Klątwa Jessabelle to klimatyczny horror - takie
nastrojowe ghost story - o rodzinnej tragedii z VooDoo w tle (przez co
kojarzy mi się nieubłaganie z Kluczem do koszmaru). I mimo mojego całego marudzenia,
którego się za chwilę na waszych oczach dopuszczę, zaznaczam na wstępie, że:
film ogląda się dobrze, przyznaję, że całkiem miło spędziłam te 1,5 godziny.
Jest w tej produkcji coś, co mi się zwyczajnie podoba. Po pierwsze zaskoczenie.
Owszem, człowiek zazwyczaj się go w horrorach spodziewa, ale naprawdę rzadko
reżyserowi udaje się tak poprowadzić fabułę, by widz niemal do samego końca nie
przewidział jaką formę przybierze owo zaskoczenie. W tym konkretnym przypadku
się to udało, a to niewątpliwy plus. Po drugie: atutem filmu jest również jego
senna atmosfera, która pozwala w spokoju zachwycać się dopieszczonymi,
pojedynczymi ujęciami. Znalazła się wśród nich prawdziwa perełka, która mnie
urzekła – ukazująca nieco impresjonistyczny obraz zawisłej tuż nad taflą
jeziora mgły. Piękne, delikatne, oniryczne, a nawet ośmielę się powiedzieć, że
magiczne. Doświadczyłam swoistego satori podczas tych kilku sekund.
