31 grudnia 2015

Grudniowe czytadła i filmidła

   Grudzień obfitował w kolejne życiowe zmiany. Na szczęście, jak na razie wszystkie są pozytywne i powoli wychodzę na prostą - bylebym tylko nie  napisała tego w złą godzinę. Chcieć to móc, więc z tego kotła różności udało się wyłowić czas na czytanie, oglądanie i pisanie. Niewiele, ale zawsze. No cóż, w grudniu było jak było. 

   A jako, że to ostatni już miesiąc, mamy też za pasem zakończenie roku. Nie chcę mi się jednak dokonywać rozliczeń, podsumowań i innych takich. Co było to było i tak już niczego nie zmienię bez względu na to czy pozornie domknę to jakąś sztuczną czasową granicą czy nie. Bardziej głowię się nad tym, co by tu sensownego w nadchodzących dniach zrobić... Dzisiejsza data prowokuje jednak do tego by napisać coś jeszcze. Niestety jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy to: BŁĘDY. Błędy to takie niefortunne sytuacje, decyzje i zdarzenia, które powinniśmy nazywać "lekcjami", by nie stresować za nadto mózgu. Bez względu na to, jak je będziemy nazywać ich efekty wciąż będą dla nas tak samo istotne i tak samo bolesne. Oczywiście, każdą taką lekcję można przekuć w sukces, nikt mi jednak nie wmówi, że nie wiąże się to początkowo z pewnym dyskomfortem. Zwłaszcza w sytuacji, gdy sobie człowiek strzela w kolano. A ja najwyraźniej jestem w tym dobra...zbyt dobra.  

Żeby już bardziej nie przynudzać: Oby ten nadchodzący nowiutki rok stał się czasem wielkich szans i pasmem samych cudownych zdarzeń. Nie bójmy się żyć, a reszta sama się ułoży! Trzeba w to wierzyć. 


28 grudnia 2015

Mydło lubi zabawę /Szymek brudas – Khoa Le/

Pamiętacie Jacka Czarneckiego i jego słynne hasła: Mycie nóg to Twój wróg i Dłuższe mycie skraca życie? Szymek jest idealnym przykładem kogoś, kto wyznaje podobne flejtuchowate idee, co pechowy bohater książki Chłopak na opak Ożogowskiej. Na szczęście - dla rodziców i całego otoczenia - mały Szymek, który uwielbia harcować w błotnistych kałużach sam na siebie ukręcił bicz i musiał w końcu przeprosić się z mydłem. A przekonały go do tego….bakterie!

Jeśli wasze pociechy są na bakier z higieną i nie potraficie zmusić ich do polubienia kąpieli, mam nadzieję, że ta książeczka wam pomoże. Na pomysł jak zachęcić malucha do mycia, wpadła wietnamska ilustratorka i autorka bajek Khoa Le. Przedstawiła nam przygodę chłopca, który nie kąpał się tak długo (i na dokładkę latem!), że żerujące na nim bakterie urosły do niebotycznych (jak na bakterie) rozmiarów. Co gorsza, postanowiły się z nim zaprzyjaźnić. Ich chęć nawiązania bliższej relacji okazała się dla chłopca bardziej przerażająca niż woda i mydło. Szymek więc (nie z przyjemnością ale jednak) skapitulował.

27 grudnia 2015

Grudzień to nie pora roku, to stan ducha /Kot Bob i jego podarunek – James Bowen/

Nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że bez karpia (czy innego ościstego czorta), choinki i prezentów, nie ma świąt. Zresztą, nawet nie próbuję rozumieć tych, którzy potrafią tak bardzo zafiksować się na pustych znakach, że umyka im to co naprawdę ważne. W efekcie zamiast życzliwości dają frustrację, zamiast ciepła - krzyk, zamiast empatii  - agresję i wrogość. Boże Narodzenie w XXI wieku to szczyt handlowego sezonu, komercyjna wydmuszka, wysysająca bezlitośnie ciężko zarobione pieniądze z portfeli. Święta stały się niestety głównie synonimem sprzedaży i zysku. Na szczęście potrafimy jeszcze się otrząsnąć i dostrzec w tym wszystkim fałsz: magii i cudowności nie podarują nam dekoracje atakujące nas zewsząd od połowy listopada, lipne promocje, ani ściśle określona liczba potraw na stole. Na nic wszystkie skarby świata, gdy nie  ma do kogo otworzyć ust. O świąteczności świąt decyduje bowiem tak naprawdę czyjaś obecność. I to właśnie za nią powinniśmy być w tym szczególnym okresie wdzięczni i to właśnie ją powinniśmy podarować innym. W pojedynkę święta po prostu nie mają sensu. I może trudno w to uwierzyć, ale my sami możemy być najlepszym prezentem.

20 grudnia 2015

O marzenia warto walczyć / Rekwizytor Otto – Vincent Zabus/

Błądzi człowiek, póki dąży /Johan Wolfgang Goethe/

Powszechnie wiadomo, że ten kto nie ma w sobie dosyć odwagi by wyruszyć w świat i stawić czoła niebezpieczeństwom będzie wiódł jałowe życie. Leo mimo traumatycznych przeżyć, których zdążył w swoim krótkim życiu doświadczyć, odważył się podążyć za marzeniem i odmienił swój smutny los. Z jego postępowania wynika dla małego czytelnika bardzo wartościowa lekcja: nie ważne, co złego nas do tej pory spotkało i ile sami zła wyrządziliśmy, nigdy nie jest za późno na to by zawalczyć o siebie.

Jak już wspomniałam Leo nie miał łatwego życia. Jego tata zniknął zanim chłopiec się urodził. Później musiał bezsilnie patrzeć, jak umiera jego mama. Gdy Leo został na świecie całkiem sam, umieszczono go w sierocińcu. W tym nasiąkniętym smutkiem  miejscu nikt go nie polubił. Leo nie dopuścił do siebie nikogo. Odreagowując swój ból, smutek, gniew i żal na wszystkich wokoło, zraził do siebie otoczenie. Złe emocje tak bardzo nim zawładnęły, że odebrały mu nawet głos – przestał mówić. Wydawałoby się, że jeśli nikt się nim nie zaopiekuje, nie pomoże mu – to już nic dobrego z niego nie wyrośnie. Autor książeczki pokazał nam jednak, że wcale nie musi tak być. Chłopiec może – jeśli zechce - uratować się sam. Może mieć marzenie, do którego zacznie dążyć. I tak się właśnie dzieje.

17 grudnia 2015

Co dwie głowy to nie jedna / Dwugłowy rekin atakuje, 2-Headed Shark Attack – Christopher Ray/ 2012

Dwugłowa bestia, czyli główny bohater filmu, może się poszczycić wrażliwością płyty chodnikowej. Nie interesuje jej jakie masz marzenia, osiągnięcia, cele. Nie ważne czy masz wysokie IQ czy jesteś bystry mniej więcej jak plankton – smakujesz wciąż tak samo i tylko to się liczy. Sam tytuł filmu wskazuje na to, że nie należy się jednak potwornością tego potwora za bardzo przejmować. Zmutowane monstrum nie wywrze na nas większego wrażenia i nie stanie się stałym gościem naszych koszmarów. Jak to bywa z filmami klasy „Z” i ten nastawiony jest głównie na epatowanie absurdami i dziurami w fabule, które twórcy postarają się łatać (a raczej zatykać) cyckami.

W „zetkach” podobnie jak w horrorach niezawodnie działa Prawo Murphy’ego: jeśli coś ma się spierdzielić w najmniej odpowiednim momencie, to spierdzieli się w najmniej odpowiednim momencie. Więc, gdy w okolicy zaczyna szarżować dwugłowy rekin, grupa studentów będzie akurat uczestniczyła w edukacyjnym rejsie (bestia musi mieć co chrupać). Statek oczywiście zostanie uszkodzony, antena się urwie – by przypadkiem nie można było wezwać pomocy -, a jedyna osoba, która może naprawić uszkodzenia zostanie pożarta jako pierwsza. Jakby tego było mało znajdujący się w pobliżu atol zamiast stanowić bezpieczne schronienie, zacznie tonąć itd., itp. Gdy bohaterowie podejmą kolejne próby walki o przetrwanie z góry wiemy, że są na przegranych pozycjach. Ale i tak co nieco nas zadziwi…

16 grudnia 2015

Gdyby głupota umiała latać… / Backcountry, Odludzie – Adam McDonald / 2014

…to bohaterowie tego filmu odlecieli by bezpiecznie do domu. Ale niestety…

Naszych młodych i zakochanych protagonistów poznajemy w momencie, gdy są już w drodze na feralną wycieczkę. Alex (Jeff Roop) pragnie podzielić się ze swoją wybranką wspomnieniami i pokazać jej cudowne, odludne zakątki, które (jak twierdzi) odwiedzał wielokrotnie. Uważa nawet, że tutejsze leśne szlaki zna na tyle dobrze, że nie potrzebna jest mu żadna mapa. Wyśmiewa także ekwipunek Jenn (Missy Peregrym), która obawiając się spotkania z niedźwiedziem uzbroiła się we flarę, spray i gwizdek. O tym jak w rzeczywistości nasz niedoszły Bear Grylls jest niepewny, przekonujemy się w momencie, gdy dziewczyna zaprasza na kolację przy ognisku przypadkowo spotkanego w lesie mężczyznę (Eric Balfour). Powietrze aż kipi od testosteronu, a Alex z minuty na minutę traci w  naszych oczach. Po wizerunku, który z mozołem próbował wykreować niewiele zostaje. Wyraźnie bowiem widać, że najbardziej zależy mu na tym, by zaimponować dziewczynie - bez względu na koszty, jakie może ponieść. Próbuje wcielić się w rolę samca alfa i udowodnić (chyba sam sobie), że jest jej wart. W końcu Jenn jest prawniczką, a on niespecjalnie ma się czym pochwalić – tak jakby to o to w związkach chodziło…

13 grudnia 2015

Mezopotamski kot błękitny – to brzmi dumnie / Sny kota Warłapa – SF Said/

 Jesteśmy tym, co sami wybierzemy.

Co to znaczy być mezopotamskim kotem błękitnym? Przede wszystkim trzeba być potomkiem mezopotamskiego kota, mieć w żyłach krew legendarnego Jajala i odpowiednio się prezentować. Koty pochodzące z krainy między Eufratem a Tygrysem, jak na arystokrację przystało, mają również szczególny wygląd: posiadają piękne niebieskie futra i szmaragdowe oczy. Wyznaczniki te są klarowne, świadczą również o wartości kota. Dlatego też mały Warłap nie czuje się godnym miana mezopotamskiego arystokraty: nie dość, że jego oczy mają niewłaściwy kolor, to jeszcze ma dziwaczne ciągoty do wychodzenia na dwór! Zamiast trzymać się raz ustalonych codziennych rytuałów, hańbi imię rodziny marząc o polowaniu. W oczach rodzeństwa Warłap to paskuda, której należy się wstydzić. Bezlitosne szyderstwa podkupują wiarę w siebie młodego kociaka, sprawiają także, że jest on straszne samotny. Niestety nawet jego mądry, koci dziadek nie jest w stanie mu pomóc. Nie może nic zrobić, chociaż smuci go próżność i konformizm pozostałych członków rodziny, które każą im ślepo wierzyć we własną wyjątkowość i ograniczają horyzonty. Lęk przed zmianą każe odrzucać im wszystko co „inne”: niebezpieczniekolorookiego Warłapa, Zewnętrze i nawet słuszne ostrzeżenia seniora rodu... 

Niczego nie zakładaj. Trzymaj się faktów. Otwórz swoje zmysły.

11 grudnia 2015

Ugotowani – na twardo /Hardboiled – antologia/

Jaki hardboiled-owy bohater jest każdy widzi: cyniczny, niewzruszony  - lub jak kto woli wrażliwy „inaczej” – i na dokładkę piekielnie inteligentny. No cóż, bez takiego zestawu cech nie przeżyłby nawet dnia w świecie, który pluje na empatię i współczucie, a za najmniejszy błąd lub oznakę słabości karze śmiercią. Jeśli więc nie jesteś twardzielem, mroczna rzeczywistość zeżre cię od środka, jak nienasycony pasożyt. Przeżuje, strawi i wydali – nie łudź się, nie bawię się teraz w żadne metafory, skończysz po prostu jako kupa g***a. Zapewne więc zastanawiasz się drogi czytelniku, jaką trzeba zapłacić cenę za prawo wstępu do miejsc tak zepsutych, odkształconych i gnijących? Co trzeba tak naprawdę zrobić by w nich przetrwać? Odpowiedź, jak koszmarnie gorzka pigułka na długo pozostawi po sobie cierpki posmak… Jeśli jesteś na nią gotowy, znajdziesz ją właśnie w tej antologii.

05 grudnia 2015

I tylko koni żal.. / Town Creek, Blood Creek, Nienasycony – Joel Schumacher/ 2009

Gdy słyszę stwierdzenie, że ten film został nakręcony na faktach, to robi mi się słabo. To co przyszło nam obejrzeć to przecież fikcja: wariacja mitów, domniemań i wyobrażeń. Pewnie znajdzie się tutaj także kilka faktów - nie można zaprzeczyć temu, że przywódcy III Rzeszy interesowali się okultyzmem – nie wystarczą one jednak, by uznawać takie stwierdzenie za prawidłowe. Chyba, że Schumacher podobnie jak bohater Kodu Himmlera (tekst TUTAJ) wszedł nagle w posiadanie tajnych dokumentów zdradzających szczegóły hitlerowskich eksperymentów, które miały pomóc zawładnąć światem „rasie panów”. Wizja tego, co miałoby być niemiecką, supertajną bronią - tak w przypadku Schumachera, jak i Piotrowskiego - jest dosyć ciekawa. Nie będę jednak ukrywała, że wersja polskiego pisarza bardziej przypadła mi do gustu...

Początek filmu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czarno-biała kolorystyka i skrótowe przedstawienie zdarzeń stworzyły aurę tajemniczości i wzbudziły moją ciekawość. Rodzinę Wollnerów poznajemy w 1936 roku, w momencie, gdy jej członkowie podejmują najgorszą z możliwych decyzji. Zgadzają się przyjąć pod swój dach, delegowanego do nich z Niemiec profesora Richarda Wirtha (Michael Fassbender). Nie wiedzą, że dostąpili tego zaszczytu nie tylko ze względu na swoje niemieckie pochodzenie, ale głównie z powodu znajdującego się na ich ziemi kamienia runicznego. Wirth wierzy, że w Ameryce pozostawili go jej prawdziwi odkrywcy – Wikingowie. Jego z pozoru niewinne badania okazują się tylko drobnym elementem wielkiego planu (Projekt Kensington), jakim jest stworzenie nadludzko silnej i nieśmiertelnej istoty.

03 grudnia 2015

Nawiedzony film /Szatańskie taśmy, Playback - Miachel A. NIckles/ 2012

Dziś będzie o bardzo wyjątkowym filmie -  bilety  kupiły na niego 33 osoby. W dniu premiery zarobił on 252$, a przez następny tydzień kolejnych 12$. W sumie – szaleństwo - 264$. Żeby nikogo nie dobijać nie napiszę ile zielonych pochłonął jego budżet, zdradzę tylko, że chodzi o sporą kwotę  - siedmiocyfrową.... Finansowo więc Szatańskie taśmy okazały się totalną klapą, ale czy to oznacza, że film jest aż tak zły? Owszem jest to produkcja toporna, nie zagrało w niej wiele elementów, jednak bądźmy szczerzy: gorsze szmiry osiągają lepsze wyniki. Spektakularną porażkę produkcja ta zawdzięcza więc nie tyle swojej mierności, co przede wszystkim dystrybutorowi. Ten potraktował ją po macoszemu: nie dość, że wprowadził tylko do jednego kina, to jeszcze za szybko się poddał.

Historie z nawiedzonymi taśmami są dobrze znane fanom horrorów. Tym razem w ich pułapkę ma wpaść Julian Miller (Johny Pacar), który zafascynowany morderstwem sprzed lat (1994) pragnie, w ramach szkolnego projektu, nakręcić o nim dokument. Jego kumpel Quinn, pracujący w archiwach gazety ma załatwić mu stare nagrania tamtejszych wydarzeń, ciekawość powoduje jednak, że chłopak najpierw sam je ogląda. Jego ciało przejmuje ukrywający się w taśmie duch mordercy - Harlan Diehl. Chcąc odnaleźć swojego potomka, opętuje kolejne osoby. A reszty możecie się domyśleć.

W Szatańskich taśmach  kuleje (a raczej czołga się) prawie wszystko. Co najbardziej dokucza widzowi to nazbyt rozcieńczona fabuła, w której zgubiła się istota filmu. W efekcie powstał teen horror films, w którym dominują wątki obyczajowe: chłopak ma dziewczynę, dziewczyna ma urodziny, policjant jest podglądaczem, inny chłopak chce zrobić film o mordercy i na szczęście ma kolegę pracującego w archiwach, ten kolega to ćpun-outsider, który ze swojej pracy zadowolony zbytnio nie jest itd. Zwyczajne wtręty, które zazwyczaj stanowią tło głównej akcji, nie zostały tym razem umiejętnie posklejane i odpowiednio wyważone. Wpłynęło to także na jakość straszenia. Jest zbyt nudno i zbyt przewidywalnie by wykrzesać z widza jakieś emocje (no poza rozczarowaniem). Nie przemyślano sensowności użycia kolejnych elementów. Skoro już kręcimy film o nawiedzonej taśmie – chociaż duchowi nie przeszkadza zapis cyfrowy, co mnie osobiście załamało – to skupmy się na tym bardziej niż na fryzurze nawiedzonego chłopaka. Reżyser mylnie założył, że urozmaicenie podsyci ciekawość widza i odwróci jego uwagę na tyle, by nie rozwiązał intrygi przed czasem. Dał się ponieść i czerpał inspirację na chybił trafił z każdej możliwej konwencji. Bez sensu powtrącał sceny gore, które rażą sztucznością i nie przekonują (swoją drogą lepiej z posoką radził sobie Julian w swoich amatorskich filmikach niż rzekoma, wykreowana na potrzeby filmu rzeczywistość). Żeby rozmaitości wszelkich był dostatek według reżysera nie mogło zabraknąć także ujęć found footage.

Aktorsko Szatańskie taśmy są zupełnie przeciętnie. Najgorzej wypadł Toby Hamingway jako Quinn - zupełnie nie pasował do tej roli. Nie dał rady wykreować wiarygodnej postaci. Trąci pozerstwem i sztucznością. Pewnie dlatego nawet jego charakteryzacja nie robi wrażenia.

Co można w tym filmie potraktować na plus? Stare kilkusekundowe nagrania wyglądają naprawdę przyzwoicie. Także archiwa, w których pracuje Quinn, generują całkiem niezły klimat. To jednak zdecydowanie za mało, żeby uciągnąć całość. Ewidentnie Nicklas miał kilka niezłych pomysłów, nikt go jednak w porę nie ostrzegł, że realizowanie wszystkich na raz nie przyniesie najlepszego efektu. Żaden z nich nie będzie miał bowiem szansy by się obronić, skoro został ledwie zarysowany.

Rok: 2012
Kraj: USA
Reżyser: Miachel A. Nickles
Scenariusz: Miachel A. Nickles

01 grudnia 2015

Muzyka łagodzi obyczaje /Miasteczko szeptów – Vincent Zabus/

Czy piękne miasteczko może być bardzo ponurym miejscem? Najwyraźniej tak, skoro właśnie w takim mieszka mała Alicja. Urokliwe uliczki i schludne domki same nie mają szans zrobić dobrego wrażenia, gdy brakuje im najważniejszego: tętniącej życiem atmosfery. Bynajmniej nie mówimy o miasteczku wyludnionym. Mieszkają tutaj psy – ale takie, które nie szczekają, można spotkać i koty – które mruczą tak cichutko, że prawie w ogóle, można nawet wybrać się na tutejszą imprezę aby posłuchać orkiestry – która nie wydaje z siebie dźwięków - nikogo to jednak nie dziwi, nawet tutejsze gitary nie mają strun. Wokoło panuje tak wszechmocna cisza, że chmury upodobały sobie tutejsze niebo, jako miejsce odpoczynku. A najgorsze, że zmęczeni szeptaniem mieszkańcy przestali ze sobą rozmawiać. Nikt się tutaj nie uśmiecha, a uczucia, które powinny zostać wyśpiewane, na zawsze stają się niewyznaną miłością. Do uszu przypadkowego wędrowca nie dotrze stąd przyjazny gwar - nikt nie śpiewa, nie nuci, nie nawołuje. Pewnie więc raczej się do miasteczka nawet nie zapuści, tylko przezornie ominie je szerokim łukiem. Jak się łatwo domyślacie: przekleństwem tego tajemniczego miejsca jest cisza. W miasteczku obowiązuje bezwzględny zakaz hałasowania. Niestety nikt nie pamięta jednak skąd się wziął i dlaczego tak restrykcyjnie trzeba go przestrzegać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...