. Podobnie w starożytnej Grecji (macica z greckiego „hystera”, stąd histeria -„hysterikos”-, czyli duszność maciczna) macica wędruje w poszukiwaniu wilgoci, ponieważ w wyniku braku aktywności seksualnej - usycha. Lekiem na całe zło jest sex (cóż terapia, jak terapia). Hipokrates z Kos, „ojciec medycyny”, wyróżnił ciąg objawów histerii: duszności, niepokój, zawroty głowy, sinienie, epilepsja, cierpnięcie nóg, utarta mowy, zaciskanie zębów, nadmiar śliny w ustach itd. Odkrył nawet, co jest jej przyczyną. Wyróżnił występujące w ludzkim organizmie cztery podstawowe soki (czyli płyny, "humory", nadmiar któregoś prowadzi do patologii humoralnej) odpowiedzialne za temperamenty: krew – sangwiniczny, żółć – choleryczny, śluz zwierzęcy – flegmatyczny, czarna żółć – melancholiczny. I to nadmiar czarnej żółci wywołuje histerię. Potem nadeszło mroczne średniowiecze i histeria została uznana przez teologów za opętanie – na które pomagają - wiadomo - modlitwa i egzorcyzmy. W epoce odrodzenia nie było wcale lepiej. Histeryczki, uznano za opętane przez złe moce/diabła, ponieważ cierpiały na chorobę umysłową i stawały się dla nich łatwym łupem.

Badania Hipokratesa nad temperamentami i histerią kontynuował Galen. Dodał do tej teorii swoje trzy grosze i za przyczynę kobiecej przypadości uznał, nie tylko gromadzącą się w organizmie czarną żółć, lecz również gnijące w macicy nasienie! Do zatrucia nim dochodziło, gdy kobieta za mało współżyła, w wyniku tej małej aktywności, zalegające/zatrzymane nasienie się psuło. Następnie pojawiła się teoria waporów. Według niej humory w procesie fermentacji zmieniały się w opary: lotne - odpowiadające za epilepsję, gruczołowe - wywołujące objawy trzewne, śledzionowe - wywołujące melancholię, nasienne - wywołujące histerię. Nie wypuszczone uderzają do mózgu i stąd biorą się ataki. Lekarz Richard Blackmore zalecał stosowanie leków „uwalniających”, czyli wywołujących wymioty, biegunkę, krwawienie.

http://trendyzator.blogspot.com/2011_06_01_archive.html
Swoje na temat histerii miał również do powiedzenia nasz ukochany Freud. Uważał, że bierze się ona z reakcji na uraz psychiczny, z którym związane emocje zostały wyparte do podświadomości. Histeria to właściwie takie zniekształcone emocje w symbolicznej formie. A konwersja z nią związana, to według niego nieuświadomione konflikty w podświadomości. Inny współczesny: Pieere Janet, uważał, że histeria wynika ze zwężonego pola świadomości, w wyniku którego tracimy kontrolę nad procesami psychicznymi. Nieświadomość miała bowiem według niego charakter patologiczny.

Trudno przemilczeć dzieje i rolę wibratora w przeciwdziałaniu histerii, kiedy to był on reklamowany wśród artykułów sprzętu domowego. Ciekawych - odsyłam do literatury np. "Technologia orgazmu. Histeria, wibrator i zaspokojenie seksualne kobiety" - Rachel P. Magnes, Aletheia Anna Kunicka-Goldfinger.
 
Obecnie "histeria", należy do rodziny nerwic i jak już pisałam mówi się o niej "dysocjacja" albo "konwersja". Nerwica dysocjacyjna (dysocjacja – rozdzielenie) wynika ze zgeneralizowanej utraty radości życia. Jej wyznacznikiem jest utrata prawidłowej integracji pomiędzy tym, co dzieje się w naszych wspomnieniach, poczuciem własnej wartości, reagowaniem na bodźce – ba! Są one wykoślawione – i ruchach ciała. Co może się stać, gdy padamy ofiarami histerii? Możemy na niedługi czas utracić pamięć dotyczącą bieżących spraw (amnezja dysocjacyjna), nie pamiętać tego, że coś zrobiliśmy (fuga dysocjacyjna - chyba często mam tę fugę – nie pamiętam jak pokonałam, co gorsza gdy autem - czy aby bez ofiar? - drogę do domu…), znieruchomieć i nie reagować na żadne bodźce (osłupienie dysocjacyjne), bez przyczyny chorobowej stracić zdolność ruszania się i czucia (dysocjacyjne zaburzenia ruchu i czucia), mieć napady epilepsji (drgawki dysocjacyjne), utracić wzrok, słuch, węch (dysocjacyjne znieczulenie i utrata czucia zmysłowego). I to, co tygryski lubią najbardziej, czyli dysocjacja może objawić się przez owładnięcie nas przez inną osobowość, demona, ducha, bóstwo (trans i opętanie). Czyli właściwie wszystko i nic, co powoduje pewną nieuchytność tego zjawiska jako choroby, problem z ujęciem w sztywne ramy definicji, czegoś tak płynnego...Choroba ta wyraża się przez nieskończoną ilość aspektów, podobnie jak rzeczywistość przez wielość wymiarów i pojmowania.
 
Filmy:

W 2010 roku powstał film „Psychosis” (u nas przetłumaczone jako„Histeria”) – mimo pewnych niedostatków całkiem sympatyczny horror. Charisma Carpenter nic a nic się nie zmienia.

I głośna komedia „Histeria – romantyczna historia wibratora” („Histeria”) z 2011 roku. Przyjemna, ale dająca do myślenia.

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...