29 maja 2015

Strzeż się potwora/Chupacabra – mroczne otchłanie, Chupacabra terror, Chupacabra: dark seas – John Shepphird/ 2005

Z czym kojarzy nam się Chupacabra? Ze stworzeniem typu Wielka Stopa - każdy  o nim słyszał, nikt jednak nigdy nie widział. Wiemy o niej mniej więcej tyle, że jeśli istnieje, to zamieszkuje Amerykę Środkową i Południową. Nie boi się atakować ludzi i z lubością dziesiątkuje żywy inwentarz. Jego podstawowym pożywieniem jest bowiem krew, którą wysysa z ofiary (po uprzednim przegryzieniu krtani) rurkowatym językiem (czyli jak przerośnięty moskit). Zresztą sama nazwa chupacabra zdradza wampiryczny charakter tej istoty, słowo to oznacza tyle co "wysysacz kóz". Po obejrzeniu filmu: Chupacabra – mroczne otchłanie, zyskamy kilka nowych skojarzeń związanych z tą tajemniczą istotą. Otóż: monstrum to jest kuloodporne (chwila ciszy), łazi po suficie (dłuższa chwila na westchnięcie), ma zieloną krew i jest strasznie wybredne, jeżeli chodzi o temperaturę posiłku (trzy kropeczki i czas na zebranie myśli). Nie ma się czemu dziwić: kino klasy „Z” rządzi się swoimi prawami. Tutaj nawet afrykańskie surykatki żyją w Ameryce, o czym mamy okazję przekonać się w początkowych scenach filmu.

28 maja 2015

Nieskończona metamorfoza cierpienia /Anielica śmierci - Maria Jaskulska/

Każdy kucharz wie, jak ważne dla uzyskania oczekiwanej kompozycji smakowej są proporcje. Odpowiednie wyważenie składników w daniu to jego być albo nie być. Wystarczy szczypta przyprawy za dużo lub za mało, jeden składnik niepasujący do reszty i najlepsza, najsmakowitsza potrawa, zamiast łechtać mile podniebienie, staje się zwykłym wypełniaczem żołądka – w najlepszym przypadku. Ta sama zasada dotyczy literatury – na przejrzystość interpretacji utworu składa się dobrze wyważony z główną osią fabularną jej akompaniament. Trudno jednak  trzymać się tej zasady, gdy jest się debiutantem. Pisarz, który tworzy swoje pierwsze dzieło, chce by było ono doskonałe – od tego jak zostanie przyjęte, często zależy jego przyszła obecność na rynku wydawniczym. Dlatego więc wkłada w pisanie bardzo wiele energii i czasu. Niestety najlepsze chęci nie zastąpią doświadczenia i wypracowanego warsztatu. Dlatego na debiuty należy patrzeć z trochę innej perspektywy niż na inne utwory.

Debiutantowi przychodzi zmierzyć się bowiem z trudnymi wyborami. Po pierwsze, które z licznych postaci, które zrodziły się dotychczas w jego wyobraźni, zasługują na to, by powołać je do życia na kartach powieści? Po drugie, który z wykreowanych do tej pory światów (i która jego warstwa), zamieszkałych przez różne formy istnienia, będzie najlepszym tłem do powstającej historii? Po trzecie, które przemyślenia, inspirujące idee uczynić myślą przewodnią tekstu? Wszystkie te wątpliwości przelewają się przez twórczy umysł, który kipi od nadmiaru pomysłów. Niezwykle ciężko jest w takiej sytuacji wybrać pojedynczy wątek. Co za tym idzie: często niedoświadczony pisarz, to wszystko co się w nim do tej pory nagromadziło, przedstawia czytelnikowi w tym jednym, pierwszym dziele.

27 maja 2015

Czytelnicza esencja /Anielica śmierci - Maria Jaskulska/

Każdy kucharz wie, jak ważne dla uzyskania oczekiwanej kompozycji smakowej są proporcje. Odpowiednie wyważenie składników w daniu to jego być albo nie być. Wystarczy szczypta przyprawy za dużo lub za mało, jeden składnik niepasujący do reszty i najlepsza, najsmakowitsza potrawa, zamiast łechtać mile podniebienie, staje się zwykłym wypełniaczem żołądka – w najlepszym przypadku. Ta sama zasada dotyczy literatury – na przejrzystość interpretacji utworu składa się dobrze wyważony z główną osią fabularną jej akompaniament. Trudno jednak  trzymać się tej zasady, gdy jest się debiutantem. Pisarz, który tworzy swoje pierwsze dzieło, chce by było ono doskonałe – od tego jak zostanie przyjęte, często zależy jego przyszła obecność na rynku wydawniczym. Dlatego więc wkłada w pisanie bardzo wiele energii i czasu. Niestety najlepsze chęci nie zastąpią doświadczenia i wypracowanego warsztatu. Dlatego na debiuty należy patrzeć z trochę innej perspektywy niż na inne utwory.


Debiutantowi przychodzi zmierzyć się bowiem z trudnymi wyborami. Po pierwsze, które z licznych postaci, które zrodziły się dotychczas w jego wyobraźni, zasługują na to, by powołać je do życia na kartach powieści? Po drugie, który z wykreowanych do tej pory światów (i która jego warstwa), zamieszkałych przez różne formy istnienia, będzie najlepszym tłem do powstającej historii? Po trzecie, które przemyślenia, inspirujące idee uczynić myślą przewodnią tekstu? Wszystkie te wątpliwości przelewają się przez twórczy umysł, który kipi od nadmiaru pomysłów. Niezwykle ciężko jest w takiej sytuacji wybrać pojedynczy wątek. Co za tym idzie: często niedoświadczony pisarz, to wszystko co się w nim do tej pory nagromadziło, przedstawia czytelnikowi w tym jednym, pierwszym dziele. 

Komu się spodoba: fanom poplątań wszelakich; lubiącym filozoficzne rozważania nad kruchością ludzkiego losu, ubranymi w kostium powieści; lubiącym pogmatwane fabuły bez wyrazistego zakończenia; otwartym na debiutantów.

Komu się nie spodoba: oczekującym konkretnej fabuły i prawdziwych bohaterów; nie lubiącym przekombinowanych eksperymentów literackich; tym którzy nie lubią chaosu i oczekują wyraźnego oddzielenia myśli narratora od myśli bohaterów książki w książce; tym których rażą literówki i stylistyczne potknięcia. 

Cała recenzja już jutro TUTAJ


26 maja 2015

Gdzie się podział księżyc? /Noc bez księżyca - Shira Gefen, Etgar Keret/

Z okładki „patrzy” na nas wielka, ciemna plama. Wkomponowany w nią tytuł: Noc bez księżyca, wskazuje na to, co powinno w tym miejscu być, a czego brakuje. Księżyc – i to w pełni – gdzieś przepadł, zniknął bez śladu. Reszta postaci widniejących na okładce, wypatruje go niecierpliwie i każdy ma ku temu inne powody.

Okładka jest na tyle hipnotyzująca, że jeśli chociaż na chwilkę zawiesimy na niej oko – przepadliśmy, na pewno zajrzymy do środka. Poznamy wtedy historię małej Zohar, która nie mogąc zasnąć, postanawia wyruszyć na poszukiwania zaginionego ciała niebieskiego. Podczas swojej wyprawy spotyka kota, który nie jest zbyt chętny do pomocy, dziewczynka przerwała mu bowiem sny o smakołykach. Następnie zgłasza zaginięcie policjantowi, który niestety nie jest w stanie dostrzec nic poza procedurami i papierkami. Z miasta przedostaje się do niebezpiecznego i przerażającego lasu, w którym odkrywa samotny dom. Mieszka w nim dosyć gburowaty pan, który pod swoją niechętną miną ukrywa bolesną samotność. W końcu znajduje także głównego zaginionego i przyczynę całego zamętu. Gdzie i co porabiał? Po co mu była drabina? – musicie przeczytać sami.

25 maja 2015

Ponadczasowe wiersze dla dzieci /W kanarkowym kraju - Anna Świrszczyńska/

Dzieci między drugim a siódmym rokiem życia wierzą, że przedmioty nieożywione są zdolne do myślenia i działania. Podobnie postrzegają zwierzęta – nadając im cechy ludzkie, zwłaszcza przypisując im różne uczucia. Wierszyki o mrówkach, siwej ćmie, hipopotamie zakochanym w muszce, pluszowych liskach, ptaszkach z mądrymi minami i najcichszych śpiewakach świata – rybkach, są więc idealną dla nich lekturą.

Anna Świrszczyńska (1909-1984), znana głównie jako ekscentryczna poetka, której życie i twórczość naznaczyła wojna i której utwory z czasem stały się zbuntowanym głosem kobiet ciemiężonych i uprzedmiotawianych, miała także inne oblicze. W swoich utworach skierowanych do dzieci, malowała słowem zupełnie inne światy. Wykazała się ogromnym wyczuciem i wrażliwością na sposób postrzegania rzeczywistości przez najmłodszych. Wykorzystując swoje trafne obserwacje wykreowała światy w których rządzą pozytywne uczucia, życzliwość, troska – dzięki którym czytelnicy uczą się empatii.

24 maja 2015

Piractwo to światopogląd /Pacynek i oko pirata – Guy Bass/

Pamiętacie Pacynka? Nie?! No to potrzebne będzie krótkie przypomnienie. Główny bohater to powstała ze szmatek i części zapasowych, krzywo pozszywana, łysa – ale sympatyczna - pokraka o bladej facjacie. Ma różnej wielkości i różnego koloru oczy, a jego wyjściowym - jak i dziennym strojem – jest coś jakby piżamka. Nieśmiały i wątły Pacynek, to pierwsze dzieło prawdziwego geniusza zła: profesora Erasmusa. Wraz ze swoim szalonym twórcą i bandą potworów zamieszkuje Zamek Straszydło, budowli rzucającej złowrogi cień na miasteczko o sugestywnej nazwie Pierdziszewo.

Mam przyjemność zaprezentować Wam drugą już część jego przygód, w trakcie której Pacynek przekonuje się, że: Nie widziałeś świata jeśliś go nie oglądał okiem pirata i wyrusza w morską podróż. Nie byłoby to może nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że nasz bohater nie chciał nigdy opuszczać murów zamku. Celem jego życia było bowiem chronienie Erasmusa przed jego własnymi wynalazkami. Pewnego dnia jednak profesor wyjeżdża na Zjazd Szalonych Naukowców i przysyła list, że nie zamierza już wracać. Załamany Pacynek musi znaleźć sobie inne zajęcie. Zbieg okoliczności sprawia, że wraz z przyjaciółmi odkrywa dziennik Kapitana Kuternogi. Arabella (ludzka dziewczynka, która nie boi się niczego) i Stwór (trójręczne monstrum a’la cyklop - nadal nie dorobił się imienia) uważają, że jedno z oczu Pacynka – te niebieskie i hipnotyzujące - należało do tego właśnie pirata. W momencie, gdy Pacynek odkrywa w sobie piracką naturę, burzy się w nim krew i postanawia wyruszyć w rejs. Jego wyprawa szybko przeradza się w akcję ratunkową, gdyż okazuje się, wyjazd profesora był efektem kolejnej intrygi podłego Świrra-Szukalskiego.

21 maja 2015

Twoje sny to ty /Ucząc psa czytać – Jonathan Carroll/


Jeśli nawet niektórym wydaje się inaczej – wszyscy śnimy. Powszechnie wiadomo, że sny mają ogromne znaczenie w naszym życiu, tym bardziej szkoda, że tak trudno jest nam je zrozumieć. Trzeba pogodzić się z tym, że nie na wszystko znamy odpowiedź. Ścieżki życia się nieodgadnione i po prostu trzeba nimi podążać. Jedyna podpowiedź jaką dysponujemy, to „wiedza”, że na kształt snów wpływają nasze doświadczenia, przeżycia, odczucia, myśli i emocje. Podświadomość, w której one wszystkie się gromadzą, wprowadza człowieka w trakcie śnienia w nowe światy i rejony naszego poznania. Sen to własny, prywatny świat człowieka, do którego nikt nie ma wstępu. To język za pomocą, którego porozumiewa się z nami nasza nieświadomość. Dlaczego robi to tak nieczytelnie? Pamiętajmy, że zabałaganiona podświadomość jest jak dziecko. Rządzą nią emocje, nie potrafi czytać, nie racjonalizuje. Płynie po prostu za uczuciem. Według Junga sny mogą nawet wypływać ze wspólnej dla nas wszystkich prehistorii, łącząc różnorodną ludzkość we wspólnotę za pomocą niewidzialnych pomostów. Bez względu na to czy teorie te dotykają prawdy, czy się z nią mijają (bo jak to zbadać?), warto otworzyć się na własne sny – bo udając, że czegoś nie ma, tak naprawdę unikamy siebie.

Erich Fromm pisał, że podczas snu budzimy się do innej formy istnienia, która nie rządzi się prawami logiki, nie podlega kategoriom czasu i przestrzeni.  Frustruje nas to, że nie rozumiemy marzeń sennych. Wolimy więc o nich zapominać i nazywać bezsensownymi, gdyż nie jesteśmy w stanie odkryć, jakie reguły (i czy w ogóle jakieś są) nimi rządzą. Każdy z nas doświadcza również rozdwojenia – sen wydaje nam się realny w trakcie jego trwania, a gdy się budzimy, już tak nie jest. Rzadko zapamiętujemy co śniliśmy - nie pamiętamy więc życia, które stworzyliśmy.

Czytelnicza esencja /Ucząc psa czytać – Jonathan Carroll/

Niesamowitość z pogranicza jawy i snu, logiki i jej braku, absurdu i realności wyziera na nas z każdej strony. Realizm magiczny zawarty w tekście odczuwamy nawet w prozaicznych opisach: zegarka za tysiące dolarów czy czerwonej, skórzanej tapicerki w porsche Cayman. Jeśli dodać do tego miłość i rozpędzone stado nosorożców,  wiadomo już wszystko. Opowiadanie obfituje w humor, za razem jest jednak pełne mroku. Nastroje i klimaty przenikają się tak, jak przenikają się światy. Stają się też konkretne, jak sen o namacalnej konsystencji. Nie do pomyślenia? Nie dla Carrolla. Autor ciekawie wykorzystał w swojej książce koncepcję snu i jawy. Są one dwoma biegunami ludzkiej egzystencji. Życia na jawie odznacza się działaniem, a sen jest od niego wolny - bo sen to stan w którym doświadczamy samych siebie. Carroll wyłączył swojemu bohaterowi częściowo świadomość i obudził go do nowej formy istnienia. Sprawił, że pękła skorupa rzeczywistości i świat pokazał się takim jakim jest naprawdę, a nie takim jakim każe nam się go widzieć.

Komu się spodoba: fanom realizmu magicznego i Carrolla; zainteresowanych rolą snu w życiu, szukającym swojego drugiego „ja”; gotowym na podjęcie gry literackiej.

Komu się nie spodoba: tym którzy lubią konkretne, jasne zakończenia; tym którzy nie przepadają za fantasmagorią, za nieuchwytnym sensem; fanom dłuższych form.


Recenzja w następnym poście: TUTAJ

20 maja 2015

Wściekłe rekiny /Raging Sharks, Rekiny grozy, Wściekłe rekiny – Danny Lerner/ 2005

Już pomijając zaskakujące tłumaczenie tytułu, od początku film wbił mnie w siedzenie. Początek tak mnie zaszokował, że zapomniałam jak się gryzie chipsy. Na samym wstępie: ani morza, głębin, bikini…tylko dwa statki kosmiczne na kolizyjnym kursie. Przyznaje, że mnie przytkało. W wyniku zderzenia i wybuchów, oderwało się tajemnicze COŚ i  spadło na Ziemię – jakby katastrof było mało – uderzyło prościutko w okręt i  to gdzie! W Trójkącie Bermudzkim!

Po tym uroczym wstępie, kiedy mamy chwilę by wziąć oddech, okazuje się, że minęło 5 lat. Przenosimy się do wnętrza podwodnego laboratorium, którego pracownicy utyskują na brak funduszy i na to, że wszystko się tutaj psuje. Nie zdają sobie spawy, że w przeciągu kilku godzin stację nieźle zdemolują wkurzone rekiny, które przybędą tutaj stadami. Nikt nie wie, że na dnie oceanu tkwią czerwone, kosmiczne kryształki, które działają pobudzająco na mieszkańców głębin uzbrojonych w mordercze szczęki. Bohaterom z odsieczą próbuje przybyć okręt podwodny, ale w wyniku niespodziewanej awarii zostaje unieruchomiony. No i sobie dryfuje, a wyjątkowy spokojny kapitan powtarza z kamienną twarzą, że wszystko będzie dobrze. No co za pech! Na teren stacji przedziera się tylko pewien Bardzo Zły Człowiek, którego celem jest zatuszowanie sprawy i wyeliminowanie świadków. Bo koniec końców naukowcy trafiają jednak na ślad czerwonych kryształków, a mają one pozostać tajemnicą. W tym momencie film zmienia się w pełen sensacji obraz. I zaaferowani budowaniem zwrotów akcji twórcy zapominają, że na stacji brakowało już rzekomo tlenu, a wybuchy i pożary raczej nie zmieniają tego stanu na korzyść ludzi. Ogólnie rzecz ujmując: powstała straszna tandeta i bieda z nędzą. Z minuty na minutę coraz gorzej się to ogląda. A zakończenie jeszcze gorsze: obcy przylatują po swoje zabawki,  magicznie wysadzają stację, a ocalali bohaterowie (jak?!!!) teleportują się pod szybkę okrętu bojowego i stukają, by ich wpuszczono. No czad. 

19 maja 2015

My Little Rekin /Malibu - atak rekinów, Mega Shark in Malibu – David Lister/ 2009

O dziwo film klasy Z daje nam lekcję biologii. I to taką prawdziwą, a nie naciąganą np. o prehistorycznych rekinach żyjących w piasku (Rekiny z plaży). W roli głównej, oprócz Pety Wilson, mamy tutaj bowiem rekiny-chochliki (goblin shark). To słabo poznany gatunek rekina głębinowego o różowawym odcieniu. Ich cechą charakterystyczną jest wyrastający z głowy róg. Rekiny jednorożce, hmmm, aż nie można oprzeć się skojarzeniom, prawda? Jednym słowem: My Little Shark. Zwłaszcza, że spokojne usposobienie też, by się zgadzało: występujące w środowisku naturalnym rekiny-gobliny są bowiem niegroźne dla człowieka. Niestety w  Malibu – ataku rekinów nie są zbyt przyjazne. Jeśli zastanawiacie się dlaczego mają takie mordercze zapędy, oto odpowiedź: siedziały uwięzione miliony lat w podwodnej pułapce i zgłodniały przez ten czas. Logiczne prawda? Ileż można wytrzymać. Taki sam motyw przerabialiśmy zresztą już przy Super Sharku.

16 maja 2015

Czytelnicza esencja /Alfie, kot wielorodzinny – Rachel Wells/

Alfie to młody kocur, który utracił dach nad głową i wylądował na ulicy. Jego właścicielka Margaret umarła, a jej córka nie za bardzo przejęła się losem czworonoga. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron od razu przypomniał mi się wiersz Wisławy Szymborskiej Kot w pustym mieszkaniu. Wiersz, jak i tekst powieści wyzwala podobne emocje: bunt na nieuniknione i bezgraniczny smutek.

Umrzeć – tego nie robi się kotu
Bo co ma począć kot
W pustym mieszkaniu
[...]
Ktoś tutaj był i był, 
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Mimo bólu Alfie postanawia żyć, chce przetrwać i ucieka przed groźbą spędzenia życia w schronisku – nazywając go obozem śmierci dla zwierząt. Mieszkając pod chmurką dostaje solidną szkołę życia i uczy się doceniać każde miłe słowo, przyjazny gest i każdy kęs jedzenia, który mu się trafia. Podczas tułaczki musi nauczyć się także w porę rozpoznawać zagrożenia i przed nimi umykać: agresywne psy, samochody, nieprzyjazne koty, a nawet głodni żule. Po kilku tygodniach takiego życia w niczym nie przypomina już salonowego lwa, którym był do tej pory: jest chudy, potargany, nieszczęśliwy. Mimo iż, od małego wychowany był w luksusie i otoczony miłością – przetrwał, co świadczy o sile jego charakteru. Nie ma co się jednak oszukiwać, że przywykł do ulicznego stylu życia: potwornie tęskni za domem, kocykiem i czule pieszczącą go dłonią. Za radą jednego z kotów trafia na Edgar Road, gdzie postanawia "załatwić" sobie kilka mieszkań. Jego postanowienie nie wynika z wyrachowania ani cynizmu - po prostu boi się, że sytuacja się powtórzy i znów nie będzie miał, gdzie się podziać. Bycie kotem dochodzącym nie przeszkadza mu pokochać wszystkich czterech rodzin, z którymi związuje się na dobre i złe. Każdemu ze swoich opiekunów przychodzi z pomocą i ratuje na swój sposób życie.

Komu się spodoba: zwierzolubnym i kociarzom; tym, którzy pragną odprężyć się przy książce; potrzebującym pozytywnej historii do naładowania akumulatorów.

Komu się nie spodoba: nie lubiącym kotów; tym którzy czują się zdradzeni przez swojego pupila; nie lubiącym naiwnych treści i słodkich happy endów.

Autor: Rachel Wells
Tytuł: Alfie kot wielorodzinny
Tytuł oryginału: Alfie the Doorstep Cat
Wydawnictwo: Amber
Wydanie: I
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka
Ilość stron: 350
Cena: 37,80 zł

Recenzja już jutro!

15 maja 2015

Wpuszczony w kanał /Rekin w Wenecji, Shark in Venice - Danny Lerner / 2008

Jeśli wczoraj napisałam, że film Rekin widmo jest nudny, to dlatego, że nie widziałam jeszcze Rekina w Wenecji. W pierwszych minutach „zachwycają” nas  tutaj chóralne śpiewy, które przywodzą na myśl ciepłą, rodzinną, Disnejowską produkcyjkę, co kompletnie nie pasuje do wizji potwora krążącego po „ulicach” Wenecji. Później jeszcze więcej spraw się nie klei. Właściwie nic nie zgrało się tutaj z niczym…

Ogólnie sprawa wygląda tak: jest pewien bardzo zły i chciwy mafiozo Vito Clemenza (Giacomo Gonnella), który chce się dogrzebać do ukrytego w Wenecji skarbu, zdobytego podczas krucjat przez Medyceuszy. W sumie nie ważne: Medyceusze czy Templariusze, mogą być i Mongołowie - historyczne prawdopodobieństwo nikogo w filmach klasy „Z” nie interesuje. I ów Zły tak bardzo boi się, że ktoś mu świśnie sprzed nosa bogactwa, że wpuszcza do kanałów rekiny. A potem się dziwi i pieni, że nurkowie, których wysyła po złoto nie dają rady do niego dopłynąć, a co dopiero z nim wrócić. Błyskotliwy umysł, nie ma co... W każdym razie ta zabójcza logika powoduje, że w odmętach brudnej wody, ginie jeden z zatrudnionych przez Vito ludzi - ojciec oceanografa Davida Franksa (w tej roli: Stephen Baldwin - i już na wstępie zaznaczę, że nie chodzi o TEGO Baldwina, Alec to jego starszy brat). Syn przybywa do Wenecji (a tak naprawdę do Bułgarii), by szukać ojca. Czy się martwi, boi, cierpi? Trudno stwierdzić. Cechą charakterystyczną naszego głównego bohatera jest bowiem nieskażona mimiką twarz. Jako wykładowcy uniwersyteckiemu, wystarczy mu jeden rzut kątem oka na zwłoki w kostnicy i bez zająknięcia stwierdza, że ofiary zginęły w wyniku spotkania z rekinem. Ja też myślałam, że zginę, ta chwila napięcia zanim padło kulminacyjne słowo „REKIN” dłużyła się potwornie - pauza mnie wręcz zabijała. To jednak nie jedyne niesamowite umiejętności Baldwina, potrafi on jeszcze biegać w te i we w te bez celu i pleść trzy po trzy w stylu: Posłuchaj mnie...krwawię i nie mogę mówić. Muszę płynąć. Kocham Cię – tak jednym ciągiem, bez cienia emocji czy bólu. Wracając jednak do fascynującej fabuły: Zły porywa Laurę - dziewczynę Baldwina – by zmusić go do dokończenia pracy ojca, czyli zdobycia skarbu. Ni z gruchy, ni z pietruchy wszystko dobrze się kończy, gdyż pewna pani policjant przypomina sobie nagle po której chce stać stronie.

12 maja 2015

Czytelnicza esencja /Alicja. Królowa Zombi – Gena Showalter/

Co sądzę o nieszczęsnym połączeniu motywu: Alicji, zombie i płytkiego romansu w wykonaniu Geny Showalter, pisałam już przy okazji wcześniejszych dwóch części książki (Alicja w krainie zombi i Alicja i lustro zombi). Po lekturze trzeciej, ostatniej już, części nic się nie zmieniło, autorka niczym mnie nie zaskoczyła. Znów wypełniła znany schemat, przewidywalną treścią, zapominając zupełnie o dekoracjach (czyli mającym ręce i nogi świecie przedstawionym), które mogłyby stanowić ciekawą odskocznię od namiętnych uniesień głównej pary. Seria Kroniki Białego Królika niestety mocno nadwyrężyła moją wewnętrzną tolerancję na nonsens. Fanom gatunku, jak i przygód Cole'a i jego dziewczyny, pewnie Alicja. Królowa Zombi będzie się podobała. Więc w myśl zasady, że co dla jednych lekarstwem dla drugich trucizną – cieszmy się tym, że są gusta i guściki...

Komu się spodoba: fanom romansów wszelakich, zwłaszcza młodzieżowych - paranormal; tym których nie kolą po oczach wyświechtane schematy i fabuła sprowadzona do przydługiej historii, jak to jest w końcu pójść z chłopakiem do łóżka; nastawionym na lekką, rozrywkową lekturę po ciężkim tygodniu.

Komu się nie spodoba: horrorolubnym fanom zombie; tym którzy nie lubią romansów, tym którzy mieli ochotę przeczytać coś ambitnego i/lub strasznego; tym którzy liczyli na to, że Alicja w krainie czarów była rzeczywistą inspiracją dla książki; tym którzy żarty w stylu tych o Chucku Norrisie uważają za żenujące suchary.

Autor: Gena Showalter
Tytuł: Alicja. Królowa Zombi
Tytuł oryginału: The Queen of Zombi Hearts
Wydawnictwo: Mira/Harlequin
Wydanie: I
Tłumaczenie: Jan Kabat
Seria: Kroniki Białego Królika, część 3
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka
Ilość stron: 448
Cena:  34,99 zł




06 maja 2015

Osiem znaczy wieczność /Osiem – Franciszek Kacyniak/

Po przeczytaniu książki Franiszka Kacyniaka przypomniały mi się słowa Gordona Livingstona: Podjęcie ryzyka koniecznego do osiągnięcia celu to akt odwagi, natomiast odmowa podjęcia go w obawie przed porażką to przejaw rozpaczy. Warto zaryzykować, nawet jeśli to tylko szukanie nadziei tam, gdzie jej nie ma. Bohaterowie powieści Osiem przekonali się o tym na własnej skórze.

On jest informatykiem. Żyje więc w świecie jasnych reguł, definicji i wyznaczników. W jego monotonne życie pewnego dnia wkracza Ona. Eteryczna, magnetyczna, hipnotyzująca i…zadziorna. Dzięki niej szare życie, niczym nie wyróżniającego się z tłumu mężczyzny, nabiera barw. Podejmują się bowiem gry - tak samo słodkiej, jak i niebezpiecznej. Zaryzykowali – On i Ona – w efekcie zdobywając dla siebie kilka chwil. Nie było to jednak łatwe. Mam odczucie, że rozpaczliwie wyrwali je z rąk losu, by chociaż raz poczuć, że mają wpływ na swoje życie. Relacja ta, jak większość jej podobnych kończy się pozostawiając po sobie zgliszcza. Nie kończy się jednak tak, jak moglibyśmy się spodziewać. Osiem, to nie jest ksero romansów jakie znamy. Kacyniak postanowił przełamać schemat, nie dał nam więc również typowego zakończenia.

05 maja 2015

Czytelnicza esencja /Osiem – Franciszek Kacyniak/

Linia oddzielająca romantyczną miłość od obsesji często wydaje się niewyraźna, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi romans pozamałżeński. Tematyka książki Kacyniaka elektryzuje ludzkość od wieków. Cel, którego pragnęli jego bohaterowie, i po który odważyli się sięgnąć, powszechnie nazywany jest grzechem. Autor zdaje się nie zaprzątać sobie tym głowy: nie osądza, nie piętnuje. Sprawił nawet, że przez większość książki nie jesteśmy pewni - a jeśli nawet, to zapominamy o tym - że główny bohater jest żonaty. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że zakazane owoce smakują najlepiej. Zresztą, jak może być inaczej? Ludzie od samego początku swojego istnienia są ciekawscy, słabi i pożądają tego czego nie powinni. Adam i Ewa zaryzykowali nawet wygnanie, w zamian za poznanie smaku rajskiego jabłka. Cała nasza historia naznaczona jest tym upadkiem. Od tamtej pory żyjemy w cierpieniu i znoju. Nie poddajemy się jednak, tylko wciąż próbujemy nadać naszemu życiu sens, czerpać z niego radość. Rekompensatą za taki los, jest bliskość drugiego człowieka, chociażby chwilowe porozumienie dusz i ciał - jabłko warte zatracenia, nawet jeśli porządnie poobijane, niezbyt soczyste zagubione i nadgryzione przez tłustego robala.

Komu się spodoba: powinno przypaść do gustu osobom, które mają ochotę na pełną przemyśleń lekturę, które uwielbiają czytać o życiu - tym, które nie jawi się jako czarno-biały lecz pełen szarości twór

Komu się nie spodoba: fanom klasycznych romansów i szczęśliwych zakończeń, tym, którzy mają akurat ochotę na lekką, niezobowiązującą lekturę lub na naprawdę pikantne sceny erotyczne

Cała recenzja już jutro!

50% Shark, 50% Octopus 100% Deadly /Sharktopus, Ośmiorekin - Declan O’ Brien/ 2010

Niskobudżetówka, niskobudżetówce nierówna. Najlepszym wyróżnikiem tych najtandetniejszych jest stopień upojenia alkoholowego niezbędny do ogarnięcia tego, na co się patrzy. Ośmiorekin jest jedną z tych produkcji, których na trzeźwo się nie ogląda. Takie filmy kręci się tylko i wyłącznie dla zgrywu i po to, by było się z czego śmiać - najlepiej w towarzystwie. Przypuszczam, że pomysł skrzyżowania rekina z ośmiornicą, również powstał „pod wpływem”. Zastanawiam się w jakim stanie był Eric Roberts (np. Mroczny Rycerz), gdy zdecydował się zagrać w tej produkcji. Może przegrał zakład, może ktoś ma na niego hipergigantycznego haka wszech czasów? Jeśli ma poczucie humoru i wszedł w to „for fun” to świetnie, jeśli coś go zmusiło, to naprawdę nisko upadł.

Horrorów z rekinami powstają setki i na tle innych – o dziwo – ten wcale  aż taki wyjątkowy nie jest. Widzieliśmy już przecież różne dziwne sytuacje, w których znalazły się te morskie stworzenia w: Rekinado, Dwugłowy rekin atakuje, Rekiny z plaży i spotkaliśmy się już z różnymi niewiarygodnymi hybrydami np. Piraniokondą. Rekin z mackami nieszczególnie więc dziwi. W moim odczuciu to raczej uzasadnienie jego istnienia jest absurdalne i cel powołania do życia skrajnie alogiczny.

04 maja 2015

Bikini, rekiny i lofe /Noc rekinów 3D - David Richard Ellis/ 2011

Kiedy człowiek leży chory, ale – o szczęście niepojęte - dochodzi już do takiego stanu, że jest w stanie oglądać telewizję, nadchodzi  moment wyboru: co by tutaj… Z zatkanym nosem, wiadomo, odpadają wszelkie melodramaty, wyciskacze łez i uwrażliwiające na piękno świata (że co ja?) komedie romantyczne. Dodatkowo rozrywka musi być nieskomplikowana i na odpowiednio niezobowiązującym szare komórki poziomie. Wybrałam więc  Noc rekinów 3D. I jak na złość trafiłam na romans – tyle, że z rekinami ludożercami w tle.

Włączyłam i cóż widzą moje znękane oczy? Teen – slasher i animal attack. Grupka przyjaciół, bogatych i bystrych inaczej, wybiera się poszaleć na wyspę, do domku Sary Palski (Sara Paxon). Wszystkim bohaterom programu Matura to bzdura pragnę przypomnieć, że wyspa to taki kawałek lądu otoczony wodą. Trzeba więc do niego dopłynąć i w razie „w” odpłynąć.  Nie jest to oczywiście skomplikowane, o ile miejscowi frustraci, nienawidzący rozpuszczonej, bogatej młodzieży nie postanowią hodować sobie w tutejszych wodach, stada rekinów. Pech chce, że jeden z tubylców pragnie dodatkowo dokonać na Sarze zemsty z powodu zawodu miłosnego. I jatka gotowa.

02 maja 2015

Są światy inne niż ten - spotkanie z Przemkiem Kossakowskim

Data: 25 kwiecień 2015
Miejsce: Katowice, Sala Instytutu Fizyki Uniwersytet Śląski, ul. Uniwersytecka 4
Tytuł: Na granicy zmysłów – spotkanie z Przemkiem Kossakowskim
Organizator: Przemek Kossakowski, Uniwersytet Śląski
Cena: 20,00 zł


01 maja 2015

Są światy inne niż ten.../Na granicy zmysłów - Przemek Kossakowski/

Jak zauważył już Erich Fromm, nie najlepiej świadczy o mądrości współczesnego człowieka jego nieumiejętność dziwienia się. Bo dziwienie się jest przecież początkiem mądrości. Zdawać by się mogło, że utraciliśmy dar "zdumiewania się" bezpowrotnie,  gdyż zakładamy, że wszystko jest już wiadome, że zdumieć się to wstyd -  oznaka intelektualnej niższości. Współcześnie, o zgrozo, nawet dzieciom nie wypada się dziwić. Fromm ubolewa także nad tym, że: Umiejętność udzielania właściwych odpowiedzi wydaje się najważniejsza, zdolność zadawania właściwych pytań uznawana jest za nieistotną. A jednak, mimo jego czarnej wizji, jest jeszcze dla naszego gatunku nadzieja. Zdarzają się ludzie, którzy nie wstydzą się dziwić. Tacy, którzy chcą dzielić się z innymi swoją ogromną otwartością na niewiadome. Kossakowskiemu zdziwienie towarzyszy nieustannie: w kolejnych odcinkach programu Kossakowski. Szósty zmysł i na kartach książki, będącej uzupełnieniem owego programu. Każdym kolejnym spotkaniem z tajemnicami uzdrowicieli, udowadnia jak niewiele wiemy o świecie. Jak bardzo mylimy się sądząc, że zmierzyliśmy i zważyliśmy już wszystko. A tymczasem natura wszechświata pozostaje wciąż ukryta i nieuświadomiona w swoim ogromne różnorodności.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...