11 czerwca 2014

Reżyser gra w kulki, czyli ekranizacja "Gry Endera" 2013

Klasyk, porządne Sci-Fi, będzie na czym zawiesić oko – naiwnie myślałam rozsiadając się na kanapie. No i owszem był potencjał, pierwsze minuty mnie zassały, a potem coś pękło i zostałam z niedosytem, rozczarowaniem,  zastanawiając  się, gdzie podziać wzrok, by już nie widzieć…

Gdybym nie czytała książki, nie wiem, czy połapałabym się w ogóle w tym, o czym jest ten film. Może to ekranizacja tylko dla tych, którzy są po lekturze i złapią skróty myślowe i drobne sugestie poczynione przez reżysera? Dla reszty będą to absurdy, przesiąknięte chaosem do szpiku...chitynowego pancerzyka? Ogólnie brakuje wyjaśniającego cokolwiek wstępu – np. o co chodzi z tym „Trzecim” i w ogóle jakie jest imię bohatera. Po obejrzeniu filmu nawet najstarsi Indianie nie będą wiedzieć, dlaczego Ender jest wyjątkowy! Kopniak w nerki należy się też za to, że ze scenariusza usunięto Petera – jeden z ważniejszych motorów napędowych, bez brata, główny bohater jest niepełny, szczątkowy, wycięty. Z danych łaskawie (ochłapów!) fragmentów widz nie zbuduje geniusza, którym jest Ender! W ogóle powycinano z historii dosyć istotne wątki (Multum istotnych wątków, np. ideologicznych i politycznych, czyli kontekstu i uargumentowaniu dlaczego coś się dzieje – a to karygodne!) i zarżnięto aspekt psychologiczny. Atmosfera książki zbudowana była przede wszystkim na przemyśleniach Endera, na rozgrywanej przez niego wewnętrznej grze, która stanowiła kanwę do rozmyślań o tym, co jest dobre a co złe i gdzie są granice tych bytów. Bez tego z ekranu patrzy na nas pusty chłopiec, który wygłasza jakieś puste kwestie. Podobnie jak reszta jemu podobnych - ganiających po ekranie dmuchanych lalek. I tutaj rozbijamy się o bolesny temat: dobór aktorów do ról. Główny bohater (za duży!!!) ma minę, jakby cierpiał na wieczne zatwardzenie – ale widać, że się stara uczestniczyć w czymś ambitnym. Val – w książce inteligentna i rezolutna, w filmie przestawiona została jako ciepła klucha. Miałam wrażenie, że boi się ruszyć głową, by nie zepsuć misternie ułożonej - opadającej na twarz - fryzury. Groszek jest za duży, Petra za dojrzała, a  jak zobaczyłam Bonzo to oplułam ekran ze śmiechu… Osławiony dowódca nie wyjaśnia, dlaczego jeszcze żyje, a każdy kto umie liczyć się nad tym zastanowi. Harrisona Forda lubię, więc go oszczędzę, napiszę tylko, że jego mina wyrażająca bezgraniczne cierpienie, nie była chyba elementem kreacji postaci, ale wyrażała autentyczne zagubienie...

Przyśpieszenie (kilka dni, tygodni?), z jakim bohater przechodzi swoje w rzeczywistości wieloletnie szkolenie, kompletnie zabija fabułę. W książce widzimy zmagania, kolejne etapy, testy i próby, na które Ender zostaje okrutnie wystawiony. W filmie zachowuje się jakby był na wakacjach - nie ma determinacji, kształtowania się jego osobowości, cierpienia, nie widzimy jak przeobraża się w genialnego stratega, jak z pogardzanego wyrzutka staje się szanowanym dowódcą (w filmie otoczony jest od początku wianuszkiem przyjaciół – WTF?). W salach treningowych też odbywa się cyrk na kółkach, właściwie nie wiadomo po co, a w kulminacyjnej scenie, gdy ma się nam ukazać strategiczny geniusz Endera – ten celuje w planetę i w pięć sekund jest po kłopocie… Kilka fajerwerków i fajrant, bo mu się już nie chce - dosłownie.

Niepokojąco-pobudzająca muzyka, która towarzyszy nam przez cały film spowodowała, że czułam się jakbym oglądała jakiś skrót – albo dwugodzinny zwiastun. Zwłaszcza, że zabrakło płynnych przejść między kolejnymi scenami. Dokonywaliśmy z aktorami hopsania z jednej czasoprzestrzeni do drugiej, a w trakcie zmian pojawiały się kolejne postacie - cel ich objawienia pozostawał jednak niejasny. Coś powiedzieli lub pogrozili sobie łapkami, obrzucili się "znaczącymi" -tylko dla wtajemniczonych - spojrzeniami i tyle. Hop do następnej sceny. Powinno się tę ekranizację rozciągnąć czasowo, albo nakręcić dwie części, jednak budżet – a raczej jego brak - był chyba jedną z bolączek reżysera. 

Na plus: brak przesytu scen „wybuchowych” i wygenerowany komputerowo Olbrzym.

Męczy mnie pytanie: Czy ktoś, kto nie czytał książki zrozumiał zakończenie i samą ideę Robaczej Cywilizacji? Poza tym strasznie spłycono temat, udziecinniono go odzierając z pierwotnych emocji. Reżyser zrezygnował nie z tych wątków z których powinien i w efekcie próbował "nakręcić" na szybko całą historię

Nie polecam tej profanacji książki, szkoda czasu.

Rok: 2013
Reżyseria i scenariusz: Gavin Hood
Produkcja: USA


1 komentarz:

  1. Mnie nie dziwi spłycenie tematu. Widać to po plakacie...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...