27 września 2014

/NLP w negocjacjach handlowych - Anna Magdalena Łabuz/

Z uporem maniaka czytam poradniki, których treść znam już z wcześniejszych publikacji. Liczę na jakieś olśnienie, powalającą ciekawostkę. Niestety jeżeli chodzi o negocjacje, to nie ma już najwyraźniej nic do dodania. Autorzy ewentualnie nadadzą jakieś błyskotliwe i dowcipne (w swoim odczuciu) nazwy kolejnym technikom, stylom itp. Poza tym idea i wydźwięk pozostają te same, podawane na szczęście w przystępnej formie:  i tym razem tekst napisany lekkim, prostym językiem – jak to w poradnikach - sugestywne też zobrazowany. O tej konkretnej książce mogę z czystym sumieniem napisać: nihil novi i jest multum lepszych pozycji na rynku.

26 września 2014

It’s simple but no easy /Negocjacje. Przez rozmowę do celu – Angelique Pinet/

Zacznijmy od tego, że to nie jest podręcznik akademicki. To poradnik. Książka pozbawiona jest więc skomplikowanych teorii, wielkich nazw i przeintelektualizowanego języka. Podręczniki stają się coraz przystępniejsze, nie będę narzekała. Jednak to poradnikową cechą jest wybitna prostota, której granicy podręczniki raczej nie przekroczą. Chyba, że edukacja będzie nadal podążała w tym samym kierunku, bo poziom przekazywania informacji w formie obrazków mamy już w zasięgu ręki…

17 września 2014

Kapturek wraca od babci….


Kapturek u bram. Wróciłam. Mimo, iż nie podobna –  tak to ja, ta sunąca ciężko korytarzem, ze strzępkiem czerwonej szmaty w ręce. Przekarmiona słodyczami: rurkami z kremem, ciastkami francuskimi, czekoladą – na moje szczęście – gorzką, paluszkami, cukierkami z galaretką, spożytymi w zastraszającym tempie leniwych kilku godzin, mam wrażenie, że świat zmienił jakoś odcień i miększy jest i łagodniejszy. Czyżby łakocie oblepiły mi mózg? Dodatkowo dopchnięte „tymi” bułeczkami – bo to są, jak babcia twierdzi, prawdziwe, najlepsze bo „niedmuchane” – zaburzyły mi najwyraźniej procesy chemiczne zachodzące między neuronami. Na szczęście temat: „mizernie wnusiu wyglądasz”, został zamknięty swojskimi, dziadkowej produkcji „chipsami”, czyli suszonymi jabłuszkami. Na zdrowie – uf. W imię zasady: jedzenie podstawą bytu i sposobem na wyrażanie miłości - ja to wszystko dzielnie zniosłam. Dobrze, że regularnie biegam, bo mogłoby być kiepsko z oderwaniem się od fotela… Rozumiem, że równouprawnienie wykroczyło już daleko poza granicę damsko-męską, ale żeby się od razu z wilkiem miejscami zamieniać? Ja się na to nie pisałam!

No cóż, takie wyprawy zawsze są odkrywcze i dzięki nim z innej perspektywy można wejrzeć w twarz rzeczywistości, żeby nie powiedzieć w gardło…. A, że nie chcę widzieć tego na co patrzę, bo chcę patrzeć na to co widzę – nikogo nie obchodzi. Wiecie, że jeszcze leci Moda na sukces? Ja żyłam w błogiej nieświadomości, że jeszcze ktoś tym drewnem rzuca w bogu ducha winnych ludzi. Organizm ludzki nie trawi przecież celulozy! Zresztą inne telenowele, które zaatakowały moje nieprzygotowane do obrony zmysły, powodując paraliż szarych komórek, wcale nie okazały się lepsze. Na szczęście te powoli otrząsają się z odrętwienia, powraca czucie i ruch jakby, bo czuję delikatne mrowienie w czaszce… Ale telewizora to się do teraz boję, a i pilot budzi we mnie irracjonalny lęk. Tknięte w „złą godzinę” są jak portale do innych światów. Światów do których niekoniecznie chciałabym trafić.

Czasem, gdy: „pronto”, „nada”, nunka” i „Mari-Ciula”(sorry - tak to słyszę) wymyka się bezczelnie z wizji, by z impetem rozbić się o meblościankę Kalinę, czas zatrzymuje się w milczeniu. Nikt nawet nie zauważa, że staruszek wyzionął ducha. Wskazówkom po prostu ciężko zebrać się pod kolejną dziś górkę. Pozbawione nadzoru minuty opadają na kapy, narzuty i poduszki. Istna samowolka, wolność (!!!) – niedługa wprawdzie, bo babcia w końcu zauważy, że powinien wybić czas kolejnego programu lub posiłku…. Wiecie o czym mówię? Tutaj, gdzie cofam się za granicę dorosłego życia, nie przeszkadza mi ten relikt: tykający, nakręcany budzik. Oczywiście o wspólnym rytmie tykania kilku babcinych budzików nie ma mowy – są tylko pyskówki i kłótnie: ja ci „tik”, a ty mi „tak”. O dziwo potrafię przy takim jednym i drugim zgrzytliwym dialogu zasnąć, staje się on dla mnie  - daleką co prawda - metaforą pierzyny. Nie trzeba tego rozumieć. Tak po prostu jest. I już. W domu, opętana bezsenną furią, rozwaliłabym takiego tykacza o ścianę, i  dla pewności dobiła go młotkiem….

I, gdy już odbędę powrotną podróż w czasie i świat odda mi nagle te moje wszystkie przeżyte do tej pory lata - odda mi dorosłość,okrojoną do codzienności - i gdy zdejmę, o milion rozmiarów za duży sweter, najdą mnie stare myśli. Przybiegną na moich starych stopach i będą dobijać się do głowy, za dobrze już znanymi rękoma. Będą wyginać teatralnie paluszki i robić wyświechtane minki. Byle tylko na nie spojrzeć, byle tylko zerknąć. Wiem, czego chcą i znam je na wylot. Wiem również, że nie odpuszczą - łachudry jedne, nie ma ich co gonić. Więc wbiją szpilkę: Ile razy jeszcze odbędę taką podróż? Ile razy jeszcze ktoś przetnie krepujące gorset mnie sznury? Ile razy jeszcze, uda mi się w lustrze zobaczyć małą, upaćkaną beztroskim śmiechem dziewczynkę? Nie wiem. I one nie wiedzą. Wciąż opowiadają przecież tę samą historię, której nie będę chciała pamiętać, gdy odejdę za daleko...


Za każdy jeden "kiedyś" i "jeszcze": dziękuję. 

10 września 2014

Sen ośmiornicy w służbie reżimu /Imperium świateł – Kim Young-ha/

Na dnie dzbana
pod letnim księżycem
ośmiornica drzemie /Bashō/

Jak szpieg, to: przystojny, wysportowany, z dystansem do rzeczywistości, ponadludzko wytrzymały, znający setki sztuk walki i stosujący gadżety o różnorodnych właściwościach.  Taki niby półbóg z atrybutami. Koniecznie posiadający krystaliczną osobowość bez ryski na sumieniu (oczywiście w granicach tego, co się przystojnym szpiegom wybacza bez mrugnięcia okiem) lub skrajnie czarny charakter. Czyli to bohater lub antybohater o niezłomnej woli, ślepo wierny przyświecającej mu idei. Skoro mamy już agenta, to musiałoby się z nim coś ciekawego dziać: może paść ofiarą spisku, wykonywać niebezpieczne misje, odbijać zakładników, ratować świat, lub odwrotnie: porywać, torturować, dążyć do zagłady ludzkości. Przedstawione wyobrażenie jest dobrze znane i zgrabnie wpisuje się w schemat powieści szpiegowskiej. Żadne sztywne ramy i schematy nie obowiązują jednak w książce Kim Young-ha Imperium świateł. Poza tym, że główny bohater jest agentem - który ze swoją agenturą niewiele chce mieć już wspólnego - z typową powieścią szpiegowską niewiele tę lekturę łączy. W sumie nie wiadomo, kto jest dobry a kto zły. Agenci wrogich wywiadów w oczach czytelnika nie są ani biali ani czarni, lecz oscylują w szarościach.

09 września 2014

Dziewiąty września

Twórcze aury tak już mają: muszą skoczyć, żeby wzlecieć. 
Karmią się więc ekstatycznym dreszczem i krzyczą, krzyczą...

Tak więc i ja wrzeszczę, jak szkło cięte diamentem. A echo tupie na mnie niecierpliwie, bym już była cicho. 



06 września 2014

Kowerkot, czyli ustawiczne „szukanie kota” /Mały słownik wyrazów kocich i kociojęzycznych – Przemysław Wechterowicz/


Dla kociarza, który lubi książki (a zdarza się to nader często) - zamiast przysłowiowego „kwiatka” lub bombonierki – ciekawy pomysł na prezent. Obdarowany uśmieje się, poszerzy horyzonty, kotu poczyta, a i w boczki mu nie pójdzie. Poza tym, co ważniejsze, książka nie stanowi zagrożenia dla pupila. Wiadomo przecież, że koty czasami lubią upatrzyć sobie jakąś roślinę i po prostu ją pochłonąć. Moja kotka ostatnio przeszła samą siebie, bo „wtryniała” sztuczne badylstwo z Ikei. Mogłaby to być dla nich niezła reklama, że produkt wygląda i smakuje jak żywy. Albo antyreklama, że w oczy kotkę bodła ta tandeta, więc postawiła uwolnić od niej mieszkanie.

Niektórzy mogą nawet kupić tę książeczkę w prezencie swojemu kotu. Bywa i tak, nie neguję i nie oceniam. W każdym razie wątpię, by kicia była zachwycona. Pewnie spojrzy na właściciela wzrokiem rodem z ilustracji do koturny. Cóż, koty miały kiedyś status bogów i o tym nie zapomniały…
Koturna

05 września 2014

HOT-KOT

Od rana takie urwanie głowy, że głowa mała w tym urywaniu. Na dokładkę skopany powrót do domu, okupiony: głodem, potem i krwią z palucha (rozczaruję was - nie za ojczyznę przelaną). I myślałam, że dzień na straty (bo jednak ojczyzna wzywa). A tutaj, w zaciszu domowym, niespodzianka (!) - od portalu Kocie Tajemnice i Wydawnictwa Media Rodzina:




Także moi drodzy HOT -KOT!




04 września 2014

Jak ktoś nie lubi zwierząt, to ja mu nie ufam /Nie tylko o łajdakach – Magdalena Kulus/

Powieść Nie tylko o łajdakach mogłam przeczytać dzięki uprzejmości autorki, więc: dziękuję Pani Magdo za przysłanie mi swojego „skarba”.

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. Prawdziwe są pejzaże i Fuks. Dobrze, że to Pani napisała, Pani Magdo, bo zaczęłam szukać „przecieków” i „podsłuchów” w domu i okolicy. Świadczy to tylko o tym, jak wbrew różnorodności i inności, my ludzie jesteśmy do siebie podobni: w przeżywaniu rozczarowań, w poszukiwaniu własnej drogi, w walce z codziennością, w emocjach i jak potrafimy być tak samo, zwyczajnie DURNI. Specjalnie piszę „ludzie”, nie „kobiety”. Chcę wierzyć, że mężczyznom wcale nie jest łatwiej – tylko czasami lepiej się kamuflują. „Łajdaczki” też przecież istnieją, a może i my nimi jesteśmy w pewnym sensie?

01 września 2014

Wrzesień

W zamierzchłej epoce 2013 roku, tak rozpoczynałam swoje wrześniowanie: 


Jesień, las i te przestrzenie pokonywanie w poszukiwaniu grzybów. Nie żebym się na nich znała – nie radzę spożywać moich zdobyczy. Najważniejsze jest samo chodzenie, kluczenie, wypatrywanie. Czuję, że zaczął się ten magiczny czas, skąpany w porannej mgle, ukryty przed moim spojrzeniem. Czas, gdy nadchodzi śmierć i wszystko zamiera. Życie zderza się z tym, co nieuniknione i…uważam, gdzie stawiam stopy. Co czai się i czeka na mnie pod wydającymi ostatnie tchnienie liśćmi? Jaką tajemnicę mogę przypadkowo zbudzić?

Dla pewności sprawdzam kalendarz. Na szczęście "wtedy" zostało oddalone o lata świetlne i  - tak dla pewności - o kilka galaktyk. Czas potrafi przekreślić sam siebie grubą krechą. Zwłaszcza, gdy okażemy mu trochę zrozumienia i zamiast traktować, jak odwiecznego wroga, pójdziemy z nim pod rękę, gdzie nogi poniosą. Jak zapewne się domyślacie - wiele się zmieniło. Nie zmieniło się na szczęście jedno: jesień to nadal moja ulubiona pora roku.

Podczas dzisiejszego, porannego biegania wpadłam w poślizg na mokrych liściach. W tym roku szybko nadeszła jesienna aura i wcześniej owady opadły z sił. Kiedyś dopiero w drugiej połowie września napotykałam słaniające się pszczoły. Tym razem, już sierpień, okazał się mało łaskawym miesiącem. W tym roku zmęczenie przyśpieszyło. Wrzesień przyszedł jakby "gotowy", bez okresowego przymierzania kostiumu, igraszek i zaskoczeń. Albo to ja patrzę inaczej? W każdym razie, czuję nadchodzący sen i wtapiam się spokojnie w jego codzienność. Nie napinam się. Błogo mi. Lęków jakby mniej i mniej chęci do ucieczki przed światem. Nawet telefon przestał gryźć...

Wam i sobie życzę Dobrego Września. Oczywiście, o ile istnieje jakieś jutro.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...