01 maja 2016

Seryjni Mordercy #7 Joachim Knychała – Wampir z Bytomia (czasami nazywany Wampirem z Piekar)

Okazało się potem, że spartoliłem robotę, bo żyła jeszcze przez trzy dni. Mimo, że nie wierzę w boga, to modliłem się codziennie żeby umarła. Udało się. Umarła.

Dlaczego wydaje nam się, że to nie może nas spotkać? Bo nasza rzeczywistość nie jest ponurą, burobrązową, niedoświetloną klatką schodową? Prawda jest taka, że rzeczywistość ofiar Knychały wcale też nią nie była. Zwyczajnie wierzymy, że TAKIE rzeczy dzieją się w izolacji, w nieprzytulnych korytarzach, na spowitych gęstą mgłą ścieżkach. Niestety, to tylko pobożne życzenie, sadystę możemy spotkać w biały dzień. W miejscu bezpiecznym, oswojonym i skąpanym w promieniach słońca. Kat także nie będzie się niczym wyróżniał, spod pazuchy nie będzie wystawał mu trzonek siekiery, nie wyczytamy z jego twarzy braku empatii. Nigdzie nie zapali się ostrzegawcza lampka. Może wręcz ucieszymy się, że jakiś przystojniak na nas spogląda i odwzajemnimy nieśmiało uśmiech?

Nie będzie w tym żadnego wyróżnienia, żadnej wyjątkowości, ani przeznaczenia – po prostu przypadkowa ofiara. Zwykły pech.

Uznany za najprzystojniejszego, polskiego, seryjnego zabójcę i okrzyknięty nawet „polskim Tedem Bundym” Joachim Knychała był nieuchwytny przez 8 lat. Mordował od 1974 do 1985 roku. Ten brutalny, sadystyczny, zdecydowany i bardzo przebiegły mężczyzna był typowym „zabójcą z lubieżności”. W swoich działaniach łączył bowiem dwa tabu: sex i śmierć. Przy czym sam akt znęcania się, zabijania, znieważania zwłok – zaspokajał jego popęd. Mord (widok krwi) stanowił dla niego substytut aktu płciowego. Ten typ morderców jest trudny do namierzenia, nie wybiera on ofiar według żadnego klucza: nachodzi potrzeba, więc działa. W przypadku Knychały, ofiarami stawały się nawet dzieci.

Za pierwszą (tak założono) z jego zbrodni skazany na 15 lat więzienia został konkubent ofiary, Stefanii M. Skazany pamiętał tylko, że podczas libacji alkoholowej pokłócił się z kobietą i wybiegł za nią w gniewie z domu. Był przekonany, że ją zabił. Nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że ktoś zdjął ze zwłok ubranie - sprawcy zbrodni emocjonalnych tego nie robią… Ale skoro podejrzany przyznał się do winy, po co się kłopotać - sprawa zamknięta. Dopiero, gdy pojawiły się kolejne ofiary zaczęto łączyć fakty. Nie chciano jednak rozdmuchiwać sprawy i niepokoić obywateli. Na Śląsku dopiero co kończył się bowiem proces innego zwyrodnialca: Zdzisława Marchwickiego. Zaczęto nawet podejrzewać, że złapano niewłaściwego człowieka i prawdziwy psychopata jest wciąż na wolności: Zdzichu czeka na wykonanie wyroku, a wampir działa dalej.

Do badania nowych morderstw powołano grupę o kryptonimie SZÓSTKA. Jej nazwa wzięła się stąd, że ataki następowały wzdłuż trasy linii tramwajowej numer 6. Podczas śledztwa wykorzystano nawet - nowatorską jak na tamte czasy – metodę, tworząc model trójwymiarowy twarzy poszukiwanego. Niestety, dla kolejnych ofiar, pułkownik Gruba (ze względów politycznych) nie chciał łączyć działań Szóstki z działaniami grupy FRANKENSTEIN, która zajmowała się podobnymi atakami na dziewczynki (milicjanci szybko dostrzegli, że prawdopodobnie dokonuje ich ta sama osoba!). Przełożony, wnioskujących o podjęcie wspólnych zadań oficerów odesłał z kwitkiem: Co? Chcecie nowego wampira stworzyć??? Zamiast więc zewrzeć szyki z Szóstką, Frankenstein na oślep przesłuchał ponad 7000 mężczyzn z Piekar Śląskich (po ataku na nastoletnie Halinkę i Kasię) – namierzono wtedy wszystkich możliwych pedofilii, zboczeńców, ale nie sprawcę. W czasie zawirowań politycznych śledztwo stanęło w martwym punkcie – nikt się nim nie zajmował. I tym razem, nie był to wybór pracujących przy morderstwach milicjantów: rozkazy i zakazy przychodziły z góry. Gdy pracujący nad sprawą podinspektor Hula zapytał o tę sytuację Grubę, ten odfuknął, że nie ma czasu na zabójstwa bo „ustrój się wali”!

W 1979 roku milicja miała Knychałę w garści – no prawie… Rysopis się zgadzał, nawet rozpoznała go jednak z niedoszłych ofiar. Niestety zawiodły organy śledcze, które nie zbadały alibi Achima. Podobno konkretnego dnia był w pracy (kopalnia Andaluzja). Niestety zignorowano fakt, że była to tzw. dniówka sztygarska (czyli rzeczywista nieobecność za nadgodziny, za którą pieniądze pobiera sztygar). Oczywiście był to nielegalny proceder, ale kto jak kto, milicja na Śląsku powinna takie rzeczy wiedzieć lub przynajmniej wziąć je pod uwagę.

Knychałę zgubiła pewność siebie. Nie chodziło jednak o demonstracyjny charakter jego zbrodni, ani o to, że porzucał zwłoki, zaraz po tym, gdy się przy nich zaspokoił. „Zagalopował się” i zabił swoją szwagierkę – z którą miał romans, a która chciała opowiedzieć o wszystkim jego żonie. Błąd Joachima polegał  na tym, że sam zgłosił ów „wypadek” (przewróciła się niefortunnie i uderzyła w głowę) na komisariacie. Od razu się nim zainteresowano, okazało się, że ten przykładny obywatel był w wieku 18 lat oskarżony o gwałt na koleżance i odsiedział część kary. Gdy połączono wszystkie fakty i został aresztowany uparcie wszystkiemu zaprzeczał. Pierwsze symptomy załamania pojawiły się dopiero przy badaniach wariografem, które przeprowadził Jan Widacki. Gdy w końcu się przyznał i zaczął ze szczegółami opowiadać o swoich zbrodniach, poprosił o możliwość opowiedzenia o wszystkim żonie. Nie chciał by dowiedziała się od osób trzecich. Fragmenty jego wyznań, które można usłyszeć m.in. w dokumencie Zabójca z lubieżności są wstrząsające. Kobieta jest w całkowitym szoku, dla przeciętnego obserwatora reaguje „dziwnie” – przerażająco pragmatycznie. Pyta co będzie teraz z nią i z dziećmi, zarzuca Joachimowi, że skazał ich na biedę – nie będą mieli po nim renty. To dziwiąc się, to załamując, mówi: Achim coś ty narobił!, nagle stwierdza: Ten kożuch po tobie, co mosz, to moga sprzedać, bo ciebie powieszą. Miała rację - jej mąż zawisnął. Knychała z więzienia pisał do niej czułe listy, by wyjechała wraz z dziećmi i zmieniła nazwisko. Nie chciał bowiem by ich szykanowano – taka czułość „potwora z sąsiedztwa” była już niestety przysłowiową musztardą po obiedzie.  

Tłumaczenie działań Joachima trudnym dzieciństwem jest naciągane. Twierdził, że nienawidzi kobiet, bo babka – Niemka - go biła. Nie potrafiła zaakceptować tego, że córka związała się z Polakiem i wyżywała całą frustrację na wnuku - polskim bękarcie. Wśród rówieśników nie było lepiej, miał bowiem łatkę „Szwaba”. Nie ma się czego dziwić, Joachim urodził się w 1952 roku, wtedy powojenne rany były wciąż świeże. Poczucie odrzucenia, plus serwowana przemoc, miały stworzyć z niego potwora. Nie każdy jednak, kto ma takie dzieciństwo wyrasta na mordercę. Joachim miał po prostu jakiś "defekt", który rozrósł się, bo został rzucony na podatny grunt. Zdają się to potwierdzać inne jego zachowania i chore ambicje: Chciałem być najlepszy we wszystkim, co po upływie kilku lat osiągnąłem, ponieważ dziś jestem uważany za jednego z większych morderców w latach powojennych.

"Wampir z Bytomia" założył, że seria morderstw przyniesie mu sławę. Miał żal do psychiatrów, że się nim nie zainteresowali, że nie „grzebali” mu w głowie. Zachęcony przez przebiegłego dziennikarza Edwarda Kozaka spisał więc pamiętniki. Niestety te nie sprzedały się, nie zarobił więc dla rodziny obiecanego miliona dolarów (Kozak też się zawiódł). W ostatnich momentach życia, mordercę trapiło tylko jedno: nie przejdzie do historii. I faktycznie dziś nie jest tak rozpoznawalny, jak „wampir z Sosnowca”, czyli Zdzisław Marchwicki, albo Lolo, czyli Karol Kot.

Proces trwał 6 miesięcy. Knychałę skazano na karę śmierci przez powieszenie. Udowodniono mu 7 usiłowań i 5 morderstw. Wyrok wykonano w 1985 roku w Krakowie.

P.S. Śmierć Joachima nie przyniosła jednak spokoju Edwardowi Kozakowi. Polecam poświęcony mu film dokumentalny wyreżyserowany przez Marcina Koszałkę pt. Zabójca z lubieżności (2012). 


7. Joachim Knychała – Wampir z Bytomia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...