Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Henel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Henel. Pokaż wszystkie posty

02 lutego 2014

Horror Masakra 2


Myśl przewodnia
Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą. (Neil Galman)
Pierwsze wrażenia
Miejcie litość - mam swoje lata i wadę wzroku. Jeśli chcecie pozyskać wiernych czytelników, nie powodujcie, że po lekturze oślepną – chyba, że następne numery chcecie wydawać brajlem ;-). HM, ma być „przyjemną” lekturą. Pocierając ciagle zmęczone oczy, nie wejdziemy w pełni w świat wykreowany przez pisarzy i nie poczujemy tego, co chcą nam przekazać. Format A5 zdecydowanie poręczniejszy, w sam raz do torebki.
Podoba mi się utrzymana w jednym stylu okładka. Powoduje to, że zin ma tożsamość, jest rozpoznawalny z daleka: nawet bez czytania tytułu, wiemy, że to HM – bo ma już swój wizualny charakter. Ale to tyle zachwytu. Po co grafika na okładce, skoro i tak została prawie cała zasłonięta napisami? Okładka ma intrygować i kusić, a nie wywalać streszczeniem. Metaforycznie mówiąc: flaki mają być przy pierwszym kontakcie, no póki co, w środku. Wystarczy jedno, dwa nazwiska, jakiś tytuł, motyw przewodni numeru i niech czytelnik się wysili i zajrzy do środka, po co go wyręczać? Poza tym wszystko tą samą czcionką i kolorem, jak tytuł magazynu, który tym samym się zatraca. Wyszła paćka z ogromnym ISSN.
Jeżeli chodzi o budowę wnętrza: nadal będę się upierać przy tym, że Redakcja szuka tego jedynego wyrazu, indywidualizacji w formie. Przecież wszystkie magazyny nie muszą wyglądać tak samo i mieć tych samych elementów. Można stworzyć coś zupełnie nowego, innego. Dlaczego nie pójść w nowatorstwo? Nowatorstwem nie da się jednak wytłumaczyć niedoróbek  - te porozjeżdżane grafiki trochę bolą. Obrazków mogłoby być też trochę więcej. Specjaliści od neuroamrketingu zalewają nas informacjami o potrzebie wizualizacji tekstów. Ludzie jako istoty ewoluujące (kierunek nieważny) w erze monitorów (TV, komputery i inne ustrojstwa) wychowywani przy nich i kształtowani przez nie od najmłodszych lat - są uzależnieni od obrazów. Stop - więcej w temacie nie będę truła. Wracając do wnętrza magazynyu: najbardziej przeszkadza mi brak spisu treści i numerów stron, ich brak naprawdę mnie przeraził (każdy w końcu ma jakąś fobię). Literówki nadal "bylskie". Nie jest to aż tak spory zin, by tego nie ogarnąć - rola korektora zobowiązuje.
http://milesteves.com/images/gallery/illustration/
Artykuły i felietony
I w tym numerze pojawia się Adrian Warwas. I tym razem wychodzi słabo. Miało być o giallo, jak dumnie prezentuje okładka (kolejny minus robienia z niej spisu treści). Koniec końców pojawia się 5 zdań na krzyż i jeśli nic nie wiedzieliśmy o temacie, to nie wiemy nadal. Autor tylko pochwalił się, że oglądał.
Sytuacje ratuje Michał Stonawski w artykule, powiedzmy, że o Grabińskim, żeby było enigmatycznie. Tekst jest przemyślany i spójny, ukazuje smutną prawdę o polskim rynku wydawniczym i nadzieje na zmianę tej sytuacji. Autor nie narzuca nam ostentacyjnie swojego punktu widzenia, ale naświetla „sprawę” z kilku stron. Nie zapomina, że wszystko uzależnione jest od perspektywy. Wysoki poziom.
Wywiady
Cichowlas (bohater wywiadu) na spółkę z Kryczem („Siedlisko” i „Koszmar na miarę” – delikatnie to ujmę – są kiepskie) skutecznie zniechęcili mnie swego czasu do polskiego horroru. Dlatego mam obawy, co do „Pradawnego zła”. Mam nadzieję, że sytuację uratuje Łukasz Radecki – on wie, co się robi ze słowami, atmosferą i bohaterami. Wie też co najważniejsze – gatunek sam w sobie. To on zresztą jest „przepytywanym” w drugim wywiadzie. Przynajmniej ma odwagę powiedzieć głośno o istnieniu…wygodnie usadzonych tyłków.
Microfiction („szorty” za bardzo kojarzą mi się z „szotami”, więc zostaję przy „microfiction”)
Rafał Sala nadal w formie, jego „Wyrzuty sumienia” rozbawią niejednego nocnego łakomczucha, a „Czara goryczy”, poważniejsza w wymowie, zaciera granicę jawy i snu.
Krzysztof T. Dąbrowski „Spokojnie, to tylko sęp!” – przewrotne i zabawne, wbija szpilę tam, gdzie trzeba i nawet kończy się happy endem. Ale mówiąc otwarcie: taka sobie REKLAMA...
Wrzucę tutaj jeszcze Michała Górzyznę i jego „Randkę” -  o pewnym klubie i pomagierach. Motyw dość ograny. Na szczęście podany w formie fast foodu, bo inaczej byśmy przy tym zeszli...
http://smutny.aniol.pinger.pl/m/4052163
Opowiadania
Maciej Lewandowski „Emisariusz” – kosmiczne wojaże zaprowadziły ludzi, jak to zwykle bywa, za daleko. Główny bohater, ktoś Robokopopodobny – został wtłoczony w karty fanatycznej historii, w której palcem zamieszał okultyzm. Opowiadanie kojarzy mi się oczywiście z połową filmów o podboju kosmosu (przestrzele, ale od „Prometeusza”, „Europa report” po „Ukryty wymiar”) i oczywiście z „Blood Creek”. Nie chcę zdradzać, dlaczego i co dokładnie, więc czytajcie i oglądajcie. Ciekawy mix i świetne rozwiązanie.
Iwona Grodzka „Groźny Mikołaj” – Nie interesuje mnie, że opowiadanie wygrało konkurs Paradoksu. Tekst jest po prostu słaby: stylistycznie (gdzie są korektorzy i dlaczego nie pomogli Pani Iwonie?) i fabularnie nieporadny. Na dokładkę przewidywalne zakończenie. Jeżeli to początkująca pisarka, warto wyobraźnię (bo pomysł jest „strasznie” ciekawy i świeży) wesprzeć dobrym warsztatem (czyli: praca, praca, i jeszcze raz praca).
Rafał Christ „Tylko martwi umierają”– Na poprawę nastroju po poprzednim opowiadaniu, trochę brutalnego porno, krwistej rąbanki i dowcipu. Zaskakuje, jest miło.
Bartosz Orlewski „Niemożliwe sny” – Oniryczna historia mafijna o ciemności, bogach i portalach oraz trudnej miłości. Rewelacyjna ciężka, gęsta atmosfera. Uszami wyobraźni słyszę niski, przypominający szept, chrapliwy głos bohatera.
Łukasz Henel „Ostatnia wola” – Ciekawy sposób na poszukiwanie weny. Losu czasami jednak nie należy kusić…bo uformuje taki cykl zdarzeń, że nam w pięty pójdzie. Oczywiście wykorzysta do tego urocze stworzenie, którym jest kot, bo jakie by inne? Napisane prostym i przystępnym językiem, jednak nie zaskakuje.
Michał Gajewski „Kotek” – Odliczanie skutecznie buduje napięcie. A ciężka, mroczna atmosfera balansuje na krawędzi rozpaczy. Bo czy otoczeni poczuciem bezpieczeństwa – złudnym jak się okazuje – spodziewamy się, że staniemy się głównymi bohaterami prawdziwej jatki? O bezsensownym okrucieństwie i karze za nie. Refleksyjne, bardzo.
http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-warhammer/10816-wewnetrzny-wrog-cienie-nad-ba-genhafen.html
Michał Stonawski „Śpij dobrze” – Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Uważaj, komu ufasz i nie nadużywaj niezrozumiałych – dla tego świata – zdolności. Dobre, dłuższe wprowadzenie do ciekawej puenty. Złowieszczo.
Rafał Sala „Zerwane więzi” – Nastrojowa historia, o tym, że przed przeszłością się nie ucieknie, zwłaszcza, gdy jest ona demonem podszyta. Rodzina – wiadomo – powinna trzymać się razem, wycinanie ze zdjęć jej członków nie zawsze pomaga.
Maciej Kaźmierczak „A kogo to obchodzi” – Człowiek wzdryga się na myśl o tym, co zrobił sobie bohater. Jednak to tylko sposób dotarcia do prawdy. Zakończenie nie zaspokaja naszego apetytu, tym bardziej trzeba zastanowić się nad „potrzebnością” wstępnej instrukcji pisarza.
Jak w każdej antologii i w zinie muszą pojawić się teksty świetne, jak i te słabsze. Moja trójka bestów: „Niemożliwe sny” (za atmosferę i tajemnicę), „Kotek” (za refleksję), „Tylko martwi umierają” (za dowcip). Jestem ciekawa, co Redakcja zaserwuje nam w następnym numerze. A wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

P.S "Wielokrotnie zdarzyło nam się zaobserwować, że opakowania nisko oceniane pod względem efektywności neurologicznej mają pewną cechę wspólną: przekaz słowny został na nich umieszczony na interesującym tle graficznym. Jeżeli ważny element semantyczny zostaje nałożony na interesujący obraz, mózg zdaje się ignorować element słowny i koncentruje się na tle graficznym. Wniosek z tego taki, że mózg postrzega nałożony napis  jako "przeszkodę" i stara się ją usunąć z drogi." /Mózg na zakupach. Neuromarketing w sprzedaży - A.K. Pradeep/

01 lutego 2014

Tak, też wolę papier od monitora /Horror Masakra nr 1/


Po pierwsze: Trawa nie rośnie szybciej, gdy się za nią ciągnie (G. Hüther). Niech ZIN płynie własnym rytmem i rozwija się w te kierunki, w które chce. I kropka.

Było trochę szumu – to trzeba przyznać. Ale najważniejsze to chyba to, że było wiele wiary we własny pomysł i jeszcze więcej samozaparcia, co ogromnie szanuję. Nie będę rozwodzić się jednak nad ideą przyświecającą powstaniu pisma. Inni już to świetnie zrobili. Ja chcę zweryfikować zawartość.

Co się rzuca w oczy jako pierwsze? Nie będę odkrywcą, jeśli napiszę, że okładka. Głosowałam na nią w Złotym Kościeju i tam też uargumentowałam swój wybór, kto ciekawy jak – niech zajrzy tutaj.

A potem nos w środek i….

Widać, że Redakcja sama jeszcze nie wie, jak to ma wyglądać. Wizja dopiero nabiera kształtu. Nie wiadomo jeszcze, jaki poszczególne składniki przyjmą motyw przewodni. Czcionki, kolumny, równość, tytuły, szarość - to drugi plan – na razie głównie liczą się teksty. W myśl zasady: Najpierw masa, potem rzeźba.

Artykuły i felietony

Dwa felietony o filmach grozy. Jeden w zasadzie przypominający bardziej kartkę wyrwaną z pamiętnika niż artykuł. Nie dowiedziałam się z niego właściwie niczego, czego bym już nie wiedziała, oprócz tego, że ten kto pisał – ogląda horrory. Trudno po jednym numerze orzec, czy to będzie taki cykl Adriana Warwasa, którego to skromny początek, czy tak po prostu wyszło. Nie wnikam. Poczekam na rozwój sytuacji. Drugi, to już co innego: ma myśl przewodnią i kipi energią. Magdalena M. Kałużyńska przedstawia nam w nim polskie produkcje grozy, trochę zbyt dosadnym językiem (ale się uśmiałam przynajmniej). Może nie da się inaczej pisać o zjawisku, które zwie się horrorem, ale największy strach, jaki się z nim wiąże, to zaryzykować i włączyć…
 
http://freeisoft.pl/2009/07/tapety-hd-demon-horror/horror-tapety-hd-29/
Następnie - znów Adrian Warwas – zapoznajemy się z fenomenem The Asylum Studio i Syfy. Ciekawie napisane. Zostałam zmuszona do podróży w czasie, ku tym chwilom, gdy…widziałam chyba wszystkie (chociaż nie przebrnęłam przez niektóre np. „Erę Hobbitów” – aż mnie trzepie na samo wspomnienie). Poziom absurdu w tych produkcjach sięga zenitu, to typowe odmóżdżacze, na dni, gdy życie skopie nas na miazgę. A poza tym ich fenomen, nie bierze się znikąd. Naiwnie sądzę, że nakręcenie czegoś aż tak złego, kiepskiego, absurdalnie durnego, też urasta do rangi sztuki (?) Nie każdy tak potrafi.

P.S. też zwróciłam uwagę na tę scenę :-) jednak dwugłowy rekin zjada te dziewczyny w płytkiej wodzie, dlatego, że – przecież! - musiały pokazać cycki! Pokrętna logika, ale zawsze.

Wywiady

Dwa wywiady. Ten z Tomaszem Czarnym przeczytałam z zaciekawieniem. Jego opowiadania z „Gorefikacji” nie przypadły mi szczególnie do gustu, ale nie zmienia to faktu, że jestem ciekawa tego człowieka. Coś czuję, że teraz będzie nam bardziej po drodze (zwłaszcza po „Oddałam ciało w dobre ręce”, o czym niżej). Wywiad z Łukaszem Henelem przeczytałam grzecznościowo, ponieważ jestem chwilowo baaaardzoooo rozczarowana „Szkarłatnym blaskiem” i czekam na rehabilitację w „Leśniczówce”. Żadne gadki szmatki mnie teraz nie przekonają.

Microfiction   

Dwie króciutkie próbki Rafała Sali: (czyżby mistrz krótkiej formy?) „Przerwane ogniwo” – bo kogo nie wkur***ą łańcuszki, same w sobie stanowią nie lada horror i „Cóż wiemy o potworach?” – fakt, wiemy niewiele. A nawet, gdy już coś niecoś ogarniamy i pojawia się światełko w tunelu, czyli szansa na ratunek, to zawsze ktoś to spieprzy. Rzec można tylko lakonicznie: życie.

http://freeisoft.pl/2009/07/tapety-hd-demon-horror/Opowiadania

Tomasz Czarny „Oddałam ciało w dobre ręce” -  Czytając kurczymy się w sobie, bo wiemy, że ten horror jest prawdopodobny!! Mimo, że wiemy, ku czemu to zmierza dajemy się uwieść stopniowemu napięciu i „ciężkiej” atmosferze. Uważajmy, więc na swoje kompleksy i to w jakie ręce je oddajemy, by ktoś nas nimi nie nakarmił!! Dobre.

Paulina Kuchta „Nic nie czuję” – Poetycki tekst utkany emocją, o znienawidzonych rytuałach dnia codziennego. Cóż, człowieka powinno się wyprowadzać na smyczy i z kagańcem – społeczeństwo słusznie boi się byśmy się z tych atrybutów nie zerwali. Przyznajmy, że nie raz mierzymy się z takim samym mrokiem, jak główna bohaterka. Ale niestety to już było, już to czytałam, atutem historii pozostaje tylko jej język.

Sylwia Błach „Cisza w eterze” – Horrory są takie strasznie życiowe. A męska intuicja też czasem nie zawodzi – niestety dla głównego bohatera opowiadania. Zawsze jest jednak nadzieja na ciąg dalszy, na kolejny krok. Jak na razie najmocniejsze z przeczytanych, mimo małej zawartości anatomicznych szczegółów, że tak to ujmę: jest sex ale nie gore. Intrygująca fabuła zasadza się w odbiorze, gdzieś na poziomie uczucia i wyobrażenia.

Piotr Grzywacz „Dom miłości” –  Narratorem opowiadania jest tytułowy dom, zastanawialiście się kiedyś, co czuje taki żywy organizm podczas remontu? A co stanie się, gdy dom zakocha się w mieszkańcu i gdy oboje staną w obliczu nieuniknionej i okrutnej śmierci? Pełne wrażliwości, świetnie skonstruowane. Czy choroby, które trawią nasze umysły, to te, którymi zarażamy się od miejsc, w których mieszkamy? Prowokuje do bardzo ciekawej refleksji.

Łukasz Radecki „Robaczywek” – Cięte poczucie humoru trochę tuszuje przerażającą realność tekstu o inności, byśmy zaraz nie popędzili wszyscy z widłami palić rodzimych wsi. Horror istnieje i bez zjawisk nadprzyrodzonych. To, do czego jesteśmy zdolni w swej „normalności”, zaprasza do szerszej dyskusji. Opowiadanie zdecydowanie słuszniejsze i mocniejsze niż „Nastoletnie matki po polsku” (MTV, czy inny ambitny kanał). Flaków nie za dużo, ale i tak zmuszają do porządnego zastanowienia się.

Andrzej Biedroń „Wstrząs” – Bardziej komedia niż horror. Nie ma to jak porządne urojenia i slipy na pilota. Dowcipnie i z jajem, niektórym jednak po lekturze nie powinno być do śmiechu. Może i wam wybranki sprezentują taki horror?

Aleksandra Brożek „Zaklęcie” – Motyw samotnej huśtawki w ogrodzie jest dość dobrze znany. Tym razem staje się ona narzędziem przemiany. Jest nastrój, rytm. Jednak opowiadanie mnie nie powaliło.

Paulina J. Król „Lekoman” – Urojenia, leki, leki, urojenia. Sen wariata przeżywany na jawie dzień po dniu, czy niebezpieczne super moce? Rozstrzygnijcie sami. Pomysł świetny, tylko, że bohater nie porwał nas do swojego meteoświata….

Artur Kuchta „Jak kurwie w deszcz” – Grabarzowi zawsze wiatr w oczy…ciężka robota, pogoda nie zawsze rozpieszcza. Jak się jednak żyje tak blisko tamtego świata, zaciera się cienka granica – i śmierć korzysta z dobrodziejstw technologicznych nowinek, dając fory podopiecznym. Zastanówcie się więc, czy chcecie nadal wyłączać na noc telefony.

Marcin Podlewski „Jak w domu” – Esy-floresy językowe nie zawsze wypadają zgrabnie w krótkiej formie, mimo ukazywanej przez nie łatwości w operowaniu językiem. Przy dłuższej próbie zdecydowanie lepiej ukazałyby drzemiący w opowiadaniu świat. Tortury, jak tortury. Nihil novi.

Paweł Pietrzak „Nowi sąsiedzi” – Sporo jadu, śmiechu i potrzeby krwi. Zakończenie dość przewidywalne i jak na horror - ugrzecznione. Dlaczego stoimy za drzwiami, a nie w centrum akcji?

Pierwszy numer wydany z rezerwą, jeśli chodzi o moc uderzenia. Jest delikatnie i nastrojowo. W myśl tego, co napisała Magda Kałużyńska, dobry horror musi ciekawić, niekoniecznie przerażać. Zadanie wykonane: ciekawość pobudzona. Chyba, że powinno też mocno przerazić, tylko mam już wyżarte nadmiarem wrażeń receptory. Jak na 36 stron sporo literówek - a przecież są wyznaczeni korektorzy.
 
Ogólnie: jest potencjał! Warto śledzić.
 
Acha! Moja best trójka: „Robaczywek” (za tło socjologiczne), „Dom miłości” (super pomysł), „Oddałam ciało w dobre ręce” (za to, że wreszcie mi się coś podoba).

O drugim numerze Horror Masakry można przeczytać TUTAJ.

30 stycznia 2014

Barwa rozczarowania /Szkarłatny blask - Łukasz Henel/


Poznaliśmy się 5 minut temu, „On” uwiódł mnie, jednak chwilowo uważam nasz romans za zawieszony…
Zastanawia mnie, która z książek pisarza została napisana tak naprawdę jako pierwsza. „Szkarłatny blask” pozostaje daleko w tyle za debiutanckim „On”. A szkoda. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe potknięcie i to „On” ukazuje prawdziwie możliwości pisarza i że znów zachwyci mnie w kolejnej książce  - „Leśniczówce”.
Klepiący biedę absolwent socjologii porzuca znienawidzoną, mało ambitną pracę i rusza naprzeciw przeznaczeniu. Otrzymuje spadek – chatę w lesie Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego – który ma pomóc ziścić się jego marzeniom o lepszym życiu. O tym, że to początek koszmaru, a nie pięknego snu, przekonuje się dość szybko. Zanim w ogóle dociera na miejsce, złe moce dają mu się we znaki. No cóż przed przeznaczeniem się nie ucieknie. Na szczęście Łukasz ma przyjaciół: Witka i Martę którzy, tak jak i on, zostali „napisani” wprost pod wymagania horrorów i nie uciekają z krzykiem przed byle niebezpieczeństwem. Czyli żwawo popychają akcję do przodu.

29 stycznia 2014

Ciemność nadchodzi /On - Łukasz Henel/

Dopiero nominacja do Złotego Kościeja zmotywowała mnie skutecznie do lektury. Ciągle odkładałam  ją na nieokreślone później. Ale w końcu nadszedł czas tej historii, i pomyślałam: „pora ją przeżyć”. I co mogę powiedzieć? Jeśli lubicie takie klimaty, nie stosujcie się do ostrzeżenia na okładce i czytajcie po zmroku – warto! Łukasz Henel z łatwością daje nam to, czego oczekujemy – STRACH.

Sunąc od słowa do słowa, zatęskniłam za charakterystycznym zapachem lasu, za niepokojem, jaki wzbudza zapadająca nagle cisza. Ona nigdy nie wróży dobrze bohaterom –, ale nie łudźmy się nam również nie. Zwłaszcza, gdy jedyne, co nam zostaje to chrzęst ściółki pod stopami...Sprawa jeszcze bardziej komplikuje się w nocy. Jeśli ktoś miał okazję być na odludziu, w lesie po zmroku, doświadczył prawdziwej, nieprzeniknionej ciemności. Nam mieszczuchom tylko wydaje się, że wiemy co to jest. Żyjemy jednak wśród oświetlonych witryn sklepowych, podświetlonych skwerków, świateł drogowych i latarni. W lesie z dala od miast, w bezksiężycową i bezgwieździstą noc, nie ma żadnego źródła światła, żadnej łuny, poblasku, odbić – nic (no chyba, że ktoś potrafi „świecić oczami”). Mrok oblepia nas, a my ślepi w jego uścisku, odczuwamy pierwotny lęk. Gdy doświadczałam tego po raz pierwszy, byłam jak sparaliżowana. I to najbardziej urzekło mnie w tej powieści. Widać, że Henel wie o czym pisze, że wie, co to jest „nic” i skazane na nie, nasze ucywilizowane zmysły. Niezwykle plastycznie oddał wszelkie wrażenia, których ofiarami stajemy się w tym stanie: dotyk niewidzialnego i niepokój zmysłów. Jeśli ktoś nie rozumie o co chodzi, niech zafunduje sobie małą survivalową przygodę…
http://www.nautilus.org.pl/?p=artykul&id=2490
W ciemności sprawy się komplikują – to już ustaliliśmy. A co, jeśli dodamy do tego jeszcze: deszcz, błoto, opuszczony pałac na leśnym wzgórzu i czające się w nim Zło? To już mamy sytuację, której raczej nie zazdrościmy głównemu bohaterowi. Jak łatwo zauważyć, Henel korzysta ze sprawdzonych, klasycznych elementów do budowy atmosfery i historii grozy. Oprócz już wymienionych mamy: czarownicę, przeklęty medalion, opuszczoną chatkę, duchy, legendy, przesądy, tajemnicze zniknięcia, nieufnych – świadomych wszystkiego – miejscowych, burze, stare groby i zatęchłe piwnice. Narzędzia te – same w sobie skuteczne (bo kto się nie boi piwnicy?) – w niewłaściwych rękach i tak nie przyniosłyby zamierzonych efektów. Pisarz jednak wie co robi i oklepane schematy wypełnia ciekawą treścią, przetwarza je i odświeża. Ogromnym plusem jest również uczynienie z przyrody jednej z główniejszych postaci książki, żyjącej własnym życiem, nieokiełznanej siły, która nurza bohaterów we wszechobecnym zapachu wilgotnego mchu.
I tak wchodzimy do świata wsi Wilki, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje. W miejscowościach takich jak ta czas się zatrzymał. Nie tylko dlatego, że są położone  na uboczu, z dala od głównych arterii miast, chodzi o coś więcej. Tutaj, jak to zazwyczaj bywa, zło rozdaje karty i prześciga same siebie w knuciu intryg. Ludzie są tylko zabawkami w Jego dłoniach. A młody biznesmen znalazł się w złym miejscu w złym czasie (a może to było przeznaczenie, fatum i czekano na niego?) i jedna jego decyzja pociągnęła za sobą lawinę skutków. Porażających skutków.
http://ancientlord.wordpress.com/tag/zlo/
Wymowny, wieloznaczny tytuł, tchnie tajemnicą, jak większość stronic powieści – do samego końca nie wiemy zbyt wiele. Ogarnia nas poczucie zagrożenia, nie wiemy z której strony nadejdzie, ani w jakiej formie. Fabuła niezauważalnie rozszerza się i wysuwa swoje macki w różne strony. Na początku jest to historia jednego bohatera, jednak Zło zatacza coraz większe kręgi. Sięga po inne ofiary, nie oszczędzając nikogo. Pisarz kolejne elementy „układanki” odsłania z ogromnym wyczuciem, atmosferę czyniąc coraz bardziej klaustrofobiczną. Podkreślając tym bezradność bohatera: połkniętego i trawionego w trzewiach zła i starchu. Henel nie zapomniał, że „potwór” aby straszyć i skutecznie siać zniszczenie musi być obecny przez swoją nieobecność. Nie rzuca się go na pierwszą stronę z dokładnym opisem, metką i kodem kreskowym. Czytelnik i bohater zostają pchnięci w wir niewiadomej. Stanu tego nie można jednak przedłużać w nieskończoność. Autor ma wyczucie, co do chwil uchylania rąbka tajemnicy – nie spóźnia się.
Nasz bohater jest wciąż czujny, pełen adrenaliny, znużony i… niekonsekwentny. Jest dla mnie fenomenem: boi się, ucieka – racjonalizuje (z uporem maniaka) i wraca, by za chwilę znów wleźć tam, gdzie nie trzeba – wystraszyć się, uciec – zracjonalizować i wrócić. Obłęd w ciapki. Wydawać by się mogło, że normalny człowiek, po jednej nocy uciekłby, gdzie pieprz rośnie z nawiedzonego miejsca. Jednak czy nasza perspektywa nie zmieniłaby się, gdybyśmy stali na skraju bankructwa, walczylibyśmy o swoją własność? Czy bylibyśmy aż tak logiczni, jak nam się wydaje? Nie zakładajmy, że wiemy wszystko lepiej… Autor świetnie nadał sens działaniom postaci, uzasadnił je - o zgrozo – dobrze i skutecznie! Poniekąd więc rozumiemy go. Ma obsesję na punkcie własności. Całkowicie zafiksował się na chronieniu dorobku życia. To zwykły człowiek rzucony w niezwykłą sytuację. Skutkuje to odrywaniem się od realiów i „łatką” bzika. Jest całkowicie nieświadomy tego co dzieje się wokół niego. W głowie mu tylko płomienny romans z autostopowiczką Beatą (kobieta oczywiście w oczywisty sposób piękna) - na szczęście zaprezentowany nam bez anatomicznych szczegółów. W porę jednak „przyjacielską” dłoń podaje mu ksiądz Jacek…
http://jaksar.wordpress.com/2013/02/23/magia-ludowa/
Przez większość historii autor wodzi nas za nos – mimo jej silnego osadzenia w znajomej konwencji, nie wiemy czego się tak naprawdę spodziewać.  W pewnym momencie wyprowadza nas w pole, wartka akcja skręca bez zapowiedzi. Autor bada naszą czujność – żaden element nie jest w treści zbędny, lub bez znaczenia. Końcówka jest jednak przewidywalna. Spodziewamy się, że następująca sielanka, cisza po burzy, to tak naprawdę cisza przed jeszcze większą burzą, a  autor zaraz uraczy nas jakimś „łubu-dubu”. I nie zawodzi nas, jest „łubu-dubu”, nawet z tanecznym przytupem. Fabuła musi się po porostu zamknąć w określony sposób, a zło wyruszyć na polowanie.
Nie byłabym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepiła i nie miała żadnego „ale”. Przez pół książki męczyło, mnie pytanie, czy bohater chce garścią ziół bronić się do końca życia? Świece zrobił z parafiny, nie z wosku, a ta pali się krócej. Dlaczego nie zastanawia go, co się stanie, gdy się skończą? Scena, w której miejscowi pod sklepem ostrzegają bohatera – wydała mi się zbyt teatralna, a siostra ostrzegająca księdza – mimo celowej zmyłki, ten wątek przesadzony i niepotrzebny. Opieszałe działania (a raczej ich brak) policji w kwestii śmierci kilku osób, jest jednak zbyt opieszałe i - nawet jak na polskie warunki - niewiarygodne.
http://biuro-duchow.blog.onet.pl/2013/10/
Spójności fabule nadaje nienachalnie wplecione tło społeczne. Nie ma nudnych wykładów o beznadziejności, za to są humorystycznie (ale jaki gorzki to śmiech) wplecione spostrzeżenia o swojskich absurdach: policji, dla której głównie to ofiara jest podejrzana, o nudnych procedurach, trudnych realiach dla prowadzenia biznesu, bezsensownej walce z międzynarodowymi sieciami i korporacjami, wykańczającymi drobnych przedsiębiorców. Ten przekaz, wpleciony mimochodem, uzasadnia istnienie postaci i jej wewnętrzne motywacje postępowania. Dzięki nim bohater nie jest wyrwanym znikąd sztucznym tworem, ale osobą z krwi i kości.
Kolejnym atutem powieści jest język: prosty i dowcipny. Ta mroczna historia opowiedziana jest zgrabnym stylem i czyta się ją błyskawicznie. Mimo prostoty języka jest on niesamowicie plastyczny. Czuć wilgoć, słychać przytłaczającą ciszę, gdy ptaki nagle milkną, oczami wyobraźni pochłaniamy otaczającą nas scenerię, wraz z niepokojącymi cieniami… Powieść Henela, to bardzo wdzięczny materiał dla filmowca. To praktycznie gotowy do zekranizowania scenariusz. W filmie nadnaturalny klimat podkreślałyby przenikliwie zawodzące w tle skrzypce. Byle za realizację nie wzięli się polscy „specjaliści” od „Leśnych dołów”… Henel czerpie garściami z popkultury i klasyki, wyraźnie inspiruje się folklorem. Podobnie, jak twórcy epoki romantyzmu - tej mrocznej, pełnej legend, ludowych motywów i śmierci – zabiera nas w podroż do świata, który trwa nadal, mimo upływu wieków. Zmusza nas do refleksji nad tym: jak głęboko tkwimy w naszej przeszłości? Jak głęboko tkwi w niej Zło?
Nieskomplikowana okładka horroru z krwistym tytułem, przypomina te z lat dziewięćdziesiątych. Nie spodziewamy się po tak „oprawionej” książce wiele, jednak zostajemy mile zaskoczeni. Czerwień i czerń zawsze się sprawdzają, i tym razem stanowią zapowiedź intensywnych doznań. Nawet tytuł powieści przekonuje prostostą: tytułowy „On” intryguje, jak najszybciej chcielibyśmy się dowiedzieć „kto” czai się w ciemności. No właśnie „kto”? Sprawdzić musicie sami, jeśli starczy Wam odwagi :-)
Przeczytałam. Pakuję się i jadę w Polskę, biegać po lasach w poszukiwaniu zapomnianych legend i niech mnie licho, diabli a nawet południce… „Jest MOC” jak to się teraz mówi. Gorąco polecam!
P.S. Uważajcie na nieznajomych na leśnych drogach i niech wam brak śmieci w lesie zapali czerwoną lampkę.

Okładka 5/6
Wydanie 5/6
Czytliwość 5/6
Ogólnie 5,5/6
Autor: Łukasz Henel

Tytuł: On
Wydawnictwo: Videograf
Wydanie: I
Rok wydania: 2013
Oprawa: miękka
Ilość stron: 284
Cena: 31,90 zł

Fragment:
Większość ludzi sądzi, że człowiek bogaty nie może zbankrutować. W zasadzie odległość, jaka dzieli od bankructwa multimilionera i biedaka, jest taka sama.
Właśnie takie filozoficzne rozważania z pewnością napełniałyby moją głowę, gdybym tylko miał na to czas. Teraz, siedząc w środku lexusa, dyszałem ciężko, usiłując zrozumieć to, co widziałem. Dwa zmasakrowane, zakrwawione ciała mężczyzn. Nigdy nie widziałem na własne oczy czegoś takiego. Często widuje się podobne sceny, pijąc piwo i chrupiąc chipsy. Ale co innego stanąć twarzą w twarz z prawdziwymi ciałami facetów , którzy żyli jeszcze przed chwilą i – co więcej – byli na tyle żywotni, że próbowali rozwalić mi łeb. Co innego poczuć smród, zdając sobie sprawę, że po śmierci po prostu się wypróżnili. A może jeszcze przed śmiercią, ze strachu. Tylko, co do cholery, mogło ich tak wystraszyć?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...