30 listopada 2015

O książce obrazem #13

Cynizm, lęk, przerażenie, groza i niesamowitość to - dla mnie - najistotniejsze składowe prozy hardboiled. W antologii nowel neo-noir, wydanej przez Gmorka, znalazłam więc to wszystko czego oczekiwałam. A że miałam okazję wybrać się w plener, to i parę zdjęć mi "wpadło". 

Hardboiled, Wydawnictwo Gmork


26 listopada 2015

Seryjni mordercy #5 Bogdan Arnold – śląski „Władca Much” i jego horror na poddaszu

Nie zastanawiałem się nad tym czy tę kobietę przyprowadziłem po to, żeby odbyć z nią stosunek, czy po to żeby ją zamordować. Cel zawsze miałem ten sam - wyżyć się i mordować.

Kraków wyhodował na swoim łonie psychopatycznego młodzieńca Karola Kota, Katowice stały się domem Bogdana Arnolda (1933-1968) – sadysty nazywanego „Władcą Much”. Ten uczynny elektryk, zamieszkał ze swoją trzecią żoną, na poddaszu przy ulicy Dąbrowskiego 14. Zaadoptowana na kawalerkę pralnia – o jej zajęcie mieszkańcy mieli pretensje do nowego lokatora – szybko stała się miejscem kaźni dla kilu kobiet. Gdy ówczesna partnerka Bogdana po kilku miesiącach odeszła od niego - a raczej od niego uciekła - został sam ze swoimi sadystycznymi upodobaniami. Okazja by dać im upust przyszła sama, i to nie raz. Sponiewierać, zgwałcić i zabić – z tym Bogdan nie miał problemów. Najtrudniejsze okazało się dla niego likwidowanie zwłok. Próbował je rozpuszczać, część gotował i spuszczał do kanalizacji, sporo „mięsa” wynosił i dokarmiał nim bezdomne koty. To szczególnie irytowało jedną z sąsiadek, która nie mogła znieść tego, że ktoś wyrzuca tyle mięsa i to dziwnego, bo ani to wołowina, ani cielęcina, ani wieprzowina…. Z morderstwa na morderstwo było coraz gorzej, nie pomogły obite blachą drzwi i pozalepiane papierem okna: w końcu zbrodniarza zdradziły kłębiące na poddaszu muchy.

20 listopada 2015

Penis w erekcji nie ma sumienia / Kto tam?, Knock Knock – Eli Roth/ 2015

Przedzierając się przez czeluści internetu możemy natrafić na informację, że powyższa maksyma była często przytaczana przez babcię Evy Longorii. Ja po raz pierwszy usłyszałam ją od Samanthy, jak dla mnie najciekawszej bohaterki Seksu w wielkim mieście. Trudno oczywiście komukolwiek przypisać autorstwo tej złotej myśli. To typowa anonimowa*** mądrość ludowa, która nie traci na aktualności - niestety. Jej nieustająca obecność świadczy tylko o tym, że my, ludzie wciąż lubimy zasłaniać się biologią, gdy nam nasze bycie „istotami świadomymi/wyższymi” zwyczajnie nie wychodzi, albo jakby to ujęli psychoanalitycy, gdy id zdominuje superego. Jeśli chodzi o pewną konkretną sytuację przodują w tym mężczyźni, którzy uważają, że stają się bezbronni, gdy władzę nad nimi przejmuje ON. I z tego powodu oczywiście należy im pobłażać, ponieważ poniekąd sami są w tej sytuacji ofiarami. 

Wiecie jak to jest mieć wszystko? Evan Webber (Keanu Reeves) należy do tej grupy ludzi, która wie. Ma dobrą pracę, może rozwijać swoje pasje (ma na to czas i pieniądze), swoje sukcesy dzieli z równie jak on utalentowaną, kochającą żoną i dziećmi. Co najważniejsze Evan jest szczęśliwy, lubi swoje życie i szczerze kocha bliskich – po prostu sielanka. W to wszystko wkrada się niestety „ale” - no właśnie, jedno małe „ale” – Evan jest mężczyzną, i gdy pewnego deszczowego wieczoru, odwiedzą go dwie ponętne dziewczyny, o jego dalszym życiu zadecyduje jego penis. I nie ważne, że żałuje, że jest mu przykro i, że gdyby mógł cofnął by czas: stało się. I od  tego momentu dwie urocze uwodzicielki przechodzą metamorfozę. Przeobrażają się w psychopatki-mścicielki, które zamieniają życie bohatera w piekło i pokazują mu, ile tak naprawdę jest wart. Aż się chce zanucić: mniej niże zerooooo, mniej niż zerooooo…. Nie ważne, jak wspaniały jest mężczyzna, jak mądry, dobry, ciepły, jak bogaty i spokojny – nie ważne ile ma zalet - gdy dwie młódki dobiorą mu się do spodni, dostaje małpiego rozumu. Po prostu przegrywa. Fabuła jest prościutka i czytelna dla widza. Na początku wręcz śmieszy nas naiwność bohatera: przecież trzeba być ślepym, by nie dostrzec dwuznaczności całej sytuacji. Zachowanie dziewcząt nie jest ani odrobinkę subtelne i inteligentny facet powinien się połapać już w momencie, gdy otwiera drzwi. Zamiast tego Evan daje się osaczyć we własnym azylu.

16 listopada 2015

O mruczącym majestacie, czyli samodzielnych mistrzach ewolucji / Zaklinaczka kotów – Mieshelle Nagelchneider/

Mimo mojego wczesnego wyobrażenia samej siebie w roli Alicji organizującej spotkania towarzyskie przy herbacie dla moich kotów-dziwaków, stałam się kimś na wzór Mowgliego z Księgi Dżungli.

Przerażające jak mało wiemy o kotach, jak wiele złego robimy antropomorfizując i polegając na mitach, które bierzemy za niepodważalne prawdy. I niestety pisząc w liczbie mnogiej, głównie mam na myśli nas, kotolubnych – bo często myślimy, że „znamy się” na sierściuchach… Ta książka ta kubeł zimnej wody na niejedną głowę.

Nie ma drugiego takie zwierzęcia jak kot.

Chciałam zacząć ten tekst od propozycji, byśmy wyobrazili sobie jakby to było być kotem. Od razu jednak zauważyłam bezsens takiej prośby. Nawet wyobrażając sobie jak to jest być kotem, robimy to po „ludzku”. Niestety nie jesteśmy w stanie wyjść poza ramy tego, co jest nam znane i przez nas doświadczone. Zapewne właśnie to ograniczenie sprawia, że nie raz zupełnie nieświadomie i niechcący robimy swoim podopiecznym, mniejszą lub większą, krzywdę. Nie znając przyczyny, nie widząc jej w sobie, stajemy nagle w obliczu takiego zachowania, którego nie potrafimy zaakceptować. Wypieszczony maluch niczym tajfun demoluje wszystko w zasięgu wzroku, kochany pieszczoch ostrzykuje moczem wymarzoną kanapę, łagodny dotąd rezydent staje się agresywną bombą, czyścioszek zamiast kuwety woli nasze buty, a wychuchany mruczek zaczyna się samookaleczać. W takich sytuacjach najczęściej, całkiem słusznie, pierwsze kroki kierujemy do weterynarza. Gdy ten jednak wykluczy przyczyny medyczne tego, co nas niepokoi i bezradnie rozłoży ręce - zderzamy się ze ścianą niewiedzy. Niektórzy uznają, że taki już „urok” ich pupila i rezygnują z jakiegokolwiek działania poświęcając swój dobytek, inni poszukają kotu następnego domu lub wyrzucą go na ulicę, jeszcze inni stwierdzą, że zwierzak jest złośliwy, podły i nie do zresocjalizowania - postanowią go więc uśpić (ach, gdyby tak uśpić każdego człowieka, który „źle” się zachowuje!). Mało komu przyjdzie do głowy, że wina nie leży po stronie kota, który reaguje po prostu jak kot, lecz po naszej: w naszych niedopatrzeniach, naszych wyobrażeniach i oczekiwaniach wobec pupila, naszym zachowaniu lub środowisku jakie tworzymy.

08 listopada 2015

Uczłowieczenie natury /Dialogi zwierząt - Sidonie Gabrielle Colette/

Dialogi zwierząt zapamiętam na długo. Ostatnio tak wiele się u mnie działo, a jeszcze niespodziewanie zmieniłam pracę. Związany z tym stres i niepewność sprawiły, że zaczęłam balansować na granicy zwątpienia: tak wiary we własne możliwości, jak i jakąkolwiek przyszłość. A stąd był już tylko krok do tego żeby się poddać. Mózg pracujący na najwyższych obrotach, próbujący poskładać w przejrzystą całość niezrozumiałe elementy nowej codzienności,  potrzebował odskoczni i wytchnienia. Na szczęście właściwa książka zawsze nas znajdzie, gdy jej potrzebujemy. W moim wypadku okazał się nią zbiór literackich igraszek, wręcz psotek, autorstwa Sidonie Gabrielle Colette.

03 listopada 2015

Tam gdzie kataklizm to chleb powszedni /Strachopolis – Dorota Wieczorek/

Strachopolis, miasto regularnie, bo raz w miesiącu, nawiedzane przez kataklizmy - od wiewiórek mutantów po deszcz ognistych meteorytów - i najeżdżane dosyć często przez Marsjan. W jego trzewiach czujnie śpi nieodgadniona magia, a ulice i podziemia zamieszkują potwory (głównie takie, które poddano resocjalizacji). Niestety nie brakuje tutaj także takich, które ukrywają się w ludzkiej skórze (a tych z wiadomych przyczyn resocjalizacji się nie poddaje). Poza tym, jak na szanujące się miasto-katastrofę przystało i to ma swoje sekrety. Nie bez powodu jest więc labiryntem, który nie lubi wypuszczać raz złapanej zdobyczy. Czyż nie jest to idealne miejsce na przeżycie przygody życia? Jeśli tylko macie na taką ochotę: zapraszam do lektury.

Tuż po tym, gdy czytelnik otworzy książkę, natknie się na galerię nietypowych portretów. Z obrazów spoglądać na niego będzie szereg postaci – jak łatwo się domyślić bohaterów powieści. Wystarczy zawiesić oko np. na Johnie Tronie i Ściekowej Wróżce (w ogóle co to za imiona!) i już od razu wiadomo, że Strachopolis będzie opowieścią, w której strach, owszem się pojawi, ale tylko na pół gwizdka, więcej będzie tutaj śmiechu i karykatury. Jakież więc jest nasze zdziwienie, gdy na początku lektury autorka wrzuca nas w sam środek dramatycznych wydarzeń: posiadłość Baltazara Brylskiego, najlepszego pośród Pogromców Strachu, strawiły płomienie. Jednak to nie widok pogorzeliska wywołuje grymas bólu na twarzach zebranych (chociaż nie wszyscy tutaj mają empatyczne odruchy) lecz to, że pośród zgliszczy odnaleziono maleńkie kości. A te z pewnością należały do dzieci Baltazara…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...