A oto powód dla którego broniłam horroru
sci-fi Hangar 10, czyli film o
enigmatycznym tytule: Dark space.
Polski tytuł tego „arcydzieła”, jak to zwykle bywa, jest ambitniejszy od samego
filmu, a brzmi: Niebezpieczna przestrzeń.
Zresztą nie tylko polski tytuł, nawet teksty na etykietach środków czyszczących
są ambitniejsze. Dostarczają też więcej rozrywki i bez cienia wątpliwości
zawierają o wiele większą dawkę zdrowego rozsądku.
Prowadzenie
pod wpływem alkoholu – nieważne, samochodu czy pojazdu kosmicznego - zawsze
skutkuje zgubnymi konsekwencjami. W
rezultacie grzebania w oprogramowaniu dochodzi do uszkodzeń i grupka przyjaciół
ląduje przymusowo na nieznanej
planecie. Twórcy postanowili
wprowadzić innowację (SIC!). Klasycznie bowiem w amerykańskich produkcjach „młodzieżowych”,
grupa bohaterów prawie zawsze jest liczbą nieparzystą. Tym razem, nie dość, że mamy sześć sztuk
(jeśli ktoś ma problemy z matmą, to to jest liczba parzysta), to jeszcze na
trzech chłopaków przypadają trzy dziewczyny – istne szaleństwo. Reszta jest już
bardziej standardowa. To samo co w setkach innych amerykańskich filmów, czyli:
studenci wybierają się na ferie wiosenne (wstaw COKOLWIEK) i natrafiają na
(wstaw COKOLWIEK). Ekipa ta składa się
z: blond-dred dziwaczki, cycatej puszczalskiej, geniusza-astmatyka-prawiczeka,
macho-imprezowicza, Tego Spoko Gościa i laski ze zbyt wysokim poziomem
testosteronu. Krótko, sztampowo i powierzchownie. Rozbudowanej psychologii
postaci w tej kosmicznej przygodówce nie ma. Zresztą, gdyby była, byłabym tym
faktem niezmiernie zdziwiona – nie ta konwencja, nie ten gatunek.
