Tak, w tytule recenzji Nietzsche.
Biorąc pod uwagę jakość filmu, to bez mała świętokradztwo, ale ten konkretny cytat wbił mi się w głowę podczas
oglądania i pozostał do końca seansu.. Akcja bowiem zmęczyła mnie do tego
stopnia, że obolały umysł wciąż dryfował tu i ówdzie…
Grupa przyjaciół wybiera się na
wycieczkę do lasu. Sielsko-anielsko: widoczki, natura, buz- buzi. Zabawiają w nim zbyt długo i w
efekcie podejmują karkołomną próbę powrotu w nocy. Motywacja ich działań od
początku jest niejasna, ale chodzi przecież o to by spotkali drapieżnika, więc
się nie czepiajmy. Zaatakowani przez tytułowe monstrum chowają się w
opuszczonym domu, gdzie zdążyła się już ukryć się i zabarykadować inna
grupa wycieczkowiczów. I, jak to zazwyczaj bywa w takiego typu produkcjach,
wszyscy nieudolnie próbują przeżyć. Nie mam nic przeciwko schematom, jeśli
wypełnia się je jakąś ciekawą treścią. Nic takiego tym razem nie miało jednak
miejsca.
