
Ale po
kolei, czyli o czym Belgravia jest. Annę Trenchard i jej męża Jamesa
poznajemy, gdy wybierają się na bal do księżnej Richmond przeddzień bitwy pod Waterloo.
Pochodzą z klasy kupieckiej, więc ich obecność na wydarzeniu takiego kalibru
budzi niezdrową ciekawość innych gości. Anna zdaje sobie z tego sprawę i, jako
rozsądna i twardo stąpająca po ziemi kobieta, nie jest tym faktem zachwycona. Najchętniej
w ogóle by się tam nie pojawiała, ale jej mąż traktuje zaproszenie jako ogromną
szansę na awans społeczny, o którym nieustannie i chorobliwie wręcz marzy. Jak
się okazuje, owe zaproszenia zdobyła ich córka, przepiękna Sophia, która wpadła
w oko wicehrabiemu Bellasisowi. Ten romans nie ma szczęśliwego zakończenia. Wicehrabia
ginie podczas bitwy, a oszukana i zrozpaczona dziewczyna umiera dziewięć
miesięcy później rodząc syna, który zostaje oddany na wychowanie bezdzietnemu
małżeństwu. Te dramatyczne wydarzenia są zaledwie wstępem powieści. Do naszych
bohaterów wracamy bowiem ćwierć wieku później, gdy Anna postanawia wyjawić
prawdę matce Bellasisa i zdradzić jej, że ta ma wnuka i dziedzica. Sama dowiaduje
się wtedy, że jej mąż w tajemnicy inwestuje w biznes wnuka i że ten przebywa
całkiem niedaleko. Co z tego wszystkiego wyniknie? A no zazdrość, walka o pieniądze
i dziedzictwo, a także uczucie, które ma nam się z początku jawić, jako równie
nieszczęśliwe i niemożliwe do spełnienia jak to z początku powieści.
I szczerze
mówiąc, jestem ogromnie zaskoczona tym, że książka nie zrobiła na mnie
większego wrażenia. Przecież potencjał i możliwości były przeogromne. W licznych wywiadach,
autor otwarcie przyznaje się do fascynacji dramatami rodzinnymi, mezaliansami i
strukturami klasowymi. Wynika to stąd, że na własnej skórze poniekąd odczuł, że
mimo iż powszechnie uważa się podziały za przeżytek z XIX wieku, to trwają one
w najlepsze do dziś. Jego ojciec pochodził z utytułowanej, mocno zubożałej rodziny,
a matka z gminu. Rodzina od strony ojca oczywiście nie akceptowała tego związku
i on jako dziecko, dotkliwie odczuwał chłód z jakim traktowano jego rodzicielkę.
W książce nie tyle odnajdujemy echa jego własnych doświadczeń, ale także nawiązania
do historii. I nie chodzi mi tutaj tylko o bitwę pod Waterloo. Jego powieść
chociażby tytułem nawiązuje do dzielnicy Londynu, którą prawie sto lat temu
wybudował od zera na rolniczych przedmieściach deweloper Thomas Cubitt, z którym
jak wiemy, na kartach powieści, współpracuje James Trenchard!
Jak dla mnie
Belgravia jest więc niestety bardzo
przereklamowana. Jej popularność Julian Fellowes zapewne zawdzięcza temu, że jest autorem
scenariusza świetnego serialu Downton Abbey
oraz zdobył Oscara za scenariusz
eklektycznego dramatu Gosford Park wyreżyserowanego
przez Roberta Altmana. I chociaż trzeba
mu przyznać, że zna się na rzeczy: wie jak to z tą sztywną angielską societą
było i potrafi „pisać” obrazami, to jednak nie jest wybitnym pisarzem. Książka
to nie to samo, co scenariusz, więc jeśli już ma coś robić z rozmachem, to
niech się lepiej skupi na tym, co naprawdę mu wychodzi. Trudno jednak odmówić Belgravii potencjału, nie zdziwiłabym
się, gdyby na jej podstawie powstał bardzo dobry serial, i to o wiele lepszy od swojej
papierowej poprzedniczki.