29 sierpnia 2014

Łamaga. Tak, to do tych, co wiedzą do których

Z wyżu jestem (tego, co nadal straszy polityków po nocach) – wybór miała spory, i czas nie gonił, bo się urodziłam w lutym. Jej decyzja. Trudno jej za to nie lubić, że mimo pęknięć i rys, na tej naszej wspólnej skorupie, nigdzie się z niej nie wybiera. Owszem, mimo braku tkanki do macania, duża jest trochę i czasem nam razem ciasno. Zwłaszcza, gdy się nadyma swoim „a nie mówiłam”. Jakby nie mogła – jaśnie oświecona - dać znać jakoś czytelniej, że zmierzam ku katastrofie. A tak – plask, gleba i się zwijam z siekierą w trzewiach. A ona ta mądra (niby!), stateczna (akurat!), kpiąco wykrzywia usta i pyta: Opatrzyć? A ja bym jej najchętniej tę siekierę… Nic mi jednak do tego, ani nic nikomu, kto mi wypomina w tej materii NĘDZĘ. To indywidualna sprawa mojej duszy, że sobie wybrała takie CIAŁO: do bycia i na życie i wspólne gnicie (rym niezamierzony). Wzięła z nim w pakiecie, to wszystko, co mu się przytrafia. A z nim nie ma zmiłuj: łamaga jestem - ta z lustra przynajmniej tak twierdzi.

Autora grafiki nie znalazłam. Niech się zgłosi :)

28 sierpnia 2014

Zdruzgotani, tak jakoś ku pokrzepieniu i na zdrowie /Hełm grozy – Wiktor Pielewin/

Reinterpretacja mitów, tak by wpasować je w realia XXI wieku, to przedsięwzięcie niewątpliwie odważne i ciekawe. Skąd pomysł i zainteresowanie? Wydaje mi się, że jesteśmy tak skonstruowani, że nie potrafimy żyć bez tworów, jakimi są te snute od wieków historie. Są one do tego stopnia odrealnione, że dużym i spłycającym ich wyraz uproszczeniem, byłoby nazwanie je kłamstwami. Przecież przy ich pomocy próbujemy usilnie nadać zjawiskom znaczenie, znaleźć się w zacieśniającej się wokół naszych umysłów próżni. I to nie jest żadne „tylko”. Bo wszystko jedno czy robimy to by zrozumieć przeszłość, czy przyszłość: mit pomaga nam przetrwać, iść w jakimś kierunku – najlepiej ku przyszłości… tylko, że w tym dążeniu chyba potykamy się o korzenie. Krążymy w kółko, po omacku. I nie byłoby niczego złego w tej abstrakcji, w jej węzłach. Tylko, że te nasze współczesne mity są pozbawione metafizycznej głębi i przypominają zupki w proszku. Coraz badziewniejszy żywopłot – karmiony glutaminianem sodu - wytycza szlaki naszych wewnętrznych labiryntów. Konstrukcje pozbawione spoiwa, szkieletu, stanowią kwint esencję ślepych uliczek. Potrafimy już tylko zalać Vifon i patrzeć, czy makaron równo puchnie… Trzeba wyjść naprzeciw tej pustce, która toczy nasze wewnętrzne rzeczywistości, zamieszać w kotle konwencji – przypomnieć sobie, czym jest prawdziwa zupa. I jak smakuje.

27 sierpnia 2014

Masło

Smaruję kromkę masłem. Lubię masło, więc grubo. Odkładam nóż.
Nieszczelną skórą wypływa ze mnie nicość - trzęsie upojonym ciałem, te z bólu kurczy się i napina. Klęczę. Zapomniałam o talerzu, znów nakruszę. Zdarza mi się coraz częściej taka obojętność na ten ustalony poza mną, porządek świata. Świadek jedyny, dobry chyba - chociaż milczący, zsyła dla mnie deszcz. Obfite w ciężki chłód krople, płoszą gwiazdy, by te zwabione jękiem nie przybyły patrzeć. Siadam, gryzę, obłapia mnie od środka nieznośny tłuszcz. Śliska maź wciąż spływa w dół. Niedobrze mi, strzepuję okruszki. Denerwują mnie. Mają nie zobaczyć tej kałuży pozostałej po jednym z przerwanych snów, nie trącać je paluchami, nie dotykać. Przeżułam, połknęłam - nasyciłam głód. Obmywam twarz i zaciek ust. Nieszczelną skórą wypływa ze mnie nicość...rozmyta, zapominam. W zlewie myję nóż, zamiatać nie chcę. Może kupię sobie szczura, to zje okruszki.


26 sierpnia 2014

Beszczągowata /Kraina Śpiewających Róż - Olga Orzyłowska- Śliwińska/

Skusiłam się. Kupując myślałam o naszym Parku Róż. U nas kwiaty, co prawda nie śpiewają, chociaż…? Przecież nie wiem, co się dzieje po zmierzchu lub bladym świtem. Trzeba zacząć słuchać uważniej, inaczej… Zdecydowanie, powinnam też wybrać się tam na jesienny spacer przy pełni. Może wtedy, zasypiając na zimę, będą nucić sobie kołysanki? Ktoś chętny?

Wracając jednak do książki, muszę przyznać, że czytałam ją kilka razy. Nie dlatego, że jest aż tak cudowna. Chcąc ułożyć pewien schemat i chronologię – gubiłam się. Nie potrafiłam treści zlepić w całość, miałam wrażenie, że to kilka, następujących po sobie, osobnych historii, których wcale nie powinno się czytać jako jednej bajki, ani broń boże czytać „na raz”. Wątków jest zbyt wiele, chociaż trzeba przyznać sprytnie zazębiają się, wtedy gdy jest taka potrzeba. Pojawiają się też częste podsumowania dotychczasowej akcji, pomagające „połapać się” w pędzącej treści. Podsumowania, prosty język i szybka akcja – przeskakująca od obrazu do obrazu – również czynią tę bajkę, jak najbardziej, przyswajalną dla młodszego czytelnika. Decydując się na czytanie pociechom, pamiętajcie: podział na rozdziały nie powstał dla picu, pomaga porcjować treść w zjadliwe porcje.

25 sierpnia 2014

Park Róż

Skusiłam się. Kupując myślałam o naszym Parku Róż. U nas kwiaty, co prawda nie śpiewają...chociaż? Przecież nie wiem, co się dzieje po zmierzchu lub bladym świtem. Trzeba zacząć słuchać uważniej, inaczej… Zdecydowanie, powinnam też wybrać się tam na jesienny spacer przy pełni. Może wtedy, zasypiając na zimę, będą nucić sobie kołysanki? 

Ktoś chętny?



24 sierpnia 2014

Lomposo ia meme, motema mwa nkoi* /Zwierzęta jak ludzie – Romuald Bakun CM/

Dobry Duch polecił kiedyś czarnym ludziom umyć się w źródlanej wodzie. Ich skóra nie zmieniła jednak koloru, ale serca zachowały prawdziwą czystość. I całe szczęście, w końcu co tam kolor skóry! Najważniejsze jest to, co jest wewnątrz człowieka!
Życzę, żeby baśnie pomogły Wam pielęgnować i zachować życiowy skarb - piękno myśli i czystość serca.

Przesłania zebranych tekstów i słowa autora są, jak najbardziej aktualne. Bajki od zawsze są niezawodnym sposobem na dotarcie do umysłu małego człowieka, otwarcie jego serca i nauczania o różnorodności świata. Uzbrojone w arsenał morałów: pomagaj słabszym, odwdzięczaj się za pomoc, bądź dobry, chciwość jest zła, dotrzymuj danego słowa itp. stają się wręcz pozycją obowiązkową. Nauki te są bardzo czytelne, ale dla pewności - jak to dla dzieci - wyłuskane także na końcu każdej historyjki. Teksty zostały dosyć sprytnie ułożone. Zmienia się stopień złożoności i ich „ciężaru”. Zaczynamy od prostych historii z oczywistym przesłaniem, po czym zostajemy przeprowadzeni przez tematy związane z samoakceptacją (według mnie najlepsze w zbiorze: Kolczaste Drzewo ) i śmierci, z którą lepiej nie zadzierać i przed którą i tak nikt z nas nie ucieknie. Zanim zaczniemy czytać dzieciom, warto zapoznać się najpierw z tekstem i zdecydować, czy nasza pociecha jest gotowa na daną przestrogę.

23 sierpnia 2014

Chcę opowiedzieć tę historię jeszcze raz / Brzemię – Jeanette Winterson/

No i otwarłam TĘ książkę. Nasłuchałam się o niej tylu skrajnych opinii, że stanowiło, to dla mnie nie lada wyzwanie. Czy tą, która obróci w perzynę mój świat będzie Winterson? Niby przy obecnym nieumeblowaniu panującym w mojej głowie, to nic trudnego - jednak podstawy mam solidne, więc ruszyć je wcale nie jest tak łatwo. Tak, więc obróciłam kilka razy w dłoniach, pogłaskałam okładkę, otwarłam, zamknęłam, otwarłam i zamknęłam… Z jednej strony coś mnie odpychało, coś przyciągało. W końcu - w otwartej – oczy same znalazły słowa. I zaczęło się.

22 sierpnia 2014

Mit to obłok wywiedziony z cienia wywiedzionego z podmuchu wiatru /Angus od snów - Alexander McCall Smith/

Angus był bogiem miłości, bogiem młodości i bogiem snów. Kochał Angusa każdy, kto go spotkał; nie było wyjątków. Ludzie zatrzymywali go na drodze, prosząc, aby im zesłał sen o osobie, którą pokochają, a on zawsze spełniał ich prośbę, nigdy nie odmawiał. Jeśli prosiła go o sen dziewczyna lub kobieta, dostawała w dodatku pocałunek, a pocałunek ten zamieniał się w małego ptaszka, który fruwał wkoło jeszcze chwilę, po czym znikał porwany wiatrem, pozostawiając tych, co to widzieli, w niepewności, czy aby nie zmyślili sobie całego zdarzenia.

Urocze, prawda? Tekst, podobnie jak przytoczony fragment, urzeka od pierwszego zdania. Po prostu płyniemy przez treść, z treścią i w treść. Autor to urodzony gawędziarz, którego „słucha” się z wypiekami na twarzy – chociaż czasem potrafi, wkurzyć i zirytować: przesadą, ckliwością lub upartym milczeniem.

21 sierpnia 2014

Myśl

Kłamstwo jest, jak jaszczurka odrzucająca ogon, gdy ktoś próbuje ją złapać. My także musimy odrzucać siebie, by przetrwać w tym bezlitosnym świecie? Udawać, grać swą rolę "bardziej" niż potrzeba? Wnętrzności buntują mi się na samą myśl o wewnętrznym rozsadzaniu siebie. Nowa konfiguracja, nowa JA. A jeśli zatracę się - zapamiętam siebie? Będę potrafiła wrócić?



19 sierpnia 2014

Nie ma co żałować straconych okazji i mamroczących bogów /Penelopiada – Margaret Atwood/

Penelopa wierna - bo dała słowo, wybaczyła „skoki w bok” - takie były czasy, cóż miała do powiedzenia? Dziś byłaby okrzyknięta cierpiętnicą, dziwaczką. Zasuszoną starzejącą się śliwą, marnującą życie, w imię czego? Chciała to ma. Taki wizerunek kobiety-pomnika się zdewaluował – można posłuchać, przytaknąć, i nic więcej - toż to skamielina. Przynajmniej w oczach samych kobiet - czy któraś dziś pozazdrościłaby jej cnoty i samozaparcia? Współcześni panowie byliby chyba bardziej zadowoleni z takiej postawy potencjalnej małżonki.  

18 sierpnia 2014

Miałki przekaz /Krótka historia mitu - Karen Armstrong/

ZNAK wspólnie z wydawnictwami z całego świata, swego czasu podjął się uczestnictwa w pewnym przedsięwzięciu, jakim było wydanie serii MITY. Autorzy z różnych zakątków globu, mieli podjąć się w nich reinterpretacji mitów i legend. Odkurzyć, odświeżyć, przetworzyć – ciekawie się zapowiadało. W sumie wydano ledwie kilka tytułów. A potem seria - z niewyjaśnionych przyczyn – skonała. „Niewyjaśnionych” – jak nie wiadomo, o co chodzi to wiadomo, że chodzi o…

Ta książka to wstęp do „wydarzenia”, którym stały się owe książki. Cieszę się, że zaczęłam czytać od Tokarczuk i jej Anny In w grobowcach świata i Penelopiady Atwood, bo gdybym zaczęła, „jak bóg przykazał” od początku, nie tknęłabym żadnej kolejnej pozycji. Nie dość, że mnie nie porwała, to ciężko mi o tej książce pisać. Momentami to straszny bełkot. Ciągłe powtarzanie tego samego, i w kółko i jeszcze raz i na wszelki wypadek jeszcze. Książka i tak nie ma potężnych gabarytów, więc efekt jest naprawdę lichy.

17 sierpnia 2014

O człowieku, który nie patrzył w niebo

Niebo lało, spływało na ziemię, czym tylko mogło. Zachowywało się tak, jakby chciało zatopić jego upór, zamieniając powierzchnię miasta w wilgotne zwierciadło. Zmusić go, by w nie spojrzał i zapomniał o tym, co zrobiło. Jego dusza była jednak, jak wyschnięta studnia: przedrążona, pusta i szorstka. Nie wzruszały jej te starania.

Właściwie to chciał tylko stąd wyjechać, z tego zapyziałego górskiego sanatorium. Nic dziwnego skoro tutaj nic mu nie pomogło. Na tym nieformalnym końcu świata, na krawędzi tego beznadziejnego NICZEGO, dał się wydrążyć i wyżąć jeszcze bardziej. Nie pożegnawszy się z nikim, wymknął się z budynku i prężnym krokiem zmierzał w stronę dworca kolejowego. Sunąc pośród atakujących go kropel deszczu, ostatni raz mijał miejsca, które z sekundy na sekundę stawały się przeszłością, milknącym echem minionych dni. W nocy, w strugach deszczu, miasto stawało się obce, jak dziwna przestrzeń nieznanego wymiaru…  Jego uwagę przykuła brama ZOO, zamkniętego na czas tej niemożliwej do wygrania –  bo toczonej z żywiołem – wojny, przypominała tandetną, kiczowatą  makietę, którą widywał nader często, bywając w Teatrze Marionetek. Chodził tam dla niej - cyrkowej nędznicy, tej modelki uszu - do czasu aż ta tchórzliwie nie uciekła przed przeznaczeniem. To wtedy wszystko się zmieniło, to wtedy zapadł się w sobie, gdy zobaczył ją w ramionach błękitu... Drgnął i odgonił od siebie wdzierające się nachalnie wspomnienie. Chwiejąc się przyśpieszył kroku, jakby chciał uciec przed napierającą na niego niewidzialną siłą. Wiedział, że to kwestia czasu, wody w końcu będzie tak wiele, że nie pomoże mu już opuszczony wzrok, patrząc pod stopy zobaczy to czego nie chce: odbicie nieba, które wtargnie w jego umęczoną duszę i każe mu zapomnieć. Jak kazało jej…

Echo odbijające się od murów pobliskich kamienic, wypełniło się cieniem jęku, gdy prawie potknął się o kupkę przemoczonej sierści. Mały kot, na oko sama skóra i kości, najwyraźniej nie mający już sił, by wygrzebać się z zalanej asfaltowej dziury, wpatrywał się w niego. Przewiercał go namacalnym wręcz spojrzeniem swoich przypominającymi dwa, maleńkie, błyszczące księżyce ślepków. Wstrzymał oddech, te oczy! - JEJ oczy, JEJ szkliste księżyce. „Zaginiony kot, zaginiony ja i ona – wszyscy w tym powykręcanym labiryncie światów” – pomyślał z lękiem. Niewiele myśląc, złapał malucha i uniósł na wysokość swojej twarzy. Łapki futrzaka zwisały bezładnie, ale z gardła wydobyło się urażone fuknięcie. Zrozumiał. Nie bawiąc się w otrzepywanie nieszczęśnika z wody, delikatnie upchnął go pod kurtką. Poczuł, falę wilgoci, ciepła i pewności. Dumnie zadarł głowę do góry i wyszeptał: „Nie zapomnę”.

I potem już nic.

16 sierpnia 2014

„Gdyby twoja pochwa umiała mówić, co by powiedziała?” /Monologi waginy – Eve Ensler/

…dotyka sama siebie i sama w sobie, bez potrzeby pośrednictwa, uprzedzając wszelki podział na aktywność i bierność. Kobieta „dotyka siebie” cały czas, czego zresztą nie można jej zakazać, bo jej płeć składa się z dwóch warg, które stale się całują. Jest zatem w sobie już dwiema – nierozdzielnymi przecież na jednostki – które się nawzajem pobudzają. /Lucy Irigaray/

Pierwszy raz czytałam tę książkę w 2005 roku. Z perspektywy czasu z przykrością stwierdzam, że wtedy, nie pojęłam jej głębi. Nie rozumiałam jeszcze swojej seksualności i nie miałam na koncie pewnych doświadczeń. Za kolejne dziesięć lat, pewnie znów zobaczę w niej coś innego. A dziś uczepiłam się myśli, iż nie żałuję, że myślę - raczej żałuję, że nie myślę o tej części siebie, która stanowi mnie, jako kobietę.

12 sierpnia 2014

I muszą być lody a nie sorbet, bo sorbet, to nie lody /Zaklinacze samotności - Magdalena Kuydowicz, Wiesław Sokoluk/

Samotność to od początku istnienia ludzka bolączka. Przerobiona, opracowana i przetworzona na miliardy sposobów. Skoro napisano i stworzono w tej materii już tak wiele, to ogromną trudność sprawia zrobienie tego w oryginalnej formie. No i niestety autorom nie udało się nadać tematowi ciekawego, nowego kształtu. Mimo, iż wielobarwność i - powiem to - PIĘKNO tej emocji, próbowali pokazać pod różnymi kątami, to efekt pozostał mizerny. Powstał kolejny poradnik o tym, że robimy sobie wzajemnie krzywdę. A właściwie, to głównie sami ją sobie robimy, bo nie umiemy ze sobą rozmawiać i w porę nie zauważamy, że jesteśmy społecznie nieprzystosowani.

Historie

Współczesność wykorzenia nas z relacji. Znakiem naszych czasów jest samotność. Tym bardziej dziwi mnie i fascynuje, że z taką łatwością ludzie na siebie w tych tekstach wpadają. Czy mają być razem, czy nie, czy mają coś przepracować, czy tylko iść ramię w ramię – dostają od losu szansę na to by spróbować. Tego bohaterom szczerze zazdroszczę, bo ja takiej szansy nie dostaję. A co za tym idzie - kompletnie w ich prawdziwość nie wierzę.

10 sierpnia 2014

Przyjdź do mnie ze swoją dzikością /Anna In w grobowcach świata – Olga Tokarczuk/

Spójrzmy na mit sprzed cztery tysięcy lat, pewnym ruchem dotknijmy jego aktualności. A właściwie, to wiecie co? Wręcz zadławmy się nim. Targani wewnętrznymi torsjami, oddajmy sobie zapomniany pierwiastek człowieczeństwa. Oderwijmy się na chwilę od cyfrowej rzeczywistości. Tej przed nami, za oknem. Ona zmusza nas do ciągłej gonitwy, rozpraszając nadmiarem, powierzchownością. Coraz trudniej nam wchodzić w konteksty, analizować i interpretować. A gdy przystaniemy, obejrzymy się za siebie, możemy odkryć coś niesamowitego. Na pierwszy rzut oka nie przystającego do naszych czasów. Przy dłuższych oględzinach jednak…

Nie martwcie się, ta poskładana z fragmentów historia, została dopasowana do realiów dzisiejszego człowieka w sposobie opowiadania. Mamy więc przekuty na współczesny, nadal jednak pełen symboli, język mitu. Uwspółcześnienie tej historii, opisanie jej na nowo, to szansa dla człowieka na przeżycie zapomnianego świata. Echo z przeszłości, odbijające się w duszy każdego z osobna, przepracowane na poziomie jednostki - pomaga się na nowo scalić, zrozumieć. A my współcześni ludzie zmuszeni jesteśmy żyć na tylu różnych poziomach, że jest to dla nas trudne wyzwanie.

09 sierpnia 2014

Pierwszy miesiąc reszty mojego życia

Znów niedawno przekonałam się, jak to nie warto przyśpieszać. Nawet jeśli mój wewnętrzny rytm, jest tak wolny, że budzi irytację otoczenia – nigdy nie powinnam zmuszać go, do zwiększenia prędkości. To zawsze jest działanie dla mnie destrukcyjne i kończy się, no łagodnie mówiąc, kiepsko. Nie przeskoczę kolejnych etapów, tnąc nożycami wewnętrzny głos na miliony kawałków, bo on i tak nie przestanie rozbrzmiewać. Jeśli nie jestem na coś gotowa, to po prostu nie jestem i oszukiwanie samej siebie, a tym bardziej otoczenia, nie prowadzi donikąd. Wolniej przepracowuję, wolniej analizuję, taką mam wewnętrzną energię. Nie jestem gotowa na pewne działania i sztuczne wywoływanie sytuacji, tylko mnie rani. Pozostanę więc głucha na presję czasu i wiecie co? - niczego „nie powinnam” i „nie muszę”! Bo potem, gdy próbuję na siłę przeskoczyć kilka etapów do przodu i palić za sobą mosty, to w rzeczywistości puszczam z dymem samą siebie. A ogień boli. Poza tym moja przeszłość, to ja, i cóż z tego, że w niej już nic nie zmienię? Deptanie wczoraj, to deptanie samej siebie dziś. Przeglądam się więc w minionych dniach, jak w zwierciadle, z czułością głaszcząc zatrzymane obrazy...

Ostatnio zamknęłam pewien rozdział. Dla większości – DOPIERO. Dla mnie JUŻ.  Nie, nie mogłam wcześniej. Teraz „z tarczą” i spokojna (tak, wreszcie spokojna!) ruszam dalej. Mam wreszcie czas i energię na robienie tego wszystkiego co kocham. A reszta przyjdzie sama, bo wreszcie jestem gotowa na jej przyjęcie. Więc teraz świecie pokaż mi, co tam chowasz w zanadrzu! Wiem, że to będzie piękne :)

06 sierpnia 2014

Je suis comme je suis /Wolna miłość - Roma Ligocka/

Czasami książki nie przychodzą do nas w dobrym momencie. Nie ten etap, nie ta potrzeba. O tej też tak myślałam, zwłaszcza, że przedzierałam się  przez jej  kolejne strony, jak przez zasieki. Pole minowe emocji, które autorka zostawiła mi do pokonania, niemiłosiernie mnie pokiereszowało i znudziło. Do czasu. Jeden z felietonów, był tym „jedynym”, tym dla mnie. Każdemu, kto sięgnie po książkę z nastawieniem podobnym do mojego, życzę, by trafił na taki tekst. I niech również jemu słowa pozwolą pozbierać walające się wokoło własne szczątki…

03 sierpnia 2014

Autoportret człowieka XXI wieku / Wampir i inne opowiadania – Kim Young-ha/

Z trzech przeczytanych pozycji tego autora, ta najmniej przypadła mi do gustu. Może dlatego, że ogólnie nie przepadam za opowiadaniami – zanim historia rozkręci się na dobre już się kończy. Wampirze i innych opowiadaniach zabrakło mi więc napięcia i klimatu, którym autor oczarował mnie w powieściach (Mogę odejść, gdy zechcę, Imperium świateł). Nie zdążyłam wciągnąć się w jego genialną grę formą i treścią, ponieważ zbyt szybko następował jej koniec. Jednak, co pragnę podkreślić, o tym, co pisze Kim Young-ha nie można powiedzieć niczego złego, nie ma się do czego przyczepić. Chyba tylko do tego, że spodziewamy się, że autor czymś nas zaskoczy. Niby się dziwimy, ale przecież wiedzieliśmy, że będziemy się dziwić. Tym samym przewidujemy pewne fakty. 

Dla twórczości Kima charakterystyczne  są motywy: samobójstwo, zdrada, fascynacja motoryzacją i kobiecym ciałem oraz sztuką, tajemnica, miłość, podwójne życie, zagubienie w świecie tłumu. Nic wydumanego, zwyczajne ludzkie sprawy, coś co dotyczy każdego z nas na co dzień, ale opisane w - specyficzny dla pisarza - bezpretensjonalny i nieumoralniający sposób. Studium szczegółu, każdej drobnostki, jako dopełnienie jego stylu, nie pozwoli nam niczego przeoczyć: najcichszego dźwięku, najdrobniejszej gry świateł, niezauważalnego muśnięcia. A nadprzyrodzona atmosfera opowiadań sprawia, że odbieramy jego twórczość wszystkimi zmysłami, np. czujemy zapach powietrza tuż przed burzą, elektryzuje nas błyskawica przecinająca przestrzeń tuż obok nas, słyszymy stukot obcasów na schodach, wyobrażenie ciała mężczyzny w windzie pobudza wrażenia wzrokowe itd.

01 sierpnia 2014

Perły w kimchi, czyli groch z kapustą – kiszoną /Zaproszenie na kimchi - Lena Świadek/

Składniki na kimchi
Na 2 kg kapusty pekińskiej:
100 g soli kamiennej
400 g białej rzodkwi
kilka młodych cebulek ze szczypiorkiem
4 łyżki sproszkowanej papryki kochu (coś jakby chili)
2 łyżki siekanego czosnku
łyżka siekanego świeżego imbiru
łyżka soli
łyżka cukru

Słono-kwaśno-słodka przystawka będąca kwintesencją kulinarnej kultury, to pikantny symbol kraju z drugiego końca świata. Moja pierwsza reakcja na tę wiadomość była mniej więcej taka: i niech mi ktoś jeszcze powie, że tylko Polacy jedzą „zepsutą” kapustę! Koreańczycy spożywają tę przystawkę nieustannie. Parafrazując, można nawet zaryzykować stwierdzenie: „Nie ma ryżu bez kimchi…”. Danie te równie często, jak spożywane jest osobno, staje się podstawą do przygotowania innych posiłków (np. zupa kimchi, czyli kimchi jjigae). Podobno jej nazbyt egzotyczny wygląd nie zachęca do skosztowania, ale jeśli ktoś się już skusi, to trudno jest się nią nie zajadać. Zwłaszcza, że ta zasolona, wymoczona i ukiszona potrawa ma liczne właściwości zdrowotne i odchudzające.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...