11 grudnia 2015

Ugotowani – na twardo /Hardboiled – antologia/

Jaki hardboiled-owy bohater jest każdy widzi: cyniczny, niewzruszony  - lub jak kto woli wrażliwy „inaczej” – i na dokładkę piekielnie inteligentny. No cóż, bez takiego zestawu cech nie przeżyłby nawet dnia w świecie, który pluje na empatię i współczucie, a za najmniejszy błąd lub oznakę słabości karze śmiercią. Jeśli więc nie jesteś twardzielem, mroczna rzeczywistość zeżre cię od środka, jak nienasycony pasożyt. Przeżuje, strawi i wydali – nie łudź się, nie bawię się teraz w żadne metafory, skończysz po prostu jako kupa g***a. Zapewne więc zastanawiasz się drogi czytelniku, jaką trzeba zapłacić cenę za prawo wstępu do miejsc tak zepsutych, odkształconych i gnijących? Co trzeba tak naprawdę zrobić by w nich przetrwać? Odpowiedź, jak koszmarnie gorzka pigułka na długo pozostawi po sobie cierpki posmak… Jeśli jesteś na nią gotowy, znajdziesz ją właśnie w tej antologii.

Lana

Hardboiled-ową inicjację przechodzimy w świecie Texa Harleya. Nasz bohater żyje w Ghost City, mieście upadku i zwyrodnienia, w którym jedyne co pewne to mroczna i duszna atmosfera beznadziei. Tutaj argumentem jest siła, im brutalniej eksponowana, tym lepiej. Jeśli nie jesteś draniem, stajesz się niewolnikiem lub żywym – póki co - mięsem. Ani śmierć, ani porzucone w uliczkach rozkładające się truchła nikogo tutaj nie dziwią. Tytułowa Lana – ukochana Texa – pozostaje dla niego (!) i dla czytelnika mętnym wspomnieniem i tajemnicą. Dysponujący szczątkową świadomością tego co minione, bohater chce dopaść i zemścić się na rzeźnikach, którzy stali się jej katami. Pragnienie zemsty uczyniło z niego samotnego wilka, bezkompromisowego łowcę. Zwyrodnialców winnych jej śmierci szuka więc na oślep, torując sobie trupami drogę do prawdy. Jednak takiego rozwiązania intrygi, jakie przedstawił Wojciechowicz się nie spodziewałam. Moje myśli kierowały się ku czyśćcowi, przedsionkowi piekła, gdzie zło igra z grzesznikami, odbierając im ostatnią szansę. Autor mnie zaciekawił i zaskoczył, a to co znalazł na końcu labiryntu bohater wprawiło mnie w osłupienie.

Juliusz Wojciechowicz nie przebiera w słowach, zresztą rzeczywistość miasta-widma jest zbyt podła, by mówić o niej inaczej. Zarazem jednak jego tekst jest niesamowicie mięsisty, „wypukły”. Sprawia, że mroczne zaułki, smród rynsztoków i wypełniające je zdeformowane (jak przestrzeń w której przyszło im wegetować) postacie, są dla nas wręcz namacalne. Brrrrrr....

Śpij, kochanie, śpij

Jeżeli chodzi o drugi tekst, jest on najbliższy konwencji hardboiled. Mamy tutaj nawet bohatera–detektywa najklasyczniejszego z możliwych. Marcin wiele już widział w życiu, wiele doświadczył, niewiele jest więc w stanie go zaskoczyć. Przed ogarniającym go ponurym zniechęceniem i wszechogarniającą pustką, ucieczkę znajduje w używkach, bluesie i ciętym dowcipie. Jako podstarzały kawaler potrafi także nadal korzystać z życia - w ramionach młodszych kochanek. Tym razem zostaje wynajęty do głośnej i dziwnej sprawy „Modliszki”. Na prośbę ciotki oskarżonej, ma udowodnić winę lub niewinność młodej kobiety, u boku której mężczyźni zapadają w wieczny sen. Robert Ziębiński na miejsce akcji wybrał dla nas Warszawę, malując przed czytelnikiem obraz nostalgiczny, mętny i pozornie realny. Jego tekst jest klarowny, prosty i jasny. Chociaż w pewnym momencie autor i tak mnie zmylił: [uwaga spojler] liczyłam na mściwego ducha sześcioletniego chłopca [koniec spojlera]. Niezaprzeczalnym atutem tego opowiadania jest apatyczna atmosfera. Smutne zakończenie pozostawia czytelnika z poczuciem beznadziei, a mnie pozostawiło z niedosytem, liczyłam bowiem na zupełnie inne rozwiązanie.

Czy tylko mnie, gdy widzę tytuł, po głowie chodzi piosenka Kayah?

Ambisentencja

Opowiadanie Marka Zychli, jak i sam jego tytuł, to jazda bez trzymanki. Na pierwszy rzut oka nic tutaj się nie klei, no bo przepraszam: dwoje narratorów, kosmici, osiedle otoczone murem ze skóry i kości, krew wylewająca się z piwnic? Jedyne co wydawało się sensowne to nasycone patologią, obdarte z godności blokowisko i stanowiący jego centrum sklep monopolowy. Mimo to nie potrafiłam się oderwać od tekstu i jak zahipnotyzowana dałam się wciągnąć w, ze strony na stronę, dziwniejszą historię. Jak się szybko okazało, w tym odrealnionym miejscu tylko siłą zasługuje się na szacunek. Tu wszystko jest złowrogie i ciężkie, każdy krok jest niebezpieczny i bolesny... okazana słabość grozi utratą prestiżu, a stąd już tylko droga w jedną stronę. Zło nie przyjmuje tutaj konkretnego kształtu, groza wyziera spod każdej płytki chodnikowej, z każdego okna i zza każdego śmietnika, oblepiając nas poczuciem bezsilności.

Niedookreśloność sprawia, że nie jestem pewna kto jest tak naprawdę bohaterem tego tekstu: Locha, Młody, a może powykręcana przestrzeń osiedla, które przetrwało (chociaż to zbyt wielkie słowo) tajemniczą apokalipsę? Autor z pełną premedytacją gmatwa, pląta i myli tropy, by złapać nas w misternie zaplecioną sieć. Nie zdajemy sobie sprawy, że już w nią „wpadliśmy”. Podobnie jak Młody dowiadujemy się jaka jest prawda, na długo po tym, gdy już daliśmy się wykiwać. Najgorsze, że dopiero wtedy na powierzchni rzeczywistości powstaje rysa…

Ambisentencja to z całą pewnością oryginalny tekst i odważny eksperyment. Język autora jest plastyczny, a zarazem dosadny. Oniryczną i ciężką atmosferę, która wywołuje w czytelniku niepokój, rozładowuje na szczęście czarny humor. Chcąc nie chcąc podczas lektury zaczynamy zastanawiać się czy otaczający nas świat to jedna wielka mistyfikacja, czy to wizje nałożone na rzeczywistość i może wszyscy tkwimy w pułapkach podobnych osiedli?

Chińska podróbka

Ostatni tekst jaki zawarto w antologii jest zdecydowanie najlżejszy i najzabawniejszy. Był to chyba celowy zabieg, by na osłodę nadszarpniętym nerwom, na sam koniec, zafundować nam coś naprawdę lekkostrawnego. Tym razem więc w roli głównej: detektyw do spraw niemożliwych, czyli ekscentryczny Valter Fingo. W asyście HoloBody, czyli urodziwej Luki Morgan i kotołaka (uważającego się za boga), o sugestywnym imieniu Kłaczek, mierzy się on z najbardziej zagmatwanymi sprawami w Gigalopolis. Wierzcie mi: jego zmysł obserwacji jest godny pozazdroszczenia. Poza tym autor nie pozwala nam się łudzić, że w XXII wieku przestępcy zaczną nagle próżnować - ich działania będą miały po prostu inny kaliber. W wykreowanej przez niego, cyberpunkowej rzeczywistości i inna rzecz pozostała bez zmian: chińska podróbka, zawsze będzie tylko chińską podróbką.

Kornel Mikołajczyk ciekawą intrygą i świetnymi postaciami rekompensuje nam brak mroku. Jego opowiadanie czyta się lekko, głównie ze względu na zawarte w nim poczucie humoru, które to staje się wyznacznikiem oryginalności w futurystycznym świecie.

Lektura Hardboiled niewątpliwie sprawia czytelnikowi przyjemność: szorstką, ponurą i w pewnym sensie perwersyjną. Toczą się tutaj gry podświadomości żywcem wyjęte z Alicji w krainie czarów, pełne iluzji, przewrotności, fałszywych dróg, ślepych uliczek i pustych znaków. Zarazem znalazło się w nich miejsce na sporą dawkę czarnego humoru. Sięgając po tę pozycję warto mieć świadomość, że opowiadania w niej zawarte wymykają się jasnemu przyporządkowaniu gatunkowemu. Stanowią one wariacje na temat konwencji - nie są jej przedstawicielami w czystej formie. Noir, fantastyka, groza, cyberpunk zmiksowane w przeróżnych konfiguracjach z klasycznym kryminałem, są najlepszym z możliwych hołdów złożonym hardboiled-owi: pokazują bowiem, że ten jest wciąż żywy - bo tylko to co żywe może się zmieniać.

Na antologię składają się nie tylko świetne nowele, których układ - cięższa, lżejsza, cięższa, lżejsza – zdał egzamin w stu procentach. Znajdziemy tutaj również wprowadzający nas w arkana gatunku wstęp Mariusza Czubaja oraz świetną oprawę graficzną Macieja Kamudy – szkoda tylko, że komiksowych plansz jest tak mało.

Autor: antologia
Tytuł: Hardboiled
Wydawnictwo: Gmork
Rok wydania: 2015
Okładka: miękka
Ilość stron: 260
Cena z okładki: -

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...