04 czerwca 2019

Pieśń przyszłości i kosmiczna winda /Długi Mars – Terry Pratchett i Stephen Baxter/


Po tym co pisarze zafundowali czytelnikowi w Długiej wojnie nie potrafiłam zdobyć się na otwarcie trzeciego tomu. Długi Mars bezradnie stał więc na półce i czekał aż nadejdzie dzień, w którym zaryzykuję kolejne spotkanie z wykroczną rzeczywistością. W końcu się złamałam i dałam ostatnią szansę duetowi Pratchett-Baxter. Założyłam, że jeśli mnie nie przekonają, po czwarty i piąty tom już na pewno nie sięgnę. Jako, że los bywa przewrotny, o dziwo, mimo iż nie powalił na kolana, trzeci tom wypadł w sumie o wiele lepiej od poprzedniczki.

Akcja kolejnej powieści zaczyna się kilkanaście lat po erupcji wulkanu Yellowstone. Wybuch zmienił na zawsze Ziemię Podstawową: jej ekosystem uległ zniszczeniu i wszędzie zalegają toksyczne pyły. Kto żyw ucieka więc na sąsiadujące Ziemie. Kolejna fala emigracji sprawia, że ludzkość rozprzestrzenia się po nich niczym szarańcza. Na szczęście tym razem duet pisarzy odpuścił z moralizatorskim tonem, nie przypomina nam wciąż o tym, że niesiemy z sobą tylko przemoc i zło. Zamiast tego, całkiem słusznie, postanowili rozwinąć trzy inne wątki, w których spotkamy dobrze znanych nam już bohaterów. 

03 czerwca 2019

DŁUGIE FACEPALM, czyli jak zepsuć samograja /Długa wojna -Terry Pratchett i Stepehn Baxter/


Ale spójrz na sytuację z trollami. Miłe, pomocne i ufne stworzenia. I oczywiście musieliśmy nad nimi zapanować, zniewolić je, zabić. Pomyśl o napięciu wokół Walhalli i jej cichego buntu; nie mogę się zgodzić, żebyś żył po swojemu, nawet o milion kroków stąd. Muszę cię opodatkować, muszę kontrolować!

Ten cytat można swobodnie potraktować jako streszczenie drugiej części cyklu o wykrocznych ziemiach i międzywymiarowych podróżach. Streszczenie, które oszczędza czytelnikowi czterystu stron tyrad o wolności, braterstwie i o tym, jaka ludzkość jest beznadziejna. Jeśli dodamy do nich, niestety nadal, nieciekawych bohaterów i toczącą się w zwolnionym tempie, fragmentaryczną akcję, to dostajemy pełen obraz Długiej wojny, która okazała się być raczej Długim FACEPALM. Niestety kontynuacja Długiej Ziemi sprawia wrażenie niedopieszczonej, zabrakło jej także świeżości pierwszego tomu oraz wewnętrznej spójności. Na dokładkę podczas lektury odniosłam wrażenie, że zderzyłam się z polityczno-ekologiczno–ekonomiczną propagandą, która bez żadnych zahamowań wbija mi się przez oczy w mózg. Dokładnie takie same pogadanki mieliśmy już w pierwszym tomie (na szczęście w bardziej umiarkowanej ilości). W tej wtórności nie byłoby niczego złego, gdyby była podana w ciekawszej formie. Oczywiście możemy tylko gdybać dlaczego Baxter i Pratchett postawili na taką a nie inną formę opowiadania. Jedno jest pewne: książka okazała się przegadana i do tego stopnia monotonna, że czytałam ją głównie wieczorami wiedząc, że na pewno mnie uśpi.

Druga część opowieści Baxtera i Pratchetta zaczyna się od emocjonalnego wstrząsu. Każdy kto w poprzednim tomie polubił trolle, będzie miał problem z przejściem do porządku dziennego nad tym, jak się je traktuje. W mocnym wstępie dano nam już jasno do zrozumienia, że na inne Ziemie zabraliśmy ze sobą wszystkie nasze wady. Okazało się, że ludzkość nadal jest poczwarką, mimo iż dostała wielką szansę na wyjście z kokonu: wciąż dąży tymi samymi sposobami do tych samych celów… Zdaje się wręcz, że celem ludzkiego istnienia, jest siać zniszczenie. Ten smutny wniosek potęguje fakt, że został on wkomponowany w teorię światów równoległych. Im więcej rzeczywistości, im więcej możliwości, tym większa staje się bowiem skala destrukcji, którą z sobą niesiemy. Podkreśla ją dodatkowo wojna, w stanie której jesteśmy odkąd istniejemy…

02 czerwca 2019

Włóż ziemniaka w pudełko i w drogę /Długa ziemia - Terry Pratchett i Stephen Baxter/


W DOMU ZAWSZE TRZEBA MIEĆ KARTOFLE

Z kartofla można zrobić placki, frytki, puree a nawet pieczątkę, co dziwniejsze świetnie sprawdza się on również w roli napędu ustrojstwa - fachowo zwanego modułem - służącego do pokonywania granic międzywymiarowych. Ani jednak bulwa przekształcona w baterię, ani nawet robot, który musi jeść, by odżywiać swój żelowy mózg (w którym to raczył reinkarnować się tybetański mechanik) nie są największym zaskoczeniem dla czytelnika, który sięgnie po Długą ziemię… W największe osłupienie wprawia fakt, że ludzkość znów zaprzepaszcza szansę na nowy, „lepszy” początek. Nie wystarczy bowiem powkładać ziemniaki w pudełka i ruszyć na podbój nowych światów, by mieć prawo do wszystkiego na co się spojrzy. A niestety, jak Ziemia Długa i Szeroka, nie pojawiła się druga tak destrukcyjna cywilizacja jak nasza.

W efekcie współpracy dwóch, reprezentujących różne gatunki literackie, pisarzy powstała historia z jednej strony urokliwa, bo mamiąca czytelnika wizjami nieodkrytych światów, z drugiej budząca smutną refleksję nad tym co tkwi w ludzkich wnętrzach, co sprawia, że nie dorośliśmy jeszcze do tego, by poznać coś poza naszą poczciwą, cierpliwą (póki co) Ziemią. W opowieści Baxtera i Pratchetta wszystko zaczyna się od wrzuconego do internetu schematu budowy Krokera. Ku zaskoczeniu wszystkich, tajemnicze moduły zadziałały i poprzenosiły swoich konstruktorów w nieznane miejsca, dając początek nowej erze kolonizacji. Z czasem okazuje się, że nie każdy potrzebuje dziwacznej maszynerii by się przenosić, niektórzy bowiem rodzą się z darem naturalnego przekraczania. Jednym z tych wybrańców jest Joshua Valiente, który nie dość, że swobodnie przeskakuje z planety na planetę, to jeszcze przyszedł na świat w innej rzeczywistości. Te niezwykłe cechy sprawiają, że zostaje zatrudniony przez wielką korporację jako przewodnik i jedyny towarzysz Lobsanga (ekscentrycznej, sztucznej inteligencji). Im dalej jednak ta dwuosobowa (?) ekspedycja się zapuszcza, tym bardziej wyczuwalne stają się nadciągające kłopoty. COŚ nadchodzi i nie ominie Ziemi Podstawowej. Zaniepokojeni bohaterowie postanawiają dowiedzieć się CO…

31 maja 2019

Kat /Dziennik kata – John Ellis/


Lubię książki, które sprawiają, że zmieniam zdanie na jakiś temat. A zwłaszcza takie, które uświadamiają mi, że tego zdania w ogóle wcześniej nie miałam. Bo kimże był do tej pory dla mnie kat? Niestety muszę przyznać, że miałam o nim dosyć dziecinne i naiwne wyobrażanie. Przede wszystkim na myśl o kacie, pojawiał się w mojej głowie obraz rodem ze średniowiecza: zakapturzona, przyprawiająca o dreszcz rosła postać, wymuszająca torturami zeznania na podejrzanych, a następnie wykonująca z przyjemnością wyrok śmierci. Drugie ze skojarzeń odsyła mnie do czasów wojny, gdy katami określało się wszelkiej maści zwyrodnialców, którzy z rozkoszą znęcali się nad swoimi ofiarami. Jak się miałam szybko przekonać, John Ellis, pierwszy kat Wielkiej Brytanii, nie okazał się ani jednym ani drugim.

Moja ignorancja i nieznajomość tematu sprawiła, że zanim zagłębiłam się w lekturze, wydawało mi się, że bohaterem Dziennika kata powinien być człowiek pozbawiony powszechnego szacunku i usunięty poza nawias społeczny, który chociaż działa w imieniu sprawiedliwości, to budzi powszechną odrazę. Nic bardziej mylnego. Żyjący w XX wieku John nie był wcale samotnikiem mieszkającym w obskurnym lochu, tylko eleganckim, szanowanym obywatelem, który nie potrafił zabić nawet kurczaka. Jako właściciel zakładu fryzjerskiego, mąż i ojciec, był człowiekiem raczej niepozornym i, co tu dużo mówić, całkowicie zwyczajnym. Sam uważał się przede wszystkim za skromne narzędzie w rękach prawa i stronił od „popularności”. Co najbardziej mnie zaskoczyło, to to, że zrobił na mnie wrażenie człowieka wrażliwego i empatycznego. Tak, empatycznego! John Ellis nie czerpał bowiem jakieś chorej satysfakcji z posyłania ludzi na tamten świat i nie wyobrażał sobie, że mógłby przysparzać im zbędnego cierpienia. 

25 maja 2019

Nuda, panie! /Belgravia – Julian Fellowes/


Zdecydowanie oczekiwałam czegoś innego po tej książce. Okazała się bezbarwnym, pozbawionym klimatu i nudnym czytadełkiem obyczajowym z przewidywalnym wątkiem romansowym. Na szczęście, bo już myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, reszta czytelniczek z naszego DKK, też miała problem z doczytaniem Belgravii. Byłyśmy po prostu rozczarowane i zniechęcone. Na spotkaniu, głównie zastanawiałyśmy się więc nad tym, dlaczego przesłodzona powieść Fellowesa zbiera tak przychylne recenzje i jak można polubić aż tak papierowe postacie… Trudno było nam uwierzyć w to, że całą winę można tak po prostu zrzucić na tłumaczenie.

Ale po kolei, czyli o czym Belgravia jest. Annę Trenchard i jej męża Jamesa poznajemy, gdy wybierają się na bal do księżnej Richmond przeddzień bitwy pod Waterloo. Pochodzą z klasy kupieckiej, więc ich obecność na wydarzeniu takiego kalibru budzi niezdrową ciekawość innych gości. Anna zdaje sobie z tego sprawę i, jako rozsądna i twardo stąpająca po ziemi kobieta, nie jest tym faktem zachwycona. Najchętniej w ogóle by się tam nie pojawiała, ale jej mąż traktuje zaproszenie jako ogromną szansę na awans społeczny, o którym nieustannie i chorobliwie wręcz marzy. Jak się okazuje, owe zaproszenia zdobyła ich córka, przepiękna Sophia, która wpadła w oko wicehrabiemu Bellasisowi. Ten romans nie ma szczęśliwego zakończenia. Wicehrabia ginie podczas bitwy, a oszukana i zrozpaczona dziewczyna umiera dziewięć miesięcy później rodząc syna, który zostaje oddany na wychowanie bezdzietnemu małżeństwu. Te dramatyczne wydarzenia są zaledwie wstępem powieści. Do naszych bohaterów wracamy bowiem ćwierć wieku później, gdy Anna postanawia wyjawić prawdę matce Bellasisa i zdradzić jej, że ta ma wnuka i dziedzica. Sama dowiaduje się wtedy, że jej mąż w tajemnicy inwestuje w biznes wnuka i że ten przebywa całkiem niedaleko. Co z tego wszystkiego wyniknie? A no zazdrość, walka o pieniądze i dziedzictwo, a także uczucie, które ma nam się z początku jawić, jako równie nieszczęśliwe i niemożliwe do spełnienia jak to z początku powieści.

24 maja 2019

To był naprawdę dziki dzikus /Dzikus - David Almond/


W skrajnych sytuacjach zawsze tworzymy narracje. Te, jakże prawdziwe, zdanie wygłosił Anatole Boyard, autor książki Upojony chorobą. Zapiski o życiu i śmierci. Według niego metafory stosowane w psychoterapii są najskuteczniejszym sposobem wyzwalania się z różnorakich trudności życiowych. Bo gdy już się w sytuacji skrajnej znajdziemy, to tylko opowieści mogą uratować nasze człowieczeństwo. Metafora w tym wypadku staje się więc "szlachetnym" sposobem ucieczki przed strachem i bólem. Otwiera przed nami nowe przejścia i wytyczna nowe szlaki do miejsc, w których odkrywamy dawno utraconą możliwość tworzenia czegoś własnego, jedynego w swoim rodzaju. Pozwalamy sobie bowiem tworzyć siebie na nowo.

Tego o czym pisał Boyard doświadcza Blue Baker, chłopiec, który doznaje szoku po śmierci ojca. Wszystko wydaje się pozornie toczyć własnym, zwykłym rytmem, nadal mieszka w tym samym domu z mamą i siostrą, chodzi do szkoły, a jednak coś w nim pękło. Powstała w ten sposób w jego duszy szczelina zionie pustką, której nie jest w stanie wypełnić miłość i wsparcie najbliższych. Psycholog radzi Bakerowi by napisał historię, w której uzewnętrzniłby swoje uczucia. Chłopiec podejmuje się tego zadania. W efekcie powstaje opowiadanie, którego bohaterem jest mieszkający w leśnej jamie Dzikus, który uzbrojony w "norze", siekierę i widelce poluje na wszystko, co wejdzie mu w drogę.  Nie wie skąd się wziął i nie potrafi mówić. Ze strony na stronę, pisana przez Blue opowieść staje się coraz mroczniejsza, atmosfera niepokojąco gęstnieje, czujemy więc, że zbliża się coś nieuniknionego, zwłaszcza, że chłopiec zaczyna fantazjować o morderstwie. Pewnego dnia Dzikus spotyka Blue (swego twórcę) i jego siostrę, od tamtej pory dziki chłopiec zaczyna się zmieniać. Zmieniać zaczyna się także sam Blue. Kim jest tak naprawdę Dzikus? Czy pierwotne najgorsze instynkty można zastąpić miłością? Czy Blue ocali swoje człowieczeństwo? Odpowiedzi na te pytania trzeba koniecznie odkryć samemu, więc niczego więcej nie zdradzę.

03 marca 2015

„Czasem mosty prowadzą dalej niż tylko na drugi brzeg…”/Czarci most – Anna Bichalska/

Pierwotnym celem literatury fantasy nie było moralizowanie, pouczanie, indoktrynowanie nikogo ani zaspokajanie najwyższych potrzeb estetycznych, lecz przeniesienie do świata fantazji, niczym niekrępowanej wyobraźni w Krainę Niemożliwego, dostarczenie czytelnikowi przyjemności i radości. Czy powieść fantasy Czarci most Anny Bichalskiej wywiązuje się z tego zadania? I tak i nie. Nie jest to owszem powieść z gatunku tych, które wpędzają nas w zadumę i skłaniają do przewrócenia życia do góry nogami. Nie jest to również lektura czysto rozrywkowa, ponieważ w byciu lekkim „czytadłem”, przeszkadza jej nieco toporny styl debiutantki. Jeżeli jednak chodzi o ową „Krainę Niemożliwego”, to powieść trafia w sedno - świat przedstawiony zachęca nas do tego, by przekroczyć próg nieznanego i zaskakuje nas swoją różnorodnością. Co ważniejsze wejście do świata fantazji znajduje się w Polsce, w małym, klimatycznym miasteczku o wdzięcznej nazwie: Czarci most. To tutaj następuje zderzenie dwóch światów. Jak się okazuje, oba wypełnione są po brzegi fantastycznymi bytami, trzeba tylko otworzyć wreszcie oczy, by je dostrzec.

01 marca 2015

666 /Where The Devil Hides - Christian E. Christiansen/ 2014

Gdy zaczęłam oglądać, odetchnęłam z ulgą – nareszcie film nie zrealizowany techniką found footage. Zważywszy na jego tematykę mogłabym nawet krzyknąć: ALLELUJA. Czar prysnął niestety dosyć szybko, bo Where the Devil Hides nie jest porywającym arcydziełem. W porównaniu jednak z tym, co oglądałam ostatnio zasługuje na uwagę. 

Podobał mi się początkowy klimat filmu, wprowadzenie do klątwy, niedoszła rzeź niewiniątek, zwiastująca ponure i mroczne wydarzenia. Szóstego dnia, szóstego miesiąca na świat przychodzi sześć dziewczynek. Zgodnie z przepowiednią, ta z nich, która dożyje osiemnastych urodzin stanie się „ręką diabła”. Niejako symbolicznie akcja rozgrywa się w Nowym Betlejem, w osadzie - może nie tyle bogobojnych, co fanatycznych - Amiszów, rządzonych twardą ręką, przez zboczonego pastora Eldera Beacona (Clom Meaney). Gdy zbliża się dzień osiągnięcia przez naznaczone dziewczęta pełnoletniości, te zaczynają kolejno znikać - w dość krwawych okolicznościach. Wreszcie dociera do nich także prawdziwy powód, dlaczego przez te wszystkie lata społeczność traktowała je inaczej.

26 lutego 2015

Pod Paryżem jest Piekło /Jako w piekle, tak i na ziemi – John Erick Dowdle/ 2014

Zazwyczaj archeolodzy poszukują Świętego Graala. Tym razem za cel wzięto Kamień Filozoficzny. I ani w Piekle ani na Ziemi film o poszukiwaniach tego artefaktu, nie zrobi dobrego wrażenia. To kolejna produkcja, która zrodziła się ze świetnego pomysłu, a poległa na marnym wykonaniu. Nie pomogło jej gorzej niż przeciętne aktorstwo, fabularna miałkość i brak klimatu grozy (SIC!). Z tego horroru wyszła bardziej przygodówka. O tym, że film należy jednak do dreszczowców, przypominają nam jedynie ostatnie minuty, kiedy to widz jest już po prostu zmęczony oglądaniem, i i tak nic go nie reanimuje.

Witamy w stolicy kraju słynącego z bagietek, sera i perfum. Nie dane nam będzie jednak pogodne zwiedzanie Pól Elizejskich i leniwe  popołudnie w kawiarence, przy piosenkach Edith Piaf. Owszem poznamy Paryż, ale niejako od spodu. Zanurzymy się w labiryncie katakumb ciągnących się pod miastem, gdzie nikt nie serwuje kasztanów. Brnąc w mroku podziemi  dotrzemy do samego Piekła - także tego w naszych głowach. I mimo tak ciekawie zapowiadającej się scenerii, nie udało się ekipie filmowej wydobyć kontrastu: między sielankowym, artystycznym obliczem miasta miłości, a epatujących brudem i śmiercią podziemi. Nie pomogło nawet to, że część scen naprawdę była kręcona w katakumbach. Nie czujemy zderzenia, rozdarcia, nie zatapiamy się w coraz większym lęku, podążając z bohaterami do wnętrza ziemi. Właściwie, to nie odczuwamy za wiele czegokolwiek. Głównie podążamy za Scarlett, młodą panią archeolog (kryptolożka i chemiczka przy okazji), która uwielbia pchać się wszędzie tam, gdzie czekają na nią kłopoty i łamać przy okazji wszelkie zasady. Owa pani to połączenie Indiany Jonesa i Lary Croft – nie cofnie się przed niczym, by tylko znaleźć „skarb”. Posiada ogromną wiedzę, włada biegle kilkoma językami. Oprócz tego posiada także umiejętność rozdawania zabójczych - dla wszelkiej maści demonów - ciosów karate oraz bezrefleksyjnego pakowania siebie i swoich towarzyszy w niebezpieczeństwa. Dlatego też, gdy wpada na trop Kamienia Filozoficznego prze przed siebie jak taran, nie bacząc na konsekwencje. W początkowych partiach filmu, wszystko przypomina klasyczne rozwiązywanie zagadek z przeszłości (odczytywanie tajemniczych inskrypcji, szukanie drogi w labiryncie, pułapki a la „wyjmij właściwy kamień, bo się zawalę”), z czasem jednak robi się coraz mniej zrozumiale. Jedyne pocieszenie dla wymęczonego widza to fakt, że to się kiedyś skończy.

25 lutego 2015

Dokumentalne fałszerstwo – czy aby na pewno? / The Atticus Institute – Chris Sparling/2015

Chris Sparling i Pogrzebany (2010), do którego pisał scenariusz, zrobił na mnie piorunujące wrażenie, podobnie paraliżująco zadziałał Bankomat (2012). Wiele więc spodziewałam się po  The Atticus Institute. Rozsiadłam się i czekałam. Minęła minuta i dwadzieścia pięć sekund. Pewne sprawy są ze sobą nierozerwalnie połączone, jak Flip i Flap. Jeżeli słyszymy, że ktoś wrzeszczy i w kierunku tej osoby maszeruje ksiądz w masce przeciwgazowej, to będzie to film o opętaniu. Nie może być inaczej. Więc zostało mi tylko czekać, co reżyser z tym fantem zrobił. Czy jego historia znudzi, rozczaruje, czy się obroni? I czy znów nas czeka ta lewitacja, zielone wymioty i łamanie się nawiedzonego w pół? Na początku ciśnienie tak mi opadło, że marzyłam tylko o tym, by zrobić sobie kawę – to była reakcja na mrożące krew w żyłach zbliżenia jarzeniówek, pajęczyn w oknach i nudne reportaże. Im dłużej jednak oglądałam, tym mniej chciało mi się kawy i mocniej wsiąkałam w obraz.

18 lutego 2015

Ku przestrodze /Czarna kura czyli mieszkańcy Podziemnego Królestwa -Antoni Pogorielski/

Alosza, dziesięcioletni chłopiec mieszkający w internacie, to pilny uczeń o dobrym sercu. Pewnego dnia ratuje on z rąk kucharki swoją ulubioną kurę Czarnuszkę. Ta z wdzięczności zabiera go do swojego świata, by za dobry czyn mógł wybrać sobie nagrodę. Chłopiec nie okazuje się jednak powiernikiem godnym tajemnic Podziemnego Królestwa, co sprawia, że napyta kłopotów sobie i jego mieszkańcom.

Ostatnio ewidentną frajdę sprawia mi buszowanie w przeszłości: co rusz odkurzam lektury z dzieciństwa. Tym razem postanowiłam przypomnieć sobie bajkę o pewnej magicznej kurze, czubatce. Pamiętam, że nie mogłam oderwać wzroku od ilustracji, które wydawały mi się wtedy okropne. Wracając do książki po latach zrozumiałam, co mnie poruszało. Wykonanie, wraz z reprodukcjami oryginalnych litografii, nie pozostawia nic do życzenia, są dopracowane w każdym szczególe, utrzymane w przytłumionych stonowanych barwach. To głównie ich przekaz wywierał na mnie negatywne wrażenie. Przedstawiają bowiem dziesięcioletniego bohatera biorącego udział w polowaniu w Podziemnym Królestwie, gdzie nabija na lance bezbronne szczury. Nigdy nie akceptowałam tego zwyczaju, nie rozumiałam idei, które przyświecały polującym. Wiem, że to elementu tradycji, charakterystyczny też dla epoki w której rozgrywa się akcja, ale to nie było dla mnie. Gdyby szczury stanowiły zagrożenie, były złe i toczyła się akurat jakaś podziemna wojna – reagowałabym zapewne inaczej. Jako dziecko przeżywałam też scenę chłosty Aloszy – gdy nauczyciel leje go po gołym tyłku przy całej klasie (tak na marginesie, gdzieżby to współcześnie przeszło w książce dla dzieci). Pozytywnie za to reagowałam na ilustracje: z dwoma nieżywymi (?) staruszkami, strażniczkami, i walki kury z rycerzami - miały bowiem w sobie ten elektryzujący mrok i grozę niewiadomego. Przypuszczam, że książka mocno wryła mi się w pamięć, dlatego, że gryzła mi się w niej uderzająca dosłowność realnego przekazu z zawartą w niej warstwą fantastyczną. Dla młodego czytelnika ten dysonans musiał być mocno odczuwalny, bo książkę czyta się współcześnie w dwóch kontekstach. Zapewne inaczej reagował na nią jej główny odbiorca - dziesięcioletni Alosza Tołstoj, kuzyn Antoniego Pogorielskiego (1787-1836), dla którego owa opowiastka powstała – gdyż mógł się on skupić tylko na jej symbolicznej i magicznej warstwie.

16 lutego 2015

Dracula obraca się w grobie / Dracula: historia nieznana, Dracula untold – Gary Shore/ 2014

Słowem wstępu: dlaczego trudno przełknąć mi uszlachetnienie Vlada?

Imię „Dracul” może wywodzić się z dwóch źródeł. Według jednego imię te wiąże się z Diabłem (drac po rumuńsku oznacza diabła), druga interpretacja kojarzy go ze Smokiem (drago). Według źródeł historycznych Wład II Dracul, słynący  z okrutnego traktowania swoich podwładnych, należał także do Zakonu Smoka – więc właściwie i jedno i drugie znaczenie miałoby rację bytu. Jego syn - świadek brutalnego mordu na ojcu i rodzinie – stał się godnym następcą ojca. Mowa o nikim innym, tylko o słynnym Władzie Tepešu Draculi. Słowo „Tepeš” oznacza „Palownik”, co było aluzją do preferowanych przez niego metod wykańczania wrogów. Przydomku Dracula dorobił się już pośmiertnie. Oprócz palowania słynął z tego,że przybijał matkom do ich piersi niemowlęta, gotował swoje ofiary żywcem, (ewentualnie - również żywcem - nabijał na rożen) i kazał później zjadać swoim poddanym. Oczywiście pił również ludzką krew, co stało się jedną z przyczyn utożsamiania go z wampirem. A stąd już tylko krok do tego, by zrodziła się legenda: przetworzona literacko i filmowo.

Pierwszy film o Draculi pt. Krew Draculi nakręcili Węgrzy w 1921 roku, od tamtej pory powstało mnóstwo filmów opartych na książce Brama Stokera. Warto wspomnieć o klasykach: Nosferatu (1922) Murnaua i Dracula (1931) Browninga, oraz młodszych produkcjach, jak np. Dracula według Brama Stokera (1992) Coppoli.  Potwór w ludzkiej skórze stał się ikoną kina grozy, bezlitośnie wysysał życie z widzów każdej kolejnej dekady, pozostawiając za sobą krwawe ślady kolejnych ofiar. Nie ma jednak żadnej świętości, każdą ikonę można przekuć w banał. Tego - pewnie niechcący - dokonali twórcy filmu Dracula: historia nieznana (Dracula untold). Były widać powody, dla których historia ta miała pozostać nieopowiedzianą nigdy tajemnicą…

15 lutego 2015

Jak trwoga to do Boga i kij w oko wolnej woli /Potępieni, The Remaining - Casey La Scala/ 2014


Nadciąga apokalipsa. Bóg ma już dosyć ludzi i postanawia zrobić porządek: dobrych bierze do siebie, złych zostawia na pożarcie Piekłu – stosuje więc standardowe biblijne rozwiązania. Postanawia dokonać ostatecznego, akurat w momencie, gdy grupka przyjaciół dobrze bawi się na weselu. Tak wystrzałowej imprezy się raczej nie spodziewali… Wraz ze złowieszczym dźwiękiem pierwszej trąby zaczyna się bezcelowa walka o przetrwanie w świecie, który się skończył.

Sam pomysł na film nie był zły – jak zazwyczaj. Chaos i przestrach ogarniający ludzi, którzy żyli we względnym poczuciu bezpieczeństwa, ziemia usuwająca się spod stóp, mogły stać się przyczynkiem do refleksji nad ulotnością tego, co posiadamy. Mogłyby wpędzić nas w zadumę nad tym, jak puste prowadzimy życie - my współcześni, nie wyznający żadnych wartości. Zamiast tego zaserwowano nam płytkie przemyślenia i wynurzenia na poziomie telewizji śniadaniowej. Mam wrażenie, że film miał zwrócić naszą uwagę na konieczność nawrócenia się, ale to zdecydowanie nie tędy droga, nie robi się tego w tak bezczelny sposób. Zwłaszcza, że The Remaining nie stawia w najlepszym świetle wyznawców wiary, którą film – nie bójmy się słowa – promuje. Nagle, gdy już demony latają bohaterom nad głowami, Ci pragną się nawracać i „wybierają BOGA”. A kto powiedział, że to akurat Bóg jest sprawcą całego zamieszania? Czy to nie aby nadużycie? Jako widzowie jednak podążamy za tym, co sugerują nam postacie, a z tego wynika, że jednak Bóg…Zresztą polski tytuł - Potępieni - mówi sam za siebie.

13 lutego 2015

Jeśli Boga nie ma, to dlaczego tyle o nim rozmawiamy? Żebyśmy się nie czuły samotnie /O ósmej na arce – Ulrich Hub/

Lodowa pustynia, dojmująca nuda i na dokładkę śmierdzi rybami. Pośrodku tej pustki, stoją trzy pingwiny, które w ramach rozrywki przekomarzają się i obdzielają kopniakami. Żarty jednak się skończyły, nadciąga POTOP. A wszystko za sprawą jednego narwanego – właśnie - pingwina i motyla, który zginął w wyniku tragicznego wypadku. Przynajmniej tak się wydaje. Gdy gołąb – neurotyczny organizator rejsu - wręcza WYBRAŃCOM tylko dwa bilety na arkę, zabija im ćwieka. Bo pingwiny, o których mowa, jak już wspomniałam, to trójka przyjaciół i nawet jeśli się pokłócą, to przecież pozostają przyjaciółmi! Na szczęście nieświadomy całej sytuacji najmniejszy z nich, ogłuszony przez kumpli, łatwo daje się upchnąć w walizce. A co na to Bóg, który wszystko widzi i słyszy, a który nakazał, by na statku znalazło się tylko po parze z każdego gatunku (nie sprecyzował chyba jednak polecenia, że chodzi o pary mieszane)? Jeśli jesteście ciekawi, co się działo na wielkiej łodzi przez 40 długich i deszczowych dni oraz jak się to wszystko kończy – gorąco polecam!

Przypominacie sobie może, jak reagowało otoczenie, gdy jako dzieci z otwartymi umysłami, chęcią zdobycia wiedzy, zadawaliście pytanie: Czy Bóg istnieje? Jeśli nie daj – nomem omen – boże, pytanie owo padło przy świadkach, mama, babcia (wstaw dowolne) purpurowiała. Do naszych uszu docierał krótki syk, że mamy już być cicho i porozmawiamy potem. W cztery oczy niewiele lepiej. Wymijające odpowiedzi, właściwie żadnych argumentów, po prostu powielanie tego co słyszymy w kościele lub na lekcjach religii. Czemu się jednak dziwić?

12 lutego 2015

Zrzędź, marudź, narzekaj. Uwolnij swojego wewnętrznego zrzędliwca /Grumpy Cat/

Z okazji nadciągającego na wezbranej fali  wszelakiej maści kipiących czerwienią serduszek Święta Zakochanych, chciałam zaproponować Wam, coś innego niż królujące z tej okazji na półkach księgarń romanse i erotyki, dumnie wyłożone w najbardziej wyeksponowanych miejscach. Tym razem nie będę proponowała, by ową czerwień kojarzyć z rozlewem krwi, chociaż w sumie... Jedno czy drugie patroszenie nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a odrąbanych głów, wyrwanych kończyn czy rozwleczonych bebechów nigdy za dużo. O krwawych Walentynkach pisać będzie jednak Alicya Rivard.

Główny bohater proponowanej przeze mnie książki byłby usatysfakcjonowany tym, że ktoś może być niepocieszony z powodu otrzymanego prezentu. Chociaż pewnie byłoby lepiej, gdyby nikt nie dostał żadnego – przecież świat nie jest sprawiedliwy.

04 lutego 2015

I co z tym mózgiem? /Lucy – Luc Besson/2014

Pokusiłam się o pewne rozwinięcie tematu związanego z filmem Lucy – recenzja TUTAJ.

Film został zbudowany w oparciu o założenie, że nie korzystamy za bardzo ze swoich mózgów - ale to jest sci-fi więc ma swoje prawa. Scenariusz nie musi być zbudowany o jakieś potwierdzalne badania, argumenty. I zazwyczaj to nikomu nie przeszkadza. Jednak, gdy film jest kiepski nawet takie rzeczy rażą, mimo że to sci-fi... Gdyby był ciekawy mniej osób czepiałoby się tego założenia. Za argumenty przeciwko tej teorii można uznać m.in. to, że: każdy obszar mózgu jest nieustannie aktywny (gdyby było inaczej, strzał w głowę rzadko by zabijał); mózg to bardzo energochłonna bestia – zajmuje tylko 2% masy ciała a „zjada” około25% energii (skoro działa tylko w 10% to po co? Ewolucja raz dwa zostawiłaby przy życiu osobniki z mniejszymi mózgami). Wydaje mi się, że film oglądało by się inaczej, gdyby Luc Besson chwilkę pomyślał przy pisaniu scenariusza. Wystarczyło tę samą produkcję poprzeć trochę innymi argumentami i już tak bzdurnie by nie było. Poza tym polski plakat, to zgroza w czystej postaci. Krzyczy on do nas takim sformułowaniem: Przeciętny człowiek używa 10% mózgu. Ona wykorzystuje 100%. Kto pozwolił na to, żeby ten tekst się na nim pojawił i zaistniał - gratuluję. Pewnie ta osoba używała właśnie tylko osławionych  10%. Bo między używaniem 10 %mózgu a 10% możliwości mózgu jest ogromna różnica!

03 lutego 2015

Wow! Lucy użyła mózgu /Lucy – Luc Besson/2014

Film przykuwa uwagę i wciąga – przynajmniej na początku. Z biegu zostajemy wrzuceni w akcję. Obrazy zmieniają się dynamicznie i na dzień dobry pada kilka trupów. A potem czar pryska i zamiast z wypiekami na twarzy czekać na kolejne zdarzenia i rozwiązanie akcji, zastanawiamy się, „co autor miał na myśli i jaki przyświecał mu cel”.  Niestety, możemy jedynie pomarzyć o konkretach. Film można więc określić jednym słowem: rozczarowanie. Cały pseudonaukowy bełkot, który miał napędzać fabułę, i który tak naprawdę miał stanowić uzasadnienie całości,  w rzeczywistości stanowi tylko tło dla wybuchów. I nie czarujmy się: to właśnie o efekty w tym filmie chodzi. I jeśli ktoś je lubi, film mu się spodoba. Jeśli ktoś oczekiwał głębszej treści – wyjdzie z seansu mocno rozczarowany. Bo temat został potraktowany po macoszemu i nie wykorzystano jego potencjału. Nawet napięcie jest takie sobie. Z założenia zapewne miało wzrastać z minuty na minutę, a raczej z procentu na procent, jednak nic z tego, w pewnym momencie historia staje się interesująca mniej więcej tak, jak deska do prasowania, a zawstydzone napięcie daje nogę.

29 stycznia 2015

Wszystkie rybki śpią w jeziorze, ciulajla, ciulajla, la. A jedna rybka spać nie może, ciulajla, ciulajla, la.../Bezsenność Jutki- Dorota Combrzyńska - Nogala /

Historia Jutki stanowi literackie nawiązanie do 70 rocznicy dramatycznych wydarzeń. Przypomina ona o łódzkim getcie i Wielkiej Szperze, w wyniku której wywieziono stamtąd 15000 osób. Głównie niezdolnych do pracy, czyli dzieci, starców i chorych. Wszyscy wywiezieni zginęli.

Dzieciom należy mówić prawdę. Bo dzieci są mądre: obserwują, myślą i czują. Widzą, że świat ma wiele odcieni, próbują zrozumieć dlaczego i jak na nie reagować. Dlatego trzeba z nimi o nich rozmawiać. Opowiadać i tłumaczyć, tak jak Dziadek Jutki, który mądrze przygotowuje ją do życia, i mimo wszystko, chce zaszczepić w niej wiarę w drugiego człowieka. Bo przecież nawet podczas wojny i nawet wśród „wrogów” można spotkać dobrych ludzi.

28 stycznia 2015

Badanie granic człowieczeństwa. Zagłodzeni /Starve - Griff Furst /2014

Prawda jest taka, że jak człowiek jest głodny, to wsunie co popadnie. A ja dawno niczego nie oglądałam. Dlatego w moim odczuciu ten film to strawny średniak (ale niskiej klasy średniak), który nie angażuje zbyt wielu zwojów.

Był sobie chłopak (Beck – Bobby Campo), który miał zabawnego  brata (Jiminey – Dave Davis) i drętwą dziewczynę (Candice – Mariah Bonner). Nade wszystko nasz bohater pragnął napisać nowy komiks. Artysta wiadomo, poszukuje inspiracji, a że najlepszym jej źródłem często okazuje się, nie taka znowu szara, rzeczywistość, zabiera najbliższych na wycieczkę. Nasza trójka dociera do wymarłego miasteczka na Florydzie, gdzie ma zweryfikować prawdziwość informacji o „dzikich dzieciach ludożercach”. Czy naprawdę trzeba pisać więcej? Oczywiście opuszczone miasteczko istnieje, bohaterowie ignorują wszelkie ostrzeżenia i ładują się prosto w ręce psychopaty. Nie mając zbytnio wyboru podejmują grę, której reguły wyznacza ów sadysta, a stawką jest oczywiście ich życie. Akcja większości filmu rozgrywa się w opuszczonej szkole, w której - o ironio - nasi bohaterowie dostają lekcję życia.

21 stycznia 2015

Światło, które rozprasza mrok. O mocy baśni /Dzielny Despero – Kate DiCamillo/

Baśnie opowiada się językiem tajemnym. Dlatego najwięcej dowiadujemy się z tego, co ukryte pod powierzchnią tekstu. Słowa niczym Enigma zazdrośnie strzegą podskórnych znaczeń. Odszyfrować je można tylko wówczas, gdy jest się na to gotowym, gdy dojrzało się do odkrycia pewnych prawd. Pierwszy raz czytałam Dzielnego Despero około pięciu lat temu i nie dostrzegłam wtedy nawet połowy tego, co zobaczyłam dziś. Z baśni się widać nie wyrasta, tylko dorasta do nich – i to wciąż na nowo.

Imię Despero – upamiętnia beznadzieję i desperację, które odczuwali mysi rodzice, gdy z całego miotu przeżyła tylko jedna myszka. I to jeszcze jaka: patrząca od razu na świat OTWARTYMI oczami, ze zdecydowanie za dużymi uszami. Jednym słowem dziwoląg, który jakby tego jeszcze było mało, że jest dziwolągiem: nie urósł za bardzo i w ogóle nie interesuje się mysim sposobem życia. Zamiast tego: czyta, słucha muzyki, rozmawia z ludźmi i zakochuje się w księżniczce – ludzkiej. Stanowi więc zagrożenie dla zamkowego, mysiego społeczeństwa. Należy go usunąć, skazać na śmierć, wrzucić do lochu na pożarcie szczurom. Despero zdradzony przez najbliższych nie ginie jednak, ratuje go światło - światło opowieści, którą snuje w ciemnościach. To jednak dopiero początek jego przygody, w imię swojej miłości będzie musiał jeszcze odbyć jedną wyprawę w głąb labiryntu. Tym razem uda się tam jednak dobrowolnie, by ratować ukochaną Pi z rąk szczura o złamanym sercu – Rocura – i biednej, naiwnej służącej Miggery, która chce zostać księżniczką.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...