06 stycznia 2016

There is no coffee in NILBOG! It’s the Devil’s drink! / Troll 2 - Claudio Fragasso/ 1990

Oto film, który może zdetronizować Zabójcze ryjówki w kategorii najgorszych filmów wszech czasów (głównie na mojej prywatnej TOP BAD). Troll 2 to zdecydowanie pewniak na liście najlepszych z najgorszych filmów, jakie do tej pory powstały. Fenomenalnie tandetna fabuła, fatalne wykonanie, doskonale tragiczne efekty i aktorstwo przy którym bohaterowie Dlaczego ja zasługują na Oskary, powodują, że podczas oglądania tego filmu nawet nie pomyślimy o zebraniu szczęk z podłogi. Zamieramy wprost z podziwu. Trudno jest bowiem uwierzyć, że można stworzyć coś aż tak złego. Większość produkcji kina klasy B się do tej produkcji po prostu nie umywa. Momentami da się wyczuć, że twórcy chcieli po prostu puścić do widza oko i tworzyli ten obraz z pewnym dystansem. Nie sądzili jednak, że stworzyli coś tak perfekcyjnie złego, że aż cudownego, i że nikt nigdy tego nie potraktuje nawet przez ułamek sekundy na serio.

Warto zacząć od wyjaśnienia tytułu: to podwójna zmyłka. Po pierwsze film nie nawiązuje w żadnym stopniu do innego filmu o Trollach, więc dwójka umieszczona w tytule, to po prostu oszustwo. Producent pewnie chciał „żerować” na wątpliwym sukcesie Trolla z 1986 roku. Po drugie w filmie nie występują trolle tylko GOBLINY. Nawet miejscowość w, której rozgrywa się akcja to NILBOG (czyli „goblin” czytane od tyłu). Skoro wątpliwości już rozwiane, przejdę do fantastycznej fabuły. Typowa amerykańska rodzina postanawia odpocząć od zgiełku miasta zamieniając się domami z mieszkańcami wioski na caluteńki miesiąc. Chłopiec o imieniu Joshua dzięki dziwnej więzi ze zmarłym dziadkiem (który w swojej duchowej postaci opowiada mu straszne historie o goblinach), dowiaduje się od niego, że na wakacjach grozi im niebezpieczeństwo. Nilbog jest bowiem siedliskiem zła. Oczywiście mały chłopiec nie powstrzyma rodziców i wszyscy wyjeżdżają do opustoszałej wioski. Miejscowość zamieszkują nieco dziwaczni ludzie, ze znamionami w kształcie koniczynek. Głowa rodziny uznaje jednak, że tacy są po prostu „wieśniacy”, do których przez miesiąc będą się zaliczać i ignoruje rozpaczliwe reakcje syna. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że to oczywiście zakamuflowane gobliny, które ściągają do wioski turystów bo…uwielbiają zjadać ludzi! Na przeszkodzie stoi im tylko to, że są wegetarianami. Nic jednak straconego: ofiara napojona lub nakarmiona zieloną paćką zamienia się w rozmemłaną roślinę, którą stwory pożerają ze smakiem. Trup ściele się tutaj gęsto, zamiast krwi leje się jednak chlorofil, lub po prostu zielona breja, jak kto woli. Moc goblinów pochodzi z kamienia, którego działanie można oczywiście zneutralizować - jak się łatwo domyśleć - w dosyć idiotyczny sposób. Jak? Sami zobaczcie, jeśli dotrwacie. Mnie się nawet udało, bo o dziwo bawiłam się na seansie wyśmienicie. Nie mogłam po prostu uwierzyć, że to oglądam.

Radosna twórczość duetu scenarzystów zaowocowała niestrawnymi dialogami (za bardzo nie znali angielskiego…), przy których składnia mistrza Yody się chowa.  Są tak kanciaste, że aż bolą. Aż dziw, że „aktorzy” podczas wypowiadania kwestii się nie pokaleczyli. Poza tym ludzie, których oglądamy na ekranie nie potrafili zachowywać się adekwatnie do sytuacji, zresztą nawet nie próbowali (albo co gorsza próbowali). Nie powinno to jednak dziwić. Podobno w Troll 2 występowały przypadkowe osoby, które zgłosiły się na casting licząc na role statystów. Przeliczyli się bo – tadaaam - obsadzono ich w głównych rolach. Jeden z „aktorów” podobno był akurat na przepustce ze szpitala psychiatrycznego i wydarzenia na planie uznał za prawdziwe. Kolejna tragedia to kostiumy. Projektowała je znana z roli w Emmanuele (tak, te erotyki) Laura Gemser. Nic dziwnego więc, że wyglądają, jakby w ramach zajęć plastycznych przygotowały je dzieci z przedszkola i podarowały w akcie współczucia ekipie filmowej. Trolle ubrane są w worki (po kartoflach?), na twarzach mają tandetne gumowe maski, z gumowymi zębami. Pozbawione jakiejkolwiek mimiki, mając skrępowane ruchy (pod ubraniami – te wory – mają poupychane zapewne poduszki) uzbrojone w dziwne „posiwiałe miotły” na głowach i w „dzidy” z patyków - wyglądają po prostu żałośnie i budzą litość, zamiast lęku. Na ich tle wyróżnia się królowa goblinów: ubrana w siwą perukę, z ciemną nakładką na zębach i dziwnym makijażem (za dużo różu na policzkach) ma uchodzić za ekscentryczkę i budzić grozę swoim nadmiernie ekspresyjnym zachowaniem. Jednak jej możliwości przekazu kończą się na dzikim wywracaniu oczami i dziwnym wyginaniu się. Robi to tak sztuczne i nieudolne, że jest po prostu śmieszna. Jedyne sceny w których się w miarę sprawdziła, to te w których zamienia się w wampa i poczynając sobie śmiało z kukurydzą, produkuje masę popcornu.

Kolejna z bolączek tego cudeńka to montaż. Cienie kamerzystów są widoczne praktycznie cały czas, zdarza się także, że jakiś goblin rozpaczliwie próbuje się wydostać z kadru w scenie w której nie powinien grać – niestety bezskutecznie, bo nie ma dokąd uciec. Zatrzymana w czasie rodzina zbyt wyraźnie się porusza, a przedmioty między kolejnymi ujęciami w magiczny sposób wciąż zmieniają położenie. Kto by się jednak przejmował szczegółami, tworząc takie wiekopomne dzieło, prawda?

Nie można odmówić filmowi (mającego fanów - Nilboganie (?) – na całym świecie) jednego: poza tym, że jest tak kiepski, że aż fajny, to ma niezapomniany klimat lat dziewięćdziesiątych. Nastolatki wyglądają w nim jak nastolatki, nie trzydziestoletnie kobiety po pięćdziesięciu operacjach plastycznych. Nastolatkowe nie wyglądają jakby od niemowlęctwa pakowali na siłowni, są wręcz chuderlawi i brakuje im tylko trądziku. Na dokładkę rozczulające są fryzury, bandany, ogromne oprawki okularów i kanciaste samochody… Jeśli ktoś ma ochotę na sentymentalną, niezobowiązującą do pracy szarych komórek podróż, to film jak najbardziej polecam.

Rok: 1990
Kraj: Włochy, USA
Reżyser: Claudio Fragasso
Scenariusz: Claudio Fragasso, Rossela Drudi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...