Lubię
książki, które sprawiają, że zmieniam zdanie na jakiś temat. A zwłaszcza takie,
które uświadamiają mi, że tego zdania w ogóle wcześniej nie miałam. Bo kimże
był do tej pory dla mnie kat? Niestety muszę przyznać, że miałam o nim dosyć
dziecinne i naiwne wyobrażanie. Przede wszystkim na myśl o kacie, pojawiał się
w mojej głowie obraz rodem ze średniowiecza: zakapturzona, przyprawiająca o
dreszcz rosła postać, wymuszająca torturami zeznania na podejrzanych, a
następnie wykonująca z przyjemnością wyrok śmierci. Drugie ze skojarzeń odsyła
mnie do czasów wojny, gdy katami określało się wszelkiej maści zwyrodnialców,
którzy z rozkoszą znęcali się nad swoimi ofiarami. Jak się miałam szybko
przekonać, John Ellis, pierwszy kat Wielkiej Brytanii, nie okazał się ani
jednym ani drugim.
Moja
ignorancja i nieznajomość tematu sprawiła, że zanim zagłębiłam się w lekturze, wydawało
mi się, że bohaterem Dziennika kata
powinien być człowiek pozbawiony powszechnego szacunku i usunięty poza nawias
społeczny, który chociaż działa w imieniu sprawiedliwości, to budzi powszechną
odrazę.
Nic bardziej mylnego. Żyjący w XX wieku John nie był wcale samotnikiem
mieszkającym w obskurnym lochu, tylko eleganckim, szanowanym obywatelem, który
nie potrafił zabić nawet kurczaka. Jako właściciel zakładu fryzjerskiego, mąż i
ojciec, był człowiekiem raczej niepozornym i, co tu dużo mówić, całkowicie
zwyczajnym. Sam uważał się przede wszystkim za skromne narzędzie w rękach prawa
i stronił od „popularności”. Co najbardziej mnie zaskoczyło, to to, że zrobił
na mnie wrażenie człowieka wrażliwego i empatycznego. Tak, empatycznego! John
Ellis nie czerpał bowiem jakieś chorej satysfakcji z posyłania ludzi na tamten
świat i nie wyobrażał sobie, że mógłby przysparzać im zbędnego cierpienia.
Nie wiem, co
mnie do tego skłoniło, ale z pewnością nie makabryczne zamiłowanie do krwawej
jatki. Nigdy taki nie byłem.
Jako kat nie
uważam, żebym miał serce twardsze niż przysięgli, którzy orzekają o winie
oskarżonego (…); niż sędzia, który wydaje wyrok śmierci; niż szeryfowie i
więzienni urzędnicy drobiazgowo organizujący egzekucje. Wszyscy jesteśmy
trybikami tego samego brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości.
Dbał o to by
egzekucja przebiegała jak najszybciej i bez komplikacji, a skazaniec umierał od
razu, bez męczarni czy zbędnego bólu. W obawie o stan psychiczny więźniów, zalecał
nawet podawanie im sporej porcji brandy parę minut przed wykonaniem wyroku. By
nie zmącić ich względnego spokoju, nie pokazywał im się też na oczy aż do
ostatniej chwili. Zamiast tego obserwował ich z ukrycia. Od wyników takich
obserwacji zależało zaskakująco wiele, na podstawie wagi, wzrostu i grubości
karku więźnia, kat ustalał bowiem jakiej użyje wysokości spadu i długości
sznura. A jak wiadomo: w tym wypadku liczył się każdy centymetr! Jako
perfekcjonista, John, pragnął by wszystko przebiegało fachowo, potrafił więc także
wielokrotnie sprawdzać podest, zanim nie miał pewności, że wszystko jest jak
należy.
W ciągu
całej mojej kariery zawsze starałem się, by skazany przestępca zobaczył mnie
dopiero w ostatniej chwili.
Nasz kat z
urzędu, przeprowadził w ciągu dwudziestu trzech lat (1901 – 1924) dwieście trzy
egzekucje. Co ciekawe, jego „ofiary” nie były dla niego anonimowe. Śledził procesy,
zagłębiał się w szczegóły sprawy i wyrabiał sobie zdanie na temat oskarżonego i
słuszności wyroku. Podobnie jak współczesny czytelnik, dostrzegał również wady
ówczesnego systemu sądownictwa: np. kobieta, która zabiła znęcającego się nad
nią przez lata męża lub mężczyzna przeciwko któremu nie było właściwie dowodów
tylko poszlaki, kończyli na szubienicy obok łowców posagów, seryjnych
trucicieli i pozbawionych skrupułów morderców.
W swoich
dziennikach, oprócz opisów zbrodni, ich motywów (które są tak stare, jak stara
jest ludzkość: chciwość, zazdrość, miłość itd.) i procesów sądowych, Ellis
skupia się również na przebiegu przygotowań do egzekucji i tym, jak wyglądało
samo wykonanie wyroku. Notuje dokąd musiał jechać, o czym rozmawiał z naczelnikiem
danego zakładu, co jadł więzień i czy miał apetyt, ile sekund zajęła sama
egzekucja i np. czy po wszystkim niedopałek wypadł z ust skazanego. Opisuje
także zachowania przestępców: jakie były ich ostatnie słowa czy się bali,
przyznawali do winy i chcieli pojednania z bogiem, czy uparcie twierdzili, że
są niewinni, odchodzili od zmysłów, czy dzielnie i z godnością znosili swój
los. Jak się okazało większość do ostatniego momentu żyła nadzieją na
ułaskawienie i wypierała ze świadomości, to co ma się wydarzyć.
Za mojej
kadencji kata dziennikarze utracili możliwość oglądania egzekucji, i jeśli mnie
pytacie o zdanie, to dobrze się stało. Po pierwsze opisywali rzeczy, które
nigdy się nie wydarzyły (…), po drugie zawsze czułem, że im mniej osób jest
obecnych, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że dojdzie do czegoś
nieprzewidzianego.
W Dzienniku kata nie odnajdziemy
przykrego i drobiazgowego opisu przemocy, upokarzającej i odzierającej z
godności.
Przede wszystkim poznajemy w nich ludzką twarz kata, na którym praca, którą
wykonywał odcisnęła swoje piętno i jego ofiar, które nie zawsze zasługiwały na
najwyższy wymiar kary…