W DOMU
ZAWSZE TRZEBA MIEĆ KARTOFLE
Z kartofla można zrobić placki, frytki, puree
a nawet pieczątkę, co dziwniejsze świetnie sprawdza się on również w roli
napędu ustrojstwa - fachowo zwanego modułem - służącego do pokonywania granic
międzywymiarowych. Ani jednak bulwa
przekształcona w baterię, ani nawet robot, który musi jeść, by odżywiać swój
żelowy mózg (w którym to raczył reinkarnować się tybetański mechanik) nie
są największym zaskoczeniem dla czytelnika, który sięgnie po Długą ziemię… W największe osłupienie
wprawia fakt, że ludzkość znów zaprzepaszcza szansę na nowy, „lepszy” początek.
Nie wystarczy bowiem powkładać ziemniaki w pudełka i ruszyć na podbój nowych
światów, by mieć prawo do wszystkiego na co się spojrzy. A niestety, jak Ziemia
Długa i Szeroka, nie pojawiła się druga tak destrukcyjna cywilizacja jak nasza.
W efekcie współpracy dwóch, reprezentujących
różne gatunki literackie, pisarzy powstała historia z jednej strony urokliwa,
bo mamiąca czytelnika wizjami nieodkrytych światów, z drugiej budząca smutną
refleksję nad tym co tkwi w ludzkich wnętrzach, co sprawia, że nie dorośliśmy
jeszcze do tego, by poznać coś poza naszą poczciwą, cierpliwą (póki co) Ziemią. W opowieści
Baxtera i Pratchetta wszystko zaczyna się od wrzuconego do internetu schematu
budowy Krokera. Ku zaskoczeniu wszystkich, tajemnicze moduły zadziałały i
poprzenosiły swoich konstruktorów w nieznane miejsca, dając początek nowej erze
kolonizacji. Z czasem okazuje się, że nie każdy potrzebuje dziwacznej
maszynerii by się przenosić, niektórzy bowiem rodzą się z darem naturalnego
przekraczania. Jednym z tych wybrańców jest Joshua Valiente, który nie dość, że
swobodnie przeskakuje z planety na planetę, to jeszcze przyszedł na świat w
innej rzeczywistości. Te niezwykłe cechy sprawiają, że zostaje zatrudniony
przez wielką korporację jako przewodnik i jedyny towarzysz Lobsanga
(ekscentrycznej, sztucznej inteligencji). Im dalej jednak ta dwuosobowa (?)
ekspedycja się zapuszcza, tym bardziej wyczuwalne stają się nadciągające kłopoty.
COŚ nadchodzi i nie ominie Ziemi Podstawowej. Zaniepokojeni bohaterowie
postanawiają dowiedzieć się CO…
W międzyczasie trwa nieprzerwana kolonizacja
licznych kopii naszej Ziemi. Działań pionierów nie cechuje oryginalność: podbijają
tak, jak pobijać zwykli ludzie. Niektórzy uciekają przed problemami, inni
przed prawem, jedni chcą budować nowy, lepszy świat, drudzy chcą nakraść ile
się da. Powstają nowe religie, innowacyjne
formy terroryzmu, rodzą się nowe nadzieje i fascynacje. Człowiek
„przekraczający” niesie więc z sobą dobro i zło, buduje i niszczy. Pisarze
pozostawiają bez odpowiedzi pytanie, co przeważy. Wątpię jednak by ktokolwiek
miał wątpliwości, jak będzie. Na szczęście nie wszystko zależy od nas.
Nieskończony multiświat kryje w sobie więcej niż moglibyśmy się spodziewać i
nie chodzi tylko o przesympatyczne trolle, elfy o których wolelibyśmy zapomnieć
i sztuczną inteligencję…
DŁUUUUUUUGIE
CZYTANIE
Jedną z bolączek powieści są jej bohaterowie.
Brakuje wśród nich postaci, która porwała by czytelnika. Sally to
mega zołza, która jest tak drażniąca, że wypada przez to mało wiarygodnie.
Joshua - Indiana Jones Długich Ziem – aspołeczny i wrażliwy chłopak, sprawia
wrażenie zagubionych, ciepłych kluch. Pisarze ostatecznie wykastrowali go w
momencie, gdy wpadli na pomysł, że zakocha się w Sally. Nie pomagają także
przemaszerowujące przez karty powieści tłumy postaci pobocznych. Ta ilość ma
swoje uzasadnienie, poprzez szczątkowość historii drugo-, trzecio- i
piętnastoplanowych bohaterów, tłumaczy nam się bowiem ideę szeregowych światów,
jednak ów natłok działa niestety zniechęcająco. Na szczęście nagromadzenie
wątków i brak wartkiej akcji, wynagradzają nam nieco humor i rozliczne rozważania
o alternatywnych multiświatach.
Oczekiwań nie spełnia również punkt
kulminacyjny. To na co czekaliśmy w napięciu zostaje przedstawione w kilku
zdaniach. Bohaterowie
nagle stwierdzają, że pora wracać i zostawiają czytelnika w kompletnym
osłupieniu. Zakończenie również nie powala. Zabrakło w nim charakteru, jakby
dwóch wielkich umysłów nie było stać na wymyślenie czegoś lepszego. Mam nadzieję,
że urwany tekst nie jest zabiegiem bezcelowym i pierwszy tom stanowi tylko
wstęp do elektryzującego ciągu dalszego.
Pojawiająca się na kartach powieści Pierwsza
Osoba Pojedyncza, to puszczone przez sir Pratchetta, oko do fanów: po prostu
musi istnieć jakiś duży stwór - chociaż nie ŻÓŁW tym razem. Zauważamy
również charakterystyczną dla niego dygresyjność, która buduje klimat tej
powieści. Pozornie chaotyczne wątki łączą się w spójną i logiczną całość.
Właściwie to dygresje i retrospekcje tworzą treść do około setnej strony, potem
pojawia się jako taka akcja. Chaos i nadmiar szczątkowych informacji na
początku powieści wywołuje efekt oszołomienia, podobnego do tego, który wywołał
Dzień Przekroczenia. Książka prowadzi nas więc przez światy będąc ich
odzwierciedleniem. Dopatruję się w tej konstrukcji odwzorowania idei
Długich Ziem. Taki odautorski żart formy.
Długa Ziemia to lekko przygodowe sci-fi, zbudowane ze znanych koncepcji i
schematów, podanych jednak w przystępny i ciekawy sposób. Nie da się ukryć,
że mechanika kwantowa, na której opiera się teoria istnienia światów
równoległych, odegrała kluczową rolę w tworzeniu treści. Każdy wybór rodzi
kolejne rzeczywistości, a one są odpowiedzią na serię decyzji. Długa Ziemia
jest zobrazowaniem tylko ułamku z możliwości, które miały okazję zaistnieć.
Kolejne bliźniacze planety, to jakby kopie, ale każda jest odpowiedzią na inne
pytanie. Ci, którzy spotykają się z teorią multiversum po raz pierwszy, po
lekturze nie spojrzą już tak samo na otaczający ich świat. W te niesamowitą
teorię Baxter z Pratchettem wpletli jeszcze rozważania na temat
człowieczeństwa, zadając pytanie nie tylko o jego kondycję, ale również o
granice. Niestety potencjał historii zbudowanej na tak solidnych fundamentach
nie został w pełni wykorzystany. Oby zmieniło się to w kolejnych tomach.