07 maja 2016

„Schowałem starość pod czapką” /Zabójca z lubieżności – Marcin Koszałka/ 2012

Zbliża się pora roku w której najlepiej widoczne są efekty panującego kultu ciała. Niektórzy z dumą prezentują wyrzeźbione i zadbane ciała. Inni drżą na myśl, że lato znów bezlitośnie zdemaskuje wszelkie niedoskonałości, które w chłodniejsze dni można ukryć pod ubraniami. Zastanawialiście się kiedyś czy ten „problem” dotyczy osób które wkroczyły już w tzw. jesień życia? Zwłaszcza, gdy cel i sens ich egzystencji wciąż stanowi uwodzenie?***

Szukając materiałów o Joachimie Knychale (tekst TUTAJ) trafiłam na  dokument pt. Zabójca z lubieżności. Marcin Koszałka – reżyser – wbrew temu, co na pierwszy rzut oka moglibyśmy przypuszczać, nie nakręcił (typowego) materiału o zapomnianym mordercy. Owszem człowiek ten jest w nim obecny. Nie jest jednak głównym bohaterem, ani tłem, nie poznajemy faktów z jego życia, przebiegu śledztwa, szczegółów morderstw. Został raczej przedstawiony jako iskra, „moment” w życiu dwóch mężczyzn, którzy w przeciwieństwie do niego mieli szansę się zestarzeć. I to zestarzeć na diametralnie różne dwa sposoby. Zabójca z lubieżności nie jest studium przypadku Knychały, to przede wszystkim film o tragedii człowieka, która ma nieskończenie wiele wymiarów.

Joachim Knychała uległ cielesności i zatracił się w popędach seksualnych. To dla nich przekroczył granice. Większość ludzi nie pozwala sobie na tak głębokie uwikłanie i poddanie się podnieceniu. Każdy jednak miewa brudne myśli, w każdym mieszka mrok, na co dzień (na szczęście) okiełznany przez kulturę. Dlatego zło wciąż nas intryguje i ciekawi. Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie dwójki wspomnianych staruszków. Koszałka przedstawia nam pracującego przy sprawie mordercy byłego milicjanta, który mówi o więźniu z ogromną sympatią i współczuciem. Przybliża nam także Ediego Kozaka, dziennikarza, który namówił Joachima do spisania pamiętników. Pierwszy z bohaterów się z mordercą po prostu zżył, drugi dzięki niemu wypłynął.

Powiedz mi, czy ja przez pięćdziesiąt lat coś dobrze zrobił?

Na początku reżyser wprowadza nas do domu dwójki emerytów. Obserwujemy wycinek z wrośniętych na stałe w ich życie codziennych rytuałów i przekomarzań. Wstęp niewinny: były milicjant przygotowuje tort. Stajemy się świadkami krzątaniny, widzimy malujące się na twarzy zmęczenie - staruszek choruje na serce, ma cukrzycę. Czujemy uścisk żalu, gdy przyglądamy się temu z trudem poruszającemu się mężczyźnie i gdy słuchamy słów, które z trudem przychodzi mu wypowiadać. Gdy jego żona zaczyna „zrzędzić” że jej wypiek byłby lepszy, zapewne się uśmiechamy, bo znamy takie „obrazki” z autopsji. Czułam się jakbym przyglądała się moim dziadkom. Scena ta byłaby zwyczajna, swojska i oswojona, gdyby nie fakt, że milicjant opowiada o mordercy. Opowiada z wyraźną nostalgią (!), żałuje, że ten przyznał się do winy i został skazany na karę śmierci. Lubił go.

Wykorzystam cię.

Zupełnie inny jest ekscentryczny Edward Kozak (ur. 1946 r.). Wychodzimy z domu, odchodzimy od tortu i zdjęć w ramkach. Widzimy „faceta” w wywartych dżinsach, w modnej kurtce i kolorowej czapce – gdy patrzymy na niego z tyłu, myślimy, że to ktoś młody. Trzeba przyznać, że świetnie się maskuje i dobrze trzyma - uprawia jogę. Widzowi zostaje pokazany głównie na tle migających świateł dyskotek - z wijącymi mu się na kolanach tancerkami erotycznymi - i internetowych chatów. Edi wciąż poszukuje cielesnych uciech, bez skrępowania obnaża przed nami swój brud, swój umysł i swoje ciało. Decyduje się na tatuaż. 
Wspomina, że w 1985 roku był lokalnym bohaterem. Teraz już nikt nie chce od niego autografów. Przyznaje, że to samo co kierowało nim trzydzieści lat temu, gdy rozmawiał z Knychałą, kieruje nim dzisiaj. Wtedy chciał zasmakować sławy, zbliżyć się do tego, co go fascynowało, dziś chciałby wrócić, znów mieć swoje „pięć minut” i nadal zdobywać piękne kobiety. Kto jest ważniejszy? Wampir czy ja? Ja jestem ważniejszy. Może dzięki niemu wypłynę. Po raz kolejny go wykorzystałem. Najpierw namówiłem go, jak pamiętasz, na pisanie pamiętników, obiecując milion dolarów. Oczywiście niczego nie dostał. Edi trawiony pragnieniem, balansuje na krawędzi, a my patrzymy na niego z niedowierzaniem. 

W Zabójcy z lubieżności nic jest podane na tacy, nic nie jest jednolite i oczywiste. Oglądamy ten film z lekkim zażenowaniem, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że podglądamy(!) i podsłuchujemy(!). Daliśmy się wciągnąć! Daliśmy sobie coś udowodnić! Czy odwracamy wzrok, gdy na ekranie widzimy nagie ciało Ediego? Odwracamy oczy od wyuzdanych modelek? Przestajemy słuchać milicjanta? Czy kiedykolwiek już zapomnimy o Joachimie? Każdy z nas ma w sobie pierwiastek lubieżności. Każdy. Mamy więc, to na co zasłużyliśmy: film o naszej ludzkiej słabości, tkwiącym w nas złu, które przybiera różne formy i kształty.

Dla mnie jednak to również głos, który rozprawia o starości, która nie przystaje do naszych czasów. Za nic nie chce się zmieścić w ramach, w które pakuje nas rzeczywistość. Starość, której tak naprawdę nie znamy i nie rozumiemy, a od której oczekujemy, żeby była taka jaką sobie wyobrażamy - czyli by nie było jej w ogóle, by stała się niewidoczna. Dlatego Edi nas uwiera i dlatego wolelibyśmy widzieć go na fotelu obok milicjanta. Obu najlepiej zasapanych, wpatrzonych w telewizor, złorzeczących na obrady sejmu, ale broń boże nie ekscytujących się seryjnym mordercą…

Oglądając dokument Koszałki nie wolno zapominać o tym, że mamy do czynienia z pewną kreacją, pozorowaniem – to dokument fabularyzowany. Występujące w nim postacie naginają rzeczywistość, bo niby grają siebie, ale przetworzonych  przez artystyczną wizję, na potrzeby zawartej w niej idei. Ich celem jest bowiem wzajemne wykorzystanie się i powiedzenie dzięki temu czegoś ważnego. Reżyser w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim wyraźnie zaznacza: Szukam takich bohaterów, którzy, jak ja, traktują film jako katharsis, świadomą eksperymentalną podróż, którą odbywamy razem. Traktuję ich jak partnerów, którzy wierzą w sens tej manipulacji i chcą ze mną iść. Do widza należy decyzja czy weźmie świadomie udział w tej grze.

Rok: 2012
Kraj: Polska
Reżyser: Marcin Koszałka

***Nie jest to może główny temat dokumentu, ale według mnie doskonale dopełnia zaprezentowaną w nim ludzką fascynację złem i otwiera nową przestrzeń do interpretacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...