08 marca 2016

Historia chłopca, który został prawdziwym bohaterem /Białe na czarnym – Ruben Gallego/ DKK

Od czasu kiedy dowiedziałem się, że pewnego dnia odwiozą mnie w to straszne miejsce, położą na łóżku i pozwolą umierać bez jedzenia i opieki, nic nie było już takie jak dawniej.

Podczas lektury czułam złość. Wściekałam się na wyrachowanych lekarzy i zastraszonych nauczycieli, na leniwe, chciwe niańki, na nieobecną matkę, na każdego, kto udawał, że nie widzi. Piekliłam się na nieczułą propagandę, fanatyczny system i chorą ideologią. Najdziwniejsze jednak, że każdej tej gniewnej emocji towarzyszył także zaskakujący spokój. Spokój Rubena. Człowieka, który nie okopał się w pretensjach ani w żalu do całego świata. Człowieka, który za to, że spędził dzieciństwo w piekle nikogo nie znienawidził. Małego chłopca, który został prawdziwym bohaterem - bo przetrwał.



Jestem bohaterem. To łatwe. Jeśli nie masz rąk albo nóg, jesteś bohaterem albo trupem.

Ruben Gallego od najmłodszych lat mieszkał w radzieckim sierocińcu. Od zawsze skazany był na łaskę i niełaskę obcych dorosłych, którzy niechętnie się nim zajmowali. Przecież był tylko debilem, więc szkoda było na niego czasu. Dotknięty paraliżem dziecięcym chłopiec stanowił dla opiekunów kłopotliwy korpus z bezwładnymi rękami i nogami: nie nakarmi się, nie ubierze, nie usiądzie, nawet się samodzielnie nie załatwi. Szczęście w nieszczęściu, że w specjalnych sierocińcach było wiele dzieci. Te bardziej sprawne pomagały tym, które nie dałyby sobie rady same. Sytuację panującą w kolejnych zamieszkałych przez Rubena ośrodkach świetnie oddaje powiedzenie: pośród ślepców jednooki jest królem. Jakakolwiek sprawna kończyna zwiększała szanse na przeżycie i budziła zazdrość. Najcenniejszą i najbardziej pożądaną umiejętnością było jednak chodzenie. Jeśli chodziłeś miałeś szansę uniknąć domu starców, miałeś szansę zdobyć zawód. Jeśli nie - nie ważne jak byłeś inteligentny – w oczach dorosłych byłeś tylko debilem skazanym na powolną śmierć.

Kochałem Amerykę, kochałem ją, odkąd skończyłem dziewięć lat. Właśnie wtedy powiedziano mi, że w Ameryce nie ma inwalidów. Są zabijani. Wszyscy. Jeśli w rodzinie rodzi się inwalida, lekarz robi mu śmiertelny zastrzyk. (…) Nie chcę bezpłatnego wyżywienia, nigdy nie zdobędę pożytecznego zwodu. Chcę dostać zastrzyk, śmiertelny zastrzyk. Chcę do Ameryki.

Wspaniała Rosja zapewniała niepełnosprawnym sierotom dach nad głową, posiłki, naukę i opiekę. Niestety tylko do osiągnięcia pełnoletniości – potem wyciągała rękę po spłatę długu. Jeśli ktoś nie był w stanie zdobyć zawodu, oddawano go do domu starców, gdzie nie raz w przeciągu zaledwie trzech tygodni było już po „sprawie”. Bez jedzenia, w nieogrzewanych pomieszczeniach obywatele gorszej kategorii, konali we własnych odchodach. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, jakie reguły panują w tej grze. Dlatego szkoła do której uczęszczają sieroty to tylko „pic na wodę”, poza tym treści dydaktyczne przesiąknięte są jedynymi słusznymi informacjami. Nikt za bardzo nie przejmuje się tym, że wychowankowie – jeśli takowe dobra zdobędą – podpalają papierosy i popijają procenty. Chwilowe rozrywki pomagają odgonić na chwilkę widmo śmierci, bezsilność i strach, po co im je więc odbierać?

Związek Radziecki to kraj powszechnie panującego deficytu.

Gdy zaczęłam czytać Białe na czarnym myślałam, że akcja książki rozgrywa się tuż po II wojnie światowej. Jakoś łatwiej było mi zrozumieć ludzką znieczulicę, która wyrosła z nadmiaru doświadczonego bestialstwa przetaczającego się przez kontynent. Szybko jednak zrozumiałam, że czasy, o których pisze Ruben nie są tak odległe – chociaż może wcale nie lepsze. Autor książki urodził się w 1968 roku. Nic więc dziwnego, że jego najlepsze wspomnienia związane są z jedzeniem – wszędzie go brakowało. Trafiały się jednak i takie ośrodki w których dzieci dobrze karmiono. Biorąc jednak pod uwagę fakt w jakich warunkach żył Ruben: pojęcie „dobrze” może mieć dla współczesnego odbiorcy zupełnie inne znaczenie niż miało dla niego. „Dobrze” Gallego może oznaczać bowiem nawet nieświeże jajka i pierniki z robakami…

Niewiele było dobrych nianiek. Wszystkie pamiętam.

Poza współtowarzyszami niedoli, osoby z którymi najwięcej kontaktu miały dzieci, były opiekujące się nimi kobiety: nianie. Niania, to słowo zawiera w sobie spory ładunek ciepła, uczucia. Tak nazywana osoba kojarzy się z kimś, kto nie szczędzi dobrego słowa, pociechy i daje poczucie bezpieczeństwa. Niestety, większość nazywanych tak przez wychowanków domów dziecka kobiet, nie było zbyt czułych ani wyrozumiałych. Wiele związanych z nimi wspomnień Rubena, budziło moją niechęć. Opieszałe, niezadowolone, niejednokrotnie okrutne - tak jak i cały system pomocy zafundowany niepełnosprawnym sierotom, stanowiły tylko karykatury pewnej idei, marzenia...Autor niejako tłumaczył nianie pisząc, że były to proste kobiety. Czy jednak ten fakt powinien mieć wpływ na ich człowieczeństwo – a raczej jego brak? Z drugiej strony może wypracowana (lub wrodzona) obojętność była jedynym sposobem na przetrwanie w takim świecie? Wrażliwsze jednostki w momencie, gdy dostrzegały, że nie mogą zrobić niczego dobrego dla podopiecznych, bo przecież nikt nie przeciwstawi się  regułom – odchodziły lub, gdy próbowały się buntować, zostały usuwane.

Kiedy byłem całkiem mały marzyłem o mamie. Marzyłem, dopóki nie skończyłem sześciu lat. Potem zrozumiałem, a raczej mi wytłumaczono, że moja mama to pieprzona czarna suka, która mnie porzuciła.

Prawda o mamie Rubena była jednak nieco inna: zagłębiając się w biografią autora odkryjemy, że powiedziano jej, że syn zmarł podczas porodu. Nie widomo czy za tę decyzję winić dziadka chłopca (szef Komunistycznej Partii Hiszpanii), który nie chciał niepełnoprawnego wnuka (ani zięcia Wenezuelczyka), czy był to efekt jakiejś innej politycznej intrygi. Związek jego rodziców tak czy siak, szybko się rozpadł i matka wyjechała z ZSRR. Dopiero, gdy wspomnienia Gallego ujrzały światło dzienne – skontaktowała się z nim i zamieszkali razem. A jednak cuda się zdarzają.

…nie chcę umierać przed śmiercią.

Dojmująca samotność, upodlenie i wykluczenie, z którym stykamy się podczas tej wyjątkowej lektury wyraźnie wychodzą poza wysuwający się na pierwszy plan społeczno-polityczny kontekst, prowokując czytelnika do refleksji nad definicją szczęścia. Ruben nie skarży się przecież, nie utyskuje. Wie, że to kim jest zawdzięcza wszystkiemu, co spotkało go w życiu – także złemu. I chociaż miał chwile załamania, tak naprawdę nigdy nie stracił nadziei. Niejednego czytelnika zapewne zaskoczy to, ile dobrych wspomnień potrafił wyłuskać ze swojej wstrząsającej przeszłości - jak sam mówił, pisał o okrutnym strasznym, ale jednak dzieciństwie. Na uwagę zasługuje również sposób w jaki opowiedział nam ten świat z przeszłości, w którym przyszło mu szukać dla siebie miejsca. Białe na czarnym to zarazem dokument i fikcja literacka. Pojedyncze epizody, zatrzymane w pamięci kadry, wspomnienia – bolesne i miłe, czarne i białe – czynią opowieść bohatera rwaną, niepełną i nieco chaotyczną. Nie ma w niej miejsca na rozwleczenia, ani zbędne komentarze i tłumaczenia. To co mnie  najbardziej zaskoczyło, to brak wyciekających z kolejnych stron wspomnień emocji. Tekst nie rozpływa się w pustych słowach, nie próbuje niczego na czytelniku wymusić. Dzięki temu - chłodny, surowy i pozbawiony ckliwości przekaz Rubena - jest niesamowicie celny.


***

Tytuł wspomnień Gallego można odczytywać na wiele sposobów. Jako zbudzonych myśli, które w formie białych liter ukazywały się mężczyźnie, na suficie skąpanego w mroku pokoju. Może także oznaczać konieczność tworzenia podziałów, którego nauczyło go dzieciństwo: dobry zły, swój i obcy itd. – a który stosujemy przecież wszyscy, porządkując świat mamy bowiem złudzenie, że posiadamy nad czymś kontrolę. Biel może oznaczać także, optymizm, nadzieję, promień światła, który przetnie nawet najmroczniejszą wstęgę mroku. Chociaż i w tym przypadku Gallego nas zaskakuje, całkowicie zaskakuje nas swoją własną interpretacją tytułu: nie lubi bieli. Biel oznacza dla niego bezsilność, kojarzy się ze szpitalem, woli więc czerń, którą uważa za kolor wolności. 

W 2003 roku książka Białe na czarnym zdobyła prestiżową rosyjską nagrodę literacką Bookera.

Autor: Ruben Gallego
Tytuł: Białe na czarnym
Tytuł oryginalny: -
Tłumaczenie: Katarzyna Maria Janowska
Wydawnictwo: Znak
Wydanie: I
Rok wydania: 2005
Oprawa: twarda
Ilość stron: 202
Cena: 35,00 zł

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...