17 stycznia 2016

Zaburzona tkanka rzeczywistości /Mroczne wizje, Visions - Kevin Greutert /2015

Był wypadek, była trauma i były psychotropy. Gdy już wydaje się, że Eveleight poradziła sobie z przeszłością i może w pełni cieszyć się tym, co daje jej los, niespodziewanie w jej życie, za sprawą niewytłumaczalnych incydentów, znów zaczyna wkradać się lęk i niepokój. Jej mąż David nie traktuje tych obaw poważnie. Przecież niedawno odstawiła pigułki, a uraz z przeszłości mógł odcisnąć na jej psychice większe piętno niż wcześniej przypuszczali. Powinna więc znów zażywać leki. Na dokładkę właśnie kupili winnicę i przeprowadzili się do przepięknego domu na odludziu. Ryzyko związane z inwestycją, która pochłonęła wszystkie ich oszczędności i możliwość poniesienia porażki w nowej dla nich branży mogą przysporzyć sporo stresu. Powinna więc znów zażywać leki. Poza tym jego ukochana jest przy nadziei, co czyni z niej hormonalno-emocjonalny, wybuchowy koktajl. Powinna więc znów zażywać leki. Nie dziwi nas racjonalne rozumowanie Davida, nie mamy więc o nie do niego pretensji. Zresztą, będąc na jego miejscu, pewnie zareagowalibyśmy podobnie. Problemy Eveleight mają jednak bardziej „ulotny” charakter, a ich efekty stają się dla niej coraz bardziej dotkliwe. Kobieta czuje, że to nie halucynacje, że przyczyny tego, czego doświadcza nie należy szukać w jej głowie. Poza tym leki – rozwiązanie idealne według Davida - mogłyby zaszkodzić dziecku. Zaczyna więc na własną rękę zgłębiać historię miejsca, w którym przyszło jej teraz mieszkać. Wnioski do których dochodzi są zaskakujące.

My, jako widzowie od początku nie mamy wątpliwości, że to czego doświadcza Eveleight to nie halucynacje. Twórcy nie podejmowali z nami gry, od razu bez skrupułów pozbawili nas wątpliwości. W pierwszych scenach wprowadzili już bowiem do fabuły osobę, która potwierdza obawy bohaterki. Skoro wątpliwości odpadają, skupiamy naszą uwagę na poszukiwaniach źródła tajemniczych incydentów. Czy dom jest nawiedzony przez duchy? Coś się w nim strasznego wcześniej stało? Czy przez to wyprowadzili się poprzedni lokatorzy? A może miesza tutaj jakiś demon? A może to wszystko wina Eveleight, która ciągnie za sobą przez życie jakieś widmo? Nie wiem jak wy, ale ja nie odgadłam. Widz nie otrzymuje zresztą zbyt wielu wskazówek. Są tak samo oszczędne, jak „incydenty”: ograniczone do minimum i wyważone. Rozcieńczenie fabuły nie epatującej jakąkolwiek mocniejszą emocją, było zapewne celowym działaniem, które miało nam zostać wynagrodzone w zakończeniu. To owszem, jest zaskakujące, ale w fotel niestety nie wgniata. Na pochwałę zasługuje na pewno związana z nim dbałość o detal. Twórcy bardzo starali się by kolejne „incydenty” zazębiały się z późniejszym „wyjaśnieniem” i muszę przyznać, że nie dopatrzyłam się błędów. Scenariusz pod tym kątem został naprawdę dopracowany i przemyślany.

Akcja, jak już wcześniej zasugerowałam, toczy się dosyć leniwie, zdaje się wręcz tkwić wciąż w tym samym miejscu. Jedyne po czym poznajemy, że czas jednak płynie, to rosnący brzuszek bohaterki.  Pozorna statyczność obrazu wynika z tego, że w przeciwieństwie do większości współczesnych horrorów, ten nie atakuje nas co pięć minut scenami jump. Nie wzbudza także napięcia, co dla spragnionych wrażeń może okazać się dużym minusem. Fani efektów specjalnych również mogą się poczuć zawiedzeni. Mroczne wizje zostały zbudowane przede wszystkim na nastroju i to nastroju oczekiwania. Przez większość filmu podziwiamy więc piękną scenerię, chłoniemy uroczy krajobraz i karmimy oczy wspaniałymi ujęciami. Jedno szczególnie mi się spodobało: promienie słońca tańczące na tafli wody, wśród opadłych liści. W moim odczuciu ten obraz bardzo mocno akcentuje wrażenie ulotnego piękna, krótkiej chwili, która albo może wcale nie mieć znaczenia albo może odmienić wszystko. Bo, czego dowiadujemy się w zakończeniu: zaburzyć i zniekształcić tkankę rzeczywistości jest bardzo łatwo...

Nie rozumiem dlaczego w kampanii promocyjnej wykorzystuje się nazwisko Evy Longorii. Aktorka takiego formatu owszem przyciągnie do ekranów widzów, ale rola Eileen, którą jej zaoferowano raczej ich rozczaruje. Eva zagrała postać drugoplanową w nic nieznaczącym dla fabuły epizodzie, jakby po prostu zgodziła się wskoczyć na parę minut na plan w ramach przysługi. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Minimalnie więcej uwagi poświecono Davidowi (Anson Mount) oraz nowej przyjaciółce Eveleight – Sadie (Gillian Jacobs) - która kategorycznie odradza bohaterce rozwiązania farmakologiczne, czym komplikuje sytuację i dodatkowo zwiększa napięcie panujące między małżeństwem. (Tak między nami, mąż przypadkowo przyłapany w towarzystwie nieznajomej, też zresztą sprawy nie ułatwia. Nie ma się więc co dziwić Eveleight, że nie wie komu zaufać). Większość aktorów jednak tylko „pojawia się”. Widz przez większość czasu przygląda się słodkim dzióbkom strojonym przez główną bohaterkę. Wybaczcie, ale kreacja zaprezentowana nam przez Islę Fisher nie przypadła mi do gustu. Eveleight jest po prostu nijaką, niezdolną do działania, rumianą mimozą z idealnym makijażem i fryzurą - w każdej sytuacji. Jeśli targana wątpliwościami i osamotniona kobieta miała balansować na krawędzi szaleństwa, to wypadało by ukazać jakieś tego symptomy. Chociaż cienie pod oczami, jeden niesforny kosmyk włosów – cokolwiek! Poza tym chyba każda kobieta chciałaby będąc w ciąży wyglądać i czuć się zawsze świeżo i idealnie – Eveleight zdaje się w ogóle nie zauważać, że jest w błogosławionym stanie, przypadłości z nim związane się jej nie imają. Tych kilka elementów powoduje, że bohaterka stała się dla mnie niewiarygodna. Na szczęście sytuacja w której się znalazła - zagubiona, nie mogąca zaufać własnym zmysłom kobieta zamieszkująca zatopione wśród mgieł i wzgórz winorośli domostwo – obroniła się mimo słabego warsztatu aktorki.

Mroczne wizje są filmem miłym dla oka, ale pozbawionym fajerwerków lub chociażby zwykłego „ach”. Wydaje mi się, że z wiadomych względów zrobi on większe wrażenie na ciężarnych kobietach – przynajmniej jedna z końcowych scen. Przypuszczam, że obrazuje ona towarzyszące ciąży i porodowi lęki, które wspólne są wielu przedstawicielkom płci pięknej. Poza tym produkcja nie wyróżnia się niczym, co sprawiłoby, że zapadłby w pamięć. Osnute zagadką, paranormalne incydenty bardziej  w tym przypadku przypominają thriller niż horror. Jeśli jednak porównam Mroczne wizje z inną produkcją reżysera - Klątwa Jessabelle (TEKST) - to muszę przyznać, że jest to film zdecydowanie lepiej dopracowany. Chociaż najwyraźniej wciąż ma on słabość do idealnego wizerunku bohaterek. Wolałabym by spróbował w przyszłości zrezygnować z cukierkowatych aktorek lub chociaż zmierzwił im włosy albo rozmazał makijaż...

Rok: 2015
Kraj: USA
Reżyser: Kevin Greutert
Scenariusz: Lucas Sussman, L.D. Goffigan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...