26 lutego 2014
Refleksja po Gaimanie
Myślimy, że jesteśmy zdrowi, dopóki coś nie naruszy naszej
skorupy, pokazując jej słabe punkty, wywołując kolejne pęknięcia. Ja byłam,
dopóki nie odświeżyłam sobie Gaimana. Wpędził mnie w chorobę – duszy. A raczej
pokazał w pełnej krasie tę istniejącą. Naruszył pewne struny, odsłaniając niezabliźnione
rany. Wściekłość codziennego dnia pożera ją czyniąc strzępkiem siebie. Zwykłą
szmatą: cienką, brudną i pełną żalu. Zmył pozory, przez które spoglądałam na
rzeczywistość. Wystarczyło jego kilka słów, bym się zastanowiła, gdzie zaczyna
się tak naprawdę umieranie, w ciele czy w duszy? Odpowiedź jest prosta. A Wy
już ją znacie?
25 lutego 2014
Klika kart z pamiętnika /Ocean na końcu drogi – Neil Gaiman/
Wspomnienia śpią w nas cały czas. Nie pamiętamy, że
pamiętamy, dopóki nie dotkniemy miejsca, z którego wyrosły.
Od pierwszych stron autor odsyła nas daleko, bardzo daleko:
w podróż sentymentalną do smaku zielonego groszku prosto z pola i mleka prosto
od krowy. W dzieciństwie każde wakacje spędzałam u pradziadka na wsi. Opisywane
przez pisarza zapachy, smaki, kolory ożyły w mojej głowie, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki. Z czasem ludzie, których znałam odeszli i przez
długi czas mnie „tam” nie było, nawet w wyobraźni, czego się wstydzę.
Zapomniałam. Rok temu – los tak chciał – odwiedziłam stary czas w innym już
jednak miejscu…odległości stały się krótsze, ścieżki mniej tajemnicze i tak
przeraźliwie wydeptane. Jednak wcale nie zapomniałam, bo podczas spacerów
trafiałam do każdego, kolejnego celu. Jakby po przybyciu na miejsce -
uruchomiła się wdrukowana we mnie mapa…I taka jest istota wspomnień: ich
szczegóły, ulotność, gdzieś tam w nas zostają, wolę jednak myśleć, że w sercu,
nie w hipokampie…
23 lutego 2014
Macka ze świętej figurki Ci obciągnie, a szczur wgryzie się w d***, czyli o budzeniu zastrzeżenia natury moralnej i społecznej, z przymrużeniem oka
Cichowlas z Kryczem skutecznie
zniechęcili mnie do polskich horrorów na długi czas. Ostatnio zaczęłam tę wiarę
odzyskiwać, dlatego lękiem napawała mnie świadomość istnienia Pradawnego zła (Cichowlas&Radecki).
Nie twierdzę, że nie byłam ciekawa, ale wcześniejsze doświadczenia odżywały we
mnie, gdy tylko wzrok zaczepił gdzieś o okładkę. Znaki, to jednak znaki - są od
tego, by za nimi podążać. Fakt, że wygrałam książkę na Szufladzie nie pozostał
bez znaczenia. Skusiłam się, zasiadłam z przekąskami (ignorując z premedytacją
ostrzeżenia, że przy tej lekturze lepiej niczego nie spożywać) i…znaki się nie
mylą. Dziękuję, więc za tę publikację, zmyła wcześniejsze negatywne
skojarzenia.
Sex to nie wszystko
Miłość niejedno ma imię - te wynaturzone też - więc zostajemy wrzuceni do kotła z gore - morałem. Jak przystało na dzieło klasy B, morał nie jest zbyt głęboki. W sam raz na artykuł w tandetnym szmatławcu. Ale za to jaka kara dla duszy! - wieczna, cielesna i złośliwa. Te opowiadanie rozkręca się najwolniej. Nawet bałam się już, że to zaserwowano nam tutaj tylko obyczajówkę: o ludziach sukcesu - z jednej strony wyzwolonych seksualnie, z drugiej uwięzionych w obsesjach i paranojach. Jednak nie zawiodłam się - mocny koniec przedstawił mi się jako kolorowy rzyg na powieści typu Nimfomanka, zwłaszcza w kontekście podpisanego spermą cyrografu. Mamy więc demona – podstępnego, wrednego, który na swój pokręcony sposób wymierza sprawiedliwość. Można mu wybaczyć, bo jest zakochany. Co jest nie tak? Wiktoria boi się klaunów, ale chyba nie do końca - jej ogromny seksualny apetyt przezwycięża wszelkie uprzedzenia. Poza tym klauny? Można było się szarpnąć na coś oryginalniejszego i bardziej groteskowego. Pomysły mam bardzo niecenzuralne, więc się powstrzymam.
Ostrzeżenia w horrorach są po to by zawsze postępować wbrew nim, czego dowodów po raz kolejny dostarczyli ich bohaterowie. A pierwotne lęki, których zmaterializowanie wróży koniec spokojnego życia, a raczej wieczne męki w piekle, to wcale nie aż taka literacka fikcja. Jest obscenicznie, jest obrzydliwie, ale czy tylko na kartach książki? Nie dajmy się zwieść pozorom, bo cóż broni wylać się na rzeczywistość brutalnym wyobrażeniom? Ale ja to – jak zwykła mawiać jedna z bohaterek – „pojebana jestem”, więc myśli mi chodzą własnymi drogami.
Pradawne zło widziane z drugiej strony lustra: recenzja.
W środku znalazłam: barwne
oblicza grozy, tej obrzydliwej, ordynarnie zapaskudzonej fekaliami, jak i tej
subtelniejszej niewiadomej. Nowelki nie są sztucznie rozdmuchane, rozdęte. Nie
obrzygują czytelnika zbędnymi szczegółami, oblepiając go bełtem nudy. To proste
historie oparte na klasycznych wzorcach, doprawione groteską rodem ze starych
horrorów. Konwencja na starocia klasy B, przypadła mi do gustu. Spędziłam kilka
miłych godzin nad książką, która została stworzona by zapewnić mi rozrywkę. No
i co by nie mówić spełnić ważniejszą funkcję: zdjąć zły urok z moich wyobrażeń
o Cichowlasie i polskim horrorze. Żabcia okazała się księciem a pocałunek no
cóż…nie chcę tu nikogo obrzydzać opowiadając, gdzie to ja ją musiałam cmokać, ale wszyscy
wiemy, że spora część treści kręci się wokół krocza…- więc się domyślcie.
Na lekturę składają się trzy,
mniej więcej tej samej długości, opowiadania. Im mniej w zbiorach jest
zamieszczonych opowiadań, tym widać lepiej. Te w przeciwieństwie do wielu
tekstów z różnych antologii mają jakiś spajający je element: demony. Szkoda, ze
żaden nie zagościł na okładce. O ile w przypadku innych zbiorów psioczę, że
chyba ktoś sabotuje ich wydanie, umieszczając na początku słabe opowiadanie, o
tyle tutaj pierwsze – mimo, iż najsłabsze z trzech – słabe wcale nie jest (przynajmniej w takim wymiarze by narzekać). Traktuję je jako przystawkę, pobudzającą
apetyt na danie główne: opowiadanie numer dwa. Samo przez się, się rozumie, że
trzecie to deser – daje rozkosz, jaka by ona nie była.
Pierwsze opowiadanie powaliło
mnie już na pierwszej stronie. A czym? - ulicą Wspólną w Warszawie, gdzie ma "przyjemność" rozgrywać się akcja. Czy to tylko niezamierzona zbieżność nazw? Nie sądzę. To właśnie tam żyje
pradawne zło, emitowane zawzięcie przez TVN i gromadzące wciąż nowych wyznawców, .
Potem jest już mniej strasznie - cóż jest bowiem straszniejszego od polskich seriali obyczajowych? Oferuje się nam jednak: nawiedzone figurki, duchy, demony, flaki i
białe robale wgryzające się w co i gdzie popadnie. Napięcie podskakuje w drobnych
dawkach (a to mgła, a to deszcz), a klimat pustego kościoła, szpitala i
tajemniczych księży robi resztę. Nie mogłam nie zwrócić jeszcze uwagi na
księdza o imieniu Nataniel – przykro mi ale Internet już mi wyprał mózg pod tym
kątem i nie mogę nie skojarzyć. Co nie tak? Przerażony Damian jest za mało
przerażony…jednak w ostatnich scenach godnie nadrabia to Maciej, świadek
heroicznej walki między TVN a Trwam. No cóż koszmary lubią się urzeczywistniać,
zwłaszcza w około Lovercraftowych klimatach. Oprócz tego jest też trochę o
arogancji kleru, która wywołuje apokalipsę – Polsko masz, więc upragnione zasługi w
dziejach świata! Amen, a raczej: IIIAAA!IIIAAA!YOOOOG!SOOOTHOOOTH!!!
Macki i niebo, niebo i macki – skojarzyłam
z opowiadaniem „Krwawiący cień” (Joe R. Lansdale), tylko, że tam owe
macki nie obciągały – a mówiąc uczciwie w ogóle nie były aktywne seksualnie.
To najlepsza z trzech historii. Nigdy
nie bałam się szczurów... chyba pora zacząć. Skoro to takie inteligentne
istoty, to najwyższa pora docenić potencjalnego wroga. Wielogłosowa narracja,
przepleciona została opisami różnych stylów życia (od wegetacji z dnia na dzień po „hulajdupkapiekłaniema"), które wiodą bohaterowie. W ten sposób autorzy zbudowali leniwą atmosferę, która ma przytępić naszą czujność. Miejscem makabrycznej akcji jest zamieszkała
przez bezbronnych staruszków kamienica, w której pojawiają się: hordy
krwiożerczych szczurów, sporo flaków, szczurołap-psychopata i demon. Co do
szczegółów: standardowy atak szczurów „od tyłu”, gdy siedzi się na klopie jakoś
mnie nie wzruszył, masakry kotów jednak nie daruję :P
Nie mogę się opanować, muszę przytoczyć
wyniki pewnego eksperymentu: szczury morskie tracąc nadzieję toną po 15 minutach,
gdy jej nie tracą, są w stanie machać łapkami nieustannie i płynąć przez 80 godzin! To tak a propos inteligencji istot, także tej emocjonalnej, które potrafią, tak
jak człowiek zdecydować się na samobójstwo. A skoro największym i
najbrutalniejszym drapieżnikiem na ziemi jest człowiek, podobieństwa powinny
nas zaniepokoić - mamy konkurencję. Zauważmy jednak, że w świecie zwierząt (wbrew informacji
znajdującej się w noweli) są jeszcze inne gatunki gotowe na taki krok, np.
wspomniane wyżej koty (mniej spektakularne, ale zawsze). One jednak nie mają
tendencji do łączenia się w stada i podejmowania wspólnych działań. Więc aż tak się ich nie boimy.
Tekst skojarzył mi się z pewną
ambitną produkcją, którą oglądałam kiedyś na magicznym kanale PULS, o ataku
zmutowanych szczurów. Zresztą nie tylko tę jedną. Temat jest już nieźle
wyeksploatowany, co tylko podkreśla zakorzenione w wyobrażeniach ludzi wizje, w
których szczury pełnią role niszczycieli światów. Zagłada nadchodzi z piwnicy,
słyszycie jak drapie w ścianach?
Sex to nie wszystko
Miłość niejedno ma imię - te wynaturzone też - więc zostajemy wrzuceni do kotła z gore - morałem. Jak przystało na dzieło klasy B, morał nie jest zbyt głęboki. W sam raz na artykuł w tandetnym szmatławcu. Ale za to jaka kara dla duszy! - wieczna, cielesna i złośliwa. Te opowiadanie rozkręca się najwolniej. Nawet bałam się już, że to zaserwowano nam tutaj tylko obyczajówkę: o ludziach sukcesu - z jednej strony wyzwolonych seksualnie, z drugiej uwięzionych w obsesjach i paranojach. Jednak nie zawiodłam się - mocny koniec przedstawił mi się jako kolorowy rzyg na powieści typu Nimfomanka, zwłaszcza w kontekście podpisanego spermą cyrografu. Mamy więc demona – podstępnego, wrednego, który na swój pokręcony sposób wymierza sprawiedliwość. Można mu wybaczyć, bo jest zakochany. Co jest nie tak? Wiktoria boi się klaunów, ale chyba nie do końca - jej ogromny seksualny apetyt przezwycięża wszelkie uprzedzenia. Poza tym klauny? Można było się szarpnąć na coś oryginalniejszego i bardziej groteskowego. Pomysły mam bardzo niecenzuralne, więc się powstrzymam.
P.S.Wycieczki ku temu, co zalega na
półkach księgarń, to bicie się w pierś autorów czy może przyznanie się do
konszachtów z demonami? To drugie byłoby intrygujące ponad miarę.
Ostrzeżenia w horrorach są po to by zawsze postępować wbrew nim, czego dowodów po raz kolejny dostarczyli ich bohaterowie. A pierwotne lęki, których zmaterializowanie wróży koniec spokojnego życia, a raczej wieczne męki w piekle, to wcale nie aż taka literacka fikcja. Jest obscenicznie, jest obrzydliwie, ale czy tylko na kartach książki? Nie dajmy się zwieść pozorom, bo cóż broni wylać się na rzeczywistość brutalnym wyobrażeniom? Ale ja to – jak zwykła mawiać jedna z bohaterek – „pojebana jestem”, więc myśli mi chodzą własnymi drogami.
Pradawne zło jest pełne pasji, mocy i
energii. Dlatego efekt zamierzony przez autorów został osiągnięty. Mam wrażenie, że pisarze sami świetnie się bawili tworząc. Momentami
można się domyśleć, który napisał jaką część tekstu, ale to raczej bez
znaczenia. Czy jest strasznie? Raczej nie dla dorosłego horrorowego wyjadacza.
Ten będzie pochłaniał kolejne strony z sentymentem. Kilka literówek nie psuje
efektu, a okładka wspaniale oddaje towarzyszącą lekturze aurę fascynującego
kiczu.
Autor: Robert Cichowlas, Łukasz Radecki
Tytuł: Pradawne zło
Wydanie: I
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2013
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2013
Okładka: miękkie
Ilość stron: 279
Cena: 29,90 zł
22 lutego 2014
Wilki, truskawkowy dżem i świnka /Wilki w ścianach - Neil Gaiman/
Kiedyś nie było dla nas większej różnicy czy mamy do
czynienia z jawą, czy snem. Kiedyś rozbudzona wyobraźnia wyznaczała ścieżki
myślom, które rozumiała tylko ulubiona zabawka. Neil Gaiman wypełnił je tajemnicą i
strachem, zagęszczając ich aurę od słowa do słowa. Podczas lektury oniryczny świat porywa naszą
fantazję i…
21 lutego 2014
Być sobą i być szczęśliwym na tle nordyckiej mitologii /Odd i Lodowi Olbrzymi – Neil Gaiman/

Witamy w kraju, w którym wszystko robi się z drewna. To kraj
wikingów - Midgard, Norwegia – kraj, w którym kobiety cerują a mężczyźni
wojują, pierdzą, biją się i piją. W tym surowym klimacie na świat przychodzi
chłopiec, którego los nie będzie oszczędzał: straci ojca, okuleje i zyska
okrutnego ojczyma. Odd – bo takie jest jego imię, nie jest rozumiany przez
swoją społeczność, a to równa się odrzuceniu. Jak bowiem może ciągle się
uśmiechać, skoro los wciąż płata mu figle i obrzuca nieszczęściem? Gdy dom, w którym
się wychował, przestaje być jego domem, a wiosna nie chce nadejść, chłopiec
odchodzi by zamieszkać w lesie. Tutaj spotyka orła, lisa i niedźwiedzia. Jego
nowi towarzysze okazują się jednak nie być zwykłymi zwierzętami, a wszystko to
wina – jak zwykle – Lokiego.
19 lutego 2014
Szare niebo w piekle życia /Pępowina - Majgull Axelsson/ DKK
Gdy się starzejemy, zamieniamy się we własnych rodziców;
wystarczy pożyć dość długo, by ujrzeć twarze powtarzające się w czasie.
/Neil Gaiman/
To moja pierwsza przygoda z Majgull Axelsson. Nie jest to
typ literatury, po który sięgam dobrowolnie. Dlatego cieszy mnie, że dzięki
uczestnictwu w DKK biorę do rąk, takie właśnie lektury i poszerzam horyzonty.
Wszystko ma wiele odcieni…czasem się o tym zapomina. Tym bardziej byłam ciekawa,
czym ta szwedzka pisarka mnie zaskoczy.
Ta książka jest niebezpieczna. Bardzo niebezpieczna. Możemy,
bowiem zobaczyć w niej siebie nagich i bezbronnych. By były ku temu powody nie
trzeba wcale mieć nieszczęśliwego dzieciństwa. Obdarzenie miłością może tak
samo ranić, jak jej permanentny brak. Kochając popełnia się błędy – nie można
inaczej. Nosimy, więc w sobie kalki własnych rodziców, bez względu na to, czy
chcemy ich naśladować, czy wręcz przeciwnie. Autorka uświadamia nam to, jak
głęboko w naszych rodziców wniknęli nasi dziadkowie, jak głęboko nasi rodzice
wbili w nas swoje „szpony” i co sami prawdopodobnie zrobimy swoim dzieciom. Ta
dawno przecięta (tylko fizycznie) pępowina, związuje nas na całe życie – w
sposobie myślenia, mówienia, działania. To jak sobie z tym radzimy, zależy od
nas i naszej wewnętrznej siły, chęci podjęcia walki o swoje życie. Nie łudźmy
się jednak: nie wyrwiemy tego kolca, możemy tylko nauczyć się z nim żyć.
15 lutego 2014
Cialdini w komiksie / Zasady wywierania wpływu na ludzi/
Idea bardzo mi się spodobała: przedstawić naukową wiedzę
w atrakcyjnej i skróconej formie, tak by łatwo trafiła do odbiorcy. Głównie
tego opornego, który po książki sięga z niechęcią. Pomysł super, ale wykonanie niestety już nie.
Teorię Roberta B. Cialdiniego znam, dlatego łatwo było mi
przebrnąć przez kolejne plansze. Na szczęście Cialdini nie był zwolennikiem
stosowania niezrozumiałego naukowego żargonu i adaptacja dzięki temu jest dość
jasna, nawet dla tych, którzy oryginału nie znają.
13 lutego 2014
O sztuce asertywności - podręcznik praktyczny /Stanowczo, łagodnie, bez lęku - M. Król-Fijewska/

Asertywność ma wiele różnych odcieni: to sztuka przyjmowania krytyki, oceny, wyrażania własnych opinii i taktownego reagowania w sytuacjach konfliktowych/trudnych, złoszczenie się (tak, wolno nam!) w taki sposób by nie krzywdzić innych. Najważniejszym przejawem asertywności - od czego należy zacząć swoją pracę – jest takie prowadzenie monologu wewnętrznego, by nie krzywdzić samego siebie. Dla mnie to wyzwanie – wewnętrzny zrzędliwiec pracuje bowiem na pełnych obrotach.
Trening asertywności w kontekście psychologii nie zawsze
uważany jest za sensowny. Nasz styl życia zależy od wielu czynników:
osobowości, kompleksów, wartości, jakie wyznajemy i głosimy. Cóż z tego, że będziemy
wiedzieć, co mówić, skoro i tak każde wypowiedziane asertywnie słowo, każdą
swoją asertywną postawę będziemy przeżywać tygodniami, walcząc z wyrzutami
sumienia lub lękiem przed odtrąceniem? Wielu osobom trudno zaakceptować fakt,
że to ktoś nieprzyjmujący, np. odmowy, stoi po „złej stronie mocy” J.
Poza tym, po co nam w naszym otoczeniu ludzie, przy których nie możemy być
autentyczni? Na wszystko jednak trzeba czasu. Nie ma tajemniczego guzika w
głowie, ani czarodziejskiej różdżki, ani magika-trenera, który zrobi z nas
mistrzów pstryknięciem palców. Im głębiej musimy przepracować zmiany, tym
później zakorzenią się w naszym życiu nowe nawyki. Działając w zgodzie z
własnym, wewnętrznym rytmem osiągniemy jednak cel. Pamiętajmy także, że: na
asertywność NIGDY nie jest ZA PÓŹNO.
Maria Król- Fijewska napisała książkę zgrabną, konkretną
i przejrzystą. Znajdujemy w niej multum życiowych przykładów – pozostaje je tylko przyswoić i zacząć stosować w praktyce. Na końcu książki
odnajdujemy test, dzięki któremu przeanalizujemy swoją mapę
asertywności. Nikt z nas nie jest asertywny na 100% w każdej sytuacji (przy
każdej osobie). Dzięki mapie, możemy określić gdzie znajdują się nasze słabe
punkty i zacząć nad nimi pracować.
Pogodna okładka nastraja bardzo optymistycznie - wierzymy w sukces. Po lekturze czułam jednak mały niedosyt. Ujęcia definicyjne nie
są najważniejsze, ale je lubię. Zabrakło mi, więc
teorii o tym: skąd i dlaczego i w jaką stronę. Praktyczność na
szczęście wynagrodziła mi tę bolączkę, a o teorii poczytałam sobie, gdzie
indziej.
Czytliwość:6/6
Wydanie: 5/6
Okładka: 5/6
Ogólnie: 5,5/6
Wydanie: 5/6
Okładka: 5/6
Ogólnie: 5,5/6
Autor: Maria Król-Fijewska
Tytuł: Stanowczo, łagodnie, bez lęku
Wydawnictwo: W.A.B
Wydanie: III
Rok wydania: 2012
Oprawa: miękka
Ilość stron: 139
Cena: 19,90 zł
Wydawnictwo: W.A.B
Wydanie: III
Rok wydania: 2012
Oprawa: miękka
Ilość stron: 139
Cena: 19,90 zł
Fragment:
Osoba, która ma kłopoty z wyrażaniem i obroną siebie oraz
z realizacją swoich potrzeb, żyje w świecie dramatycznych epizodów. Jest to
świat, w którym ludzie nie pozwalają nam, zmuszają, oskarżają nas, lekceważą,
pomiatają, krzywdzą, my zaś musimy, powinniśmy, nie jesteśmy w stanie, nie mamy
prawa, nie damy rady, nigdy sobie na to nie pozwolimy.
Jest to świat oskarżycieli i oskarżonych. Świat nasycony obawami. Świat człowieka asertywnego wygląda zupełnie inaczej. Jest w nim zdecydowanie mniej lęku.
Jest to świat oskarżycieli i oskarżonych. Świat nasycony obawami. Świat człowieka asertywnego wygląda zupełnie inaczej. Jest w nim zdecydowanie mniej lęku.
11 lutego 2014
Nie ma żadnych granic! Witamy bizarro nad Wisłą /Z bizarro za pan brat - Karol Mitka/

Pisarz o intrygującym pseudonimie Fasoletti, to jeden z piewców
bizarro w naszym polskim grajdołku. Z czym kojarzy się ten nowy na naszej ziemi
– przesiąkniętej konserwatywną ponoć krwią – gatunek? Z nadmiarem wszystkiego,
absurdem, niedorzecznością, przewrotowością, surrealizmem, obleśnością, parodią,
podłością, wulgarnością…wymieniać dalej? W każdym razie to gatunek, dla którego
nie istnieją tematy nietykalne - zdepta każdą świętość. W odbiorze większości -
to takie popapraństwo (świadczące o krzywiźnie psychicznej tych, którzy po nie sięgają) z
natury wymykające się definicjom. Jak można zdefiniować bowiem coś, co
definicje obala? Wpadniemy w pewien paradoks, jak wtedy, gdy zapragniemy
wolności absolutnej, czyli wolności od samej wolności również… Ale do rzeczy.
Ze wstępu Marka Grzywacza dowiadujemy się, że pisarz lubi taplać
się w naszym popkulturowym szambie, ma niepokorny humor i lekkie pióro. Pod tym
się podpisuję. Teksty czyta się z ogromną przyjemnością, a Karol Mitka jest
wyraźnie „sprawny” językowo. Zbiory bywają nierówne, ten również. Zdarzają się
historie słabsze, przewidywalne lub napisane dla samego pisania – bo w sumie
kto tego zabroni? Większość jest jednak utrzymana na dosyć wysokim poziomie. Autor
wyobraźnię ma ogromną, aż strach pomyśleć, jakimi ścieżkami wędrują jego myśli
i dokąd owe ścieżki mogą prowadzić…
Nie polecam jednak zbioru do czytania na raz. Po pewnym
czasie zalew nadmiaru syci, ostrze absurdu tępieje i lektura zaczyna nużyć.
Lepiej odłożyć czytanie na następny dzień i podejść do niego na świeżo.
Niektórzy zarzucają tekstom seksualizację, wulgarność, brutalizację, upodlenie
i profanację – ale przecież taka jest ogólna koncepcja! Można by się tego
czepiać w komedii romantycznej, ale nie w zbiorze bizarro.
Już przeżyje, że to e-book, już przeżyje, że błąd
ortograficzny we wstępie, ale brak stron to dla mnie horror gorszy od chujo-,
dupo- czy wszystko tam „-kalipsy”! Okładka wykopaliskowa (jak podają „niedobreliterki”) symbolizuje wygrzebanie z czeluści internetu wszelakich dzieł autora –
niech będzie taka interpretacja, nie będę dyskutowała.
Po lekturze musiałam się zastanowić: czy teksty rzeczywiście
łamią jakieś tabu? Atakują wartości, tak by bolało? Chyba jestem mało wrażliwa,
bądź zbytnio otwarta na szeroko pojętą sztukę i ze związaną z nią interpretację
rzeczywistości. Nie czuję się obrażona ani dotknięta. Momentami raczej czułam,
że powinnam być zażenowana tym, że coś mnie śmieszy. W tych paranojach
literackich dostrzegam swoje odbicie. Pora dokonać autoanalizy…toć bizarro jest
przecież krzywym zwierciadłem…
Spis treści:
1.Wenia
Podczas lektury do moich uszu dotarły dalekie echa mitologii
starożytnej, dokładniej mitu o Pigmalionie. Głównym bohaterem opowiadania jest
Roślinofil (Florofil?), który w końcu trafia do swojego Edenu.
2. Kochałem ją, a ona mnie
Nekrofilia dla żywych, anoreksja i w sumie całkiem edukacyjne.
3. Niech klapa pozostanie zamknięta, a ręka w bezruchu
Tytuł zdradza już wiele, ale i tak uśmiałam się do łez.
Jeśli chodzi o polskie sądownictwo – o zgrozo – całkiem realne. Ku przestrodze:
panowie nie marnujcie nasienia!
4. Reset
Przemielona i wyrzygana na milion sposobów przez media „tragedia
smoleńska” kropką nad „i”. No to jednak mamy tę upragnioną rolę w dziejach
świata.
5. Buty
Taka bajka z morałem i bez happy endu dla niegrzecznych
dzieci.
6.Dupokalipsa
Pierwszy akapit pobudza wyobraźnię i wywołuje atak śmiechu –
okołoanalna historia godna południowokoreańskich motywów o pierdzących
mocarzach. Następnie wraz z bohaterami znosimy trudy życia w postapokaliptyczym
świecie pełnym potworów.
7.Ciąża
Niby gra słów, ale łapiemy przytyk o pewnej Fly.
8.Spermator
Nutka superbohaterstwa w nietypowym wydaniu, przyprószona
feminizmem i chłopięcymi marzeniami.

9.Vaginal Horror Show
Karzeł dupomówca i jego mikrofon…oplułam ekran. Niepoprawne
nie tylko politycznie: o trupie cyrkowej z Czarnobyla. I wszystko jasne.
10. Shit meat
Ma klimat – nie przesadzajcie z kiełbasą, bo wam wyjdzie
bokiem.
11. Analni ciemiężcy z Syriusza
Nie ważne jak odległej przyszłości dotrwa ludzkość –
biednemu zawsze wiatr w oczy, albo w d***. W obliczu niebezpieczeństwa główny
bohater Pierdoń (tak, okołoanalne tematy na czele) stanie jednak na wysokości
zadania.
12. Skrzydła, czyli krótka bajka ku przestrodze
Wydźwięk religijny, wśród bełtów i pijaństwa.
13. Ropa
Ropa to drogocenny surowiec i niektórych nic nie powstrzyma
przed jego pozyskaniem. Mitkowy Matrix.
14. Jaki tatuś…
Taki żarcik…
15. Wskrzeszenie
Niejeden ksiądz spadłby z ambony, jednak zawarta tutaj
puenta jest perfidnie prawdziwa: człowiek nie może się równać z Bogiem i
kropka. Zwłaszcza, gdy ten postanowi spłatać mu świątecznego psikusa.
16. John Horseshaker – od zera do bohatera

17. Brud
Syf, który tworzymy kiedyś nas zeżre – i to nie tylko
metaforycznie. I dobrze nam tak, zgadzam się.
18. Już na zawsze będziesz moim niewolnikiem
Zemsta na nazistowskich potomkach rozsmakowuje się w
szczegółach.
19. Horrorshow
Shlasher domkowo-nadjeziorny. Ale jak psychol jest
niezniszczalny, to jest niezniszczalny.
20. Chujokalipsa
Całkiem przyzwoite, romantyczne wręcz, ujęcie końca świata
przez pryzmat kosmicznego stosunku.
21. Kaziuk Kapuściany Łeb i wścieklizna pochwy
„Klasyczna” baśń o trzech braciach, z których ten
najmłodszy, najgłupszy odnosi sukces i wychodzi cało z próby. Ale happy endu
nie ma.
22. Lala mi do
Nie ważne, z czego jest zrobiona kobieta, należą jej się
kwiaty i bombonierki, bo inaczej źle się to kończy dla jej faceta.
23. Mogłeś być moim ojcem
Kolejne o marnowaniu nasienia i jego konsekwencjach.
24. Narodziny
Narodziny nowego roku w stylu bizarro. 2013 nie był jednak
aż tak pechowy, jak autor zakładał.
25. Straszna opowieść o tym, jak Paul swoją przeszłość
ratował
Naprawdę straszna opowieść. Zwłaszcza, gdy odkrywamy, że
oparta na tym samym paradoksie, co „Wehikuł czasu” i działania bohatera nie
miały szans powodzenia. Aż nam go żal.
O tym, że miłość niejedno ma imię…
27. Pojebańcy
Młodzież Wszechpolska w krzywym zwierciadle.
28. Wściek
Tytułowy wściek, to wściek macicy, który nawiedza biedne
zakonnice. Te najbardziej cnotliwe oczywiście. Demona można wypędzić tylko w
jeden sposób. Pewne sceny rodem z „Dominium” Little’a.
29. Inwazja brzeszczotorękich wyjadaczy płodów
Efekty wycieku reaktora jak zwykle brutalne i opłakane.
30. Palec mojego ojca
Ja bym tu podstawiła „palec księdza”, byłoby bardziej na
czasie.
Okładka: 3/6
Wydanie 3/6
Czytliwość 5/6
Ogólnie 5/6
Wydanie 3/6
Czytliwość 5/6
Ogólnie 5/6
Autor: Karol Mitka
Tytuł: Z bizarro za pan brat
Wydawnictwo:wydaje.pl
Wydanie: I
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 102
Oprawa: e-book
Cena: 00,00 książka do darmowego pobrania
09 lutego 2014
Baśnie ponure /Szklana Góra - Marcin Podlewski/
Możesz
je przeczytać, jeśli chcesz. Nie jest ich w końcu zbyt wiele. Nie czytaj ich wszakże szybko.
Te baśnie czyta się powoli. Niektóre szybko zapomnisz. Niektórych nie zapomnisz
nigdy. Jedna z nich jest specjalnie dla Ciebie.
Inspekcja z Zombiefili Marcina
Podlewskiego jest jednym z najlepszych opowiadań, jakie miałam okazję czytać.
Bez obaw więc sięgnęłam po jego Szklaną Górę – zbiór dwunastu ponurych
baśni.
W tej krótkiej książce, autor
zanurza nas w światach bez happy endów, w światach nasiąkniętych smutkiem i
rezygnacją. Czytając, podskórnie czujemy, że nadchodzi nieuniknione, towarzyszy
nam niepokój. Sieć misternie połączonych obrazów, tworzy bogaty zbiór
przetrąceń, zdziwień i groteskowej złożoności. Klimat majestatycznej grozy,
doprawionej czarnym humorem, przeszywa lasy, chatki, zamki, jaskinie…wraz z
zapachem wanilii – raz intensywnym, raz bardzo odległym - i gorzkim smakiem melancholii.
Kolejne teksty zdają się mieć pewien rytm, nadany im miarową pracą
mechanicznego serca. Podlewski wiedział, co pisze, każąc nam czytać powoli.
Dzięki temu możemy wychwycić tę powtarzającą się melodię. Autor zapewnił nam,
więc „kąpiel” zmysłów, wciągając w tajemnicze zakamarki swojej wyobraźni.
Świat przedstawiony dopełniają
naprawdę ciekawe pomysły: postacie nie grają swoich ról, czyli takich jakie wyznaczył im
baśniowy świat, lecz przewrotnie okazują się kimś zupełnie innym. Niby jest
schemat, niby można by bohaterów dopasować do szablonu, a jednak - nie da się. Niektóre opowiadania
(specjalnie nie piszę, że baśnie) Podlewskiego sprawiają wrażenie
niedokończonych, niedopracowanych, albo zmierzających zupełnie nie tam, gdzie
powinny. Czasami zakończenie musiałam sobie dopowiedzieć sama, dointerpretować
wątki – w klasycznych baśniach tak nie bywa. W formie są jak widać
niedociągnięcia, co nie ujmuje treściom w niej zawartym magicznego uroku.
Ponure baśnie i nie-baśnie przenoszą
nas w czas, gdy nie było rzeczy niemożliwych, albo niezdobytych miejsc. Po lekturze, z
przyjemnością przejrzałam kilka zbiorów baśni, które zajmują należne im miejsca
na moich półkach. A jednak e-booki inspirują. Gdyby ktoś zapytał, po co powstała ta książka – odpowiedziałabym: po to by przypomnieć mi o historiach, które czytała mi babcia i towarzyszące im uczucia. Tutaj zasadza się ponurość i nieuniknioność tego, co przekazują teksty Podlewskiego:
świata, gdy stanie, nie da się nakręcić na nowo. Babcia też opowiadała i czytała mi
prawdziwe baśnie - w których postacie żyły, bo umierały – a nie ich
ugrzecznione wersje spod różowej pierzynki. Prawdziwe baśnie to świat szorstkich i nostalgicznych prawd.
Na brak wrażliwej wyobraźni
Podlewski nie może narzekać. Ma talent do budowania posępnego nastroju, nie
przerysowuje go popadając w karykaturę – a to już sztuka. Narrator -
gawędziarz, wprowadza nas w każdą historię, tworząc wrażenie ustnego,
bezpośredniego przekazu. Historie spisane są językiem prostym, pełnym powtórzeń
(rytmiczność), jak typowe baśnie. Czasami jednak wkradają się do tekstów słowa, które nie
pasują do opisywanego świata, ponieważ są zbyt nowoczesne. Mam też problem z okładką: jest mało baśniowa, mało magiczna. Może zamiast mechanicznego - szklane serce?
Jest
magicznie, ponuro. Są wiecznie głodne dziewczynki, postapokaliptyczne machiny,
wilki, drzewa, magiczne księgi, żelazne szczęki, czarownice, wynalazcy, księżniczki i dużo szkła. Nie potrzeba
wielu zmian. Wystarczy drobna korekta m.in. porozjeżdżanych tekstów i z przyjemnością poczekam na wersję papierową!
Okładka: 3/6
Wydanie 3/6
Czytliwość5/6
Ogólnie 5/6
Wydanie 3/6
Czytliwość5/6
Ogólnie 5/6
Autor: Marcin Podlewski
Tytuł: Szklana Góra
Wydawnictwo: wydaje.pl
Wydanie: I
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 60
Oprawa: e-book
Cena: 00,00 książka do darmowego
pobrania
Strachy na lachy - Szklana góra
P.S. W pierwszym numerze Horror Masakry również znajdujemy opowiadanie Marcina Podlewskiego ("Jak w domu").
06 lutego 2014
My Słowianie – krew nie woda! /Potomkowie pierwszej czarownicy – Zuzanna Gajewska/
Nie dziwię się, że Jury
doceniły ten tajemniczy rękopis, który śnił w szufladzie cierpliwie swoje sny,
czekając aż nastanie jego czas. Teraz pozostało tylko czekać na jego (cztery?) siostry,
które przebudzone, przefruną na półki…
Nie wierzę w przypadki - a po
lekturze, to już w ogóle – dlatego wiem, że nie bez powodu ta książka trafiła
też do mnie. Uwaga - osobista wycieczka – taka inspiracja była mi potrzebna. A
teraz konkrety.
Na początku nie wiedziałam,
czego się spodziewać. Z jednej strony kryminał:
tajemniczy morderca, zapowiada się, że seryjny, z drugiej: poszukiwania
brutalnie rozdzielonych członków rodziny, przyprawione proroczymi snami…jeszcze
na dokładkę z tym wszystkim ma coś wspólnego historia z X wieku i cztery
studentki uwięzione w windzie…Efektowny początek, to trzeba przyznać. W czasie,
gdy znaki zapytania pączkują nam nad głowami, historia zaczyna toczyć się swoim
rytmem, ukazując czytelnikowi coraz to urokliwsze pejzaże. Dosyć szybko,
zadziwiająco odległe od siebie elementy, zaczynają układać się w całość, nie na
tyle jednak by przedwcześnie zdradzić swoje tajemnice. Gajewska ma dryg do
żonglowania narracją, stopniowania napięcia i zagęszczania akcji tak, by nie przytłoczyć
nadmiarem czytelnika i nie przetrzymać go zbyt długo w niewiedzy. Pod koniec
powieści pootwierało się wiele nowych wątków, których autorka nie mogła
ostatecznie po domykać, zważywszy na mający nastąpić ciąg dalszy. Na zakończenie
deus ex machina pojawiło się siłą rozpędu zostawiając nas z lekkim niedosytem. Chciałoby
się od razu przeczytać całość.
05 lutego 2014
Mózg na zakupach. Neuromarketing w sprzedaży
Mózg na zakupach. Chwytliwy tytuł. Zwłaszcza, gdy
uświadomimy sobie, że nie patrzymy oczami, nie słyszymy uszami itd. - tylko
wszystko to robi pofałdowany mięsień leżakujący w naszej czaszce. Nawet to, jakie widzimy kolory zależy od
jego interpretacji natężenia światła. Do kogo więc kierować reklamy, czyje
reakcje badać? Koniec końców przecież to mózg kupuje…a właściwie to wyrusza
na łowy.
03 lutego 2014
Reinkarnacja po Słowiańsku /Anima Vilis - Krzysztof T. Dąbrowski/
Opowiadania Dąbrowskiego czytałam już w Zombiefili (Zombiczny
dla poszczątkujących) i Gorefikacjach (Pozory mylą) oraz drugim numerze
Horror Masakry (Spokojnie, to tylko sęp!).
Pierwsze – ciekawy koncept, drugie – typowe opowiadanie o torturach. Ani jedno
ani drugie nie trafiło na moją listę Top 10 tych antologii. Trzecie – microfiction,
czyli typowy szort - też nie pokazało, na co stać tego pisarza grozy. Postanowiłam
jednak pogrzebać głębiej i tak w moje ręce trafił zbiór: Anima Vilis. To druga
antologia opowiadań Krzysztofa T. Dąbrowskiego. Zawiera siedem utworów, z
których cztery są ze sobą powiązane. Z powodzeniem można byłoby wydać je
osobno, jako eksperymentalną mikro-powieść. Można było przynajmniej umieścić je
w zbiorze obok siebie, zamiast przecinać innymi opowiadaniami. Chyba, że miał to
być zabieg urozmaicający, by czytelnika nie zanudzić wędrującymi duszami z
Martynką i Maurycym w tle. Mnie to jednak wybijało z rytmu. Przerywniki te
odbierałam, jak pojawiające się podczas filmu reklamy - na szczęście ciekawe
„reklamy”.
02 lutego 2014
Horror Masakra 2
Myśl przewodnia
Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie
tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co
dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą. (Neil
Galman)
Pierwsze wrażenia
Miejcie litość - mam swoje lata i wadę wzroku. Jeśli chcecie pozyskać wiernych czytelników, nie
powodujcie, że po lekturze oślepną – chyba, że następne numery chcecie wydawać
brajlem ;-). HM, ma być „przyjemną”
lekturą. Pocierając ciagle zmęczone oczy, nie wejdziemy w pełni w świat wykreowany
przez pisarzy i nie poczujemy tego, co chcą nam przekazać. Format A5
zdecydowanie poręczniejszy, w sam raz do torebki.
Podoba mi się utrzymana w jednym stylu okładka. Powoduje to,
że zin ma tożsamość, jest rozpoznawalny z daleka: nawet bez czytania tytułu,
wiemy, że to HM – bo ma już swój wizualny charakter. Ale to tyle zachwytu. Po
co grafika na okładce, skoro i tak została prawie cała zasłonięta napisami?
Okładka ma intrygować i kusić, a nie wywalać streszczeniem. Metaforycznie mówiąc: flaki mają być przy
pierwszym kontakcie, no póki co, w środku. Wystarczy jedno, dwa nazwiska, jakiś
tytuł, motyw przewodni numeru i niech czytelnik się wysili i zajrzy do środka,
po co go wyręczać? Poza tym wszystko tą samą czcionką i kolorem, jak tytuł
magazynu, który tym samym się zatraca. Wyszła paćka z ogromnym ISSN.
Jeżeli chodzi o budowę wnętrza: nadal będę się upierać przy
tym, że Redakcja szuka tego jedynego wyrazu, indywidualizacji w formie.
Przecież wszystkie magazyny nie muszą wyglądać tak samo i mieć tych samych
elementów. Można stworzyć coś zupełnie nowego, innego. Dlaczego nie pójść w
nowatorstwo? Nowatorstwem nie da się jednak wytłumaczyć niedoróbek - te porozjeżdżane grafiki trochę bolą. Obrazków
mogłoby być też trochę więcej. Specjaliści od neuroamrketingu zalewają nas informacjami o potrzebie wizualizacji tekstów.
Ludzie jako istoty ewoluujące (kierunek nieważny) w erze monitorów (TV,
komputery i inne ustrojstwa) wychowywani przy nich i kształtowani przez nie od
najmłodszych lat - są uzależnieni od obrazów. Stop - więcej w temacie nie będę
truła. Wracając do wnętrza magazynyu: najbardziej przeszkadza mi brak spisu
treści i numerów stron, ich brak naprawdę mnie przeraził (każdy w końcu ma
jakąś fobię). Literówki nadal "bylskie". Nie jest to aż tak spory zin, by tego
nie ogarnąć - rola korektora zobowiązuje.
I w tym numerze pojawia się Adrian Warwas. I tym razem wychodzi
słabo. Miało być o giallo, jak dumnie prezentuje okładka (kolejny minus
robienia z niej spisu treści). Koniec końców pojawia się 5 zdań na krzyż i
jeśli nic nie wiedzieliśmy o temacie, to nie wiemy nadal. Autor tylko pochwalił
się, że oglądał.
Sytuacje ratuje Michał Stonawski w artykule, powiedzmy, że o
Grabińskim, żeby było enigmatycznie. Tekst jest przemyślany i spójny, ukazuje smutną prawdę o polskim rynku wydawniczym i nadzieje na zmianę tej sytuacji. Autor nie narzuca nam ostentacyjnie
swojego punktu widzenia, ale naświetla „sprawę” z kilku stron. Nie zapomina, że
wszystko uzależnione jest od perspektywy. Wysoki poziom.
Wywiady
Cichowlas (bohater wywiadu) na spółkę z Kryczem („Siedlisko” i „Koszmar na
miarę” – delikatnie to ujmę – są kiepskie) skutecznie zniechęcili mnie swego
czasu do polskiego horroru. Dlatego mam obawy, co do „Pradawnego zła”. Mam
nadzieję, że sytuację uratuje Łukasz Radecki – on wie, co się robi ze słowami,
atmosferą i bohaterami. Wie też co najważniejsze – gatunek sam w sobie. To on
zresztą jest „przepytywanym” w drugim wywiadzie. Przynajmniej ma odwagę
powiedzieć głośno o istnieniu…wygodnie usadzonych tyłków.
Microfiction („szorty” za bardzo
kojarzą mi się z „szotami”, więc zostaję przy „microfiction”)
Rafał Sala nadal w formie, jego „Wyrzuty sumienia” rozbawią
niejednego nocnego łakomczucha, a „Czara goryczy”, poważniejsza w wymowie,
zaciera granicę jawy i snu.
Krzysztof T. Dąbrowski „Spokojnie, to tylko sęp!” –
przewrotne i zabawne, wbija szpilę tam, gdzie trzeba i nawet kończy się happy
endem. Ale mówiąc otwarcie: taka sobie REKLAMA...
Wrzucę tutaj jeszcze Michała Górzyznę i jego „Randkę” - o pewnym klubie i pomagierach. Motyw dość
ograny. Na szczęście podany w formie fast foodu, bo inaczej byśmy przy tym zeszli...
Maciej Lewandowski „Emisariusz” – kosmiczne
wojaże zaprowadziły ludzi, jak to zwykle bywa, za daleko. Główny bohater, ktoś
Robokopopodobny – został wtłoczony w karty fanatycznej historii, w której palcem
zamieszał okultyzm. Opowiadanie kojarzy mi się oczywiście z połową filmów o
podboju kosmosu (przestrzele, ale od „Prometeusza”, „Europa report” po „Ukryty
wymiar”) i oczywiście z „Blood Creek”. Nie chcę zdradzać, dlaczego i co
dokładnie, więc czytajcie i oglądajcie. Ciekawy mix i świetne rozwiązanie.
Iwona Grodzka „Groźny Mikołaj” – Nie
interesuje mnie, że opowiadanie wygrało konkurs Paradoksu. Tekst jest po prostu
słaby: stylistycznie (gdzie są korektorzy i dlaczego nie pomogli Pani Iwonie?)
i fabularnie nieporadny. Na dokładkę przewidywalne zakończenie. Jeżeli to początkująca
pisarka, warto wyobraźnię (bo pomysł jest „strasznie” ciekawy i świeży)
wesprzeć dobrym warsztatem (czyli: praca, praca, i jeszcze raz praca).
Rafał Christ „Tylko martwi umierają”– Na
poprawę nastroju po poprzednim opowiadaniu, trochę brutalnego porno, krwistej
rąbanki i dowcipu. Zaskakuje, jest miło.
Bartosz Orlewski „Niemożliwe sny” – Oniryczna
historia mafijna o ciemności, bogach i portalach oraz trudnej miłości. Rewelacyjna
ciężka, gęsta atmosfera. Uszami wyobraźni słyszę niski, przypominający szept,
chrapliwy głos bohatera.
Łukasz Henel „Ostatnia wola” – Ciekawy
sposób na poszukiwanie weny. Losu czasami jednak nie należy kusić…bo uformuje
taki cykl zdarzeń, że nam w pięty pójdzie. Oczywiście wykorzysta do tego urocze
stworzenie, którym jest kot, bo jakie by inne? Napisane prostym i przystępnym
językiem, jednak nie zaskakuje.
Michał Gajewski „Kotek” – Odliczanie
skutecznie buduje napięcie. A ciężka, mroczna atmosfera balansuje na krawędzi rozpaczy.
Bo czy otoczeni poczuciem bezpieczeństwa – złudnym jak się okazuje –
spodziewamy się, że staniemy się głównymi bohaterami prawdziwej jatki? O
bezsensownym okrucieństwie i karze za nie. Refleksyjne, bardzo.
Michał Stonawski „Śpij dobrze” – Nosił
wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Uważaj, komu ufasz i nie nadużywaj
niezrozumiałych – dla tego świata – zdolności. Dobre, dłuższe wprowadzenie do
ciekawej puenty. Złowieszczo.
Rafał Sala „Zerwane więzi” – Nastrojowa
historia, o tym, że przed przeszłością się nie ucieknie, zwłaszcza, gdy jest
ona demonem podszyta. Rodzina – wiadomo – powinna trzymać się razem, wycinanie
ze zdjęć jej członków nie zawsze pomaga.
Maciej Kaźmierczak „A kogo to obchodzi” –
Człowiek wzdryga się na myśl o tym, co zrobił sobie bohater. Jednak to tylko
sposób dotarcia do prawdy. Zakończenie nie zaspokaja naszego apetytu, tym
bardziej trzeba zastanowić się nad „potrzebnością” wstępnej instrukcji pisarza.
Jak w każdej antologii i w zinie muszą pojawić się teksty
świetne, jak i te słabsze. Moja trójka bestów: „Niemożliwe sny” (za atmosferę i tajemnicę), „Kotek” (za refleksję), „Tylko martwi umierają” (za dowcip). Jestem ciekawa, co Redakcja zaserwuje nam w następnym
numerze. A wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.
P.S "Wielokrotnie zdarzyło nam się zaobserwować, że opakowania nisko oceniane pod względem efektywności neurologicznej mają pewną cechę wspólną: przekaz słowny został na nich umieszczony na interesującym tle graficznym. Jeżeli ważny element semantyczny zostaje nałożony na interesujący obraz, mózg zdaje się ignorować element słowny i koncentruje się na tle graficznym. Wniosek z tego taki, że mózg postrzega nałożony napis jako "przeszkodę" i stara się ją usunąć z drogi." /Mózg na zakupach. Neuromarketing w sprzedaży - A.K. Pradeep/
Subskrybuj:
Posty (Atom)