05 grudnia 2015

I tylko koni żal.. / Town Creek, Blood Creek, Nienasycony – Joel Schumacher/ 2009

Gdy słyszę stwierdzenie, że ten film został nakręcony na faktach, to robi mi się słabo. To co przyszło nam obejrzeć to przecież fikcja: wariacja mitów, domniemań i wyobrażeń. Pewnie znajdzie się tutaj także kilka faktów - nie można zaprzeczyć temu, że przywódcy III Rzeszy interesowali się okultyzmem – nie wystarczą one jednak, by uznawać takie stwierdzenie za prawidłowe. Chyba, że Schumacher podobnie jak bohater Kodu Himmlera (tekst TUTAJ) wszedł nagle w posiadanie tajnych dokumentów zdradzających szczegóły hitlerowskich eksperymentów, które miały pomóc zawładnąć światem „rasie panów”. Wizja tego, co miałoby być niemiecką, supertajną bronią - tak w przypadku Schumachera, jak i Piotrowskiego - jest dosyć ciekawa. Nie będę jednak ukrywała, że wersja polskiego pisarza bardziej przypadła mi do gustu...

Początek filmu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czarno-biała kolorystyka i skrótowe przedstawienie zdarzeń stworzyły aurę tajemniczości i wzbudziły moją ciekawość. Rodzinę Wollnerów poznajemy w 1936 roku, w momencie, gdy jej członkowie podejmują najgorszą z możliwych decyzji. Zgadzają się przyjąć pod swój dach, delegowanego do nich z Niemiec profesora Richarda Wirtha (Michael Fassbender). Nie wiedzą, że dostąpili tego zaszczytu nie tylko ze względu na swoje niemieckie pochodzenie, ale głównie z powodu znajdującego się na ich ziemi kamienia runicznego. Wirth wierzy, że w Ameryce pozostawili go jej prawdziwi odkrywcy – Wikingowie. Jego z pozoru niewinne badania okazują się tylko drobnym elementem wielkiego planu (Projekt Kensington), jakim jest stworzenie nadludzko silnej i nieśmiertelnej istoty.

A potem jest już tylko gorzej. Gdy obraz nabiera barw, fabuła, klimat i wszystko co możliwe zaczyna się sypać. Even Marshall, sanitariusz (o czym nie omieszka nam przypominać) wciąż nie może pozbierać się po zaginięciu brata. Ten zniknął w tajemniczych okolicznościach podczas wspólnego wypadu na ryby. Victor – weteran wojenny – był tym bardziej „udanym” synem, dlatego ojciec ma żal do opiekującego się nim chłopaka, że to nie on zaginął. Z dalszych zdarzeń wynika jednak jasno, że rodzicielskie sympatie nie miały wpływu na siłę więzi jaka łączy braci. Gdy bowiem dzielny sanitariusz po ciężkim dniu (+ Halloween z siostrzeńcami) smacznie sobie śpi, nagle budzi go zarośnięty jak Robinson Crusoe Victor. Pojawia się znikąd, goli nadwyżkę owłosienia, każe bratu wziąć broń i iść ze sobą. A Evan (Henry Cavill) grzecznie pakuje się i bez szemrania podąża za odnalezionym. Docierają – kajakiem - na farmę Wollnerów i rozpętują tam piekło. Evan bowiem nie waha się wycelować broni w tego kogo wskaże  brat. Ich nagłe wtargnięcie powoduje, że KTOŚ w porę nie dostaje swojego posiłku, budzi się więc głodny i zły. Niezrozumiała do tej pory dla widza bieganina Victora, który przemierza farmę wzdłuż i w szerz tam i z powrotem bez celu, zamienia się w identyczną, bezsensowną bieganinę nazisty-mumi, który czerpie energię z kamienia. Jedynie co różni faceta w czarnym płaszczu od amerykańskiego żołnierza to to, że nie  może on wejść do domu, więc nasyła na ukrywających się w nim ocalałych, ożywione przez siebie psy-zombie i konie-zombie. Na przemian mamrocze coś pod nosem i krzyczy, co powoduje, że jest raczej śmieszny nie straszny. Któż by jednak mógł mierzyć się z superbraćmi? W końcu jeden to żołnierz a drugi to sanitariusz, wspólnymi siłami dadzą kreaturze popalić i na wielki pochowają jej marzenia o potędze. Chaos panujący na ekranie smuci, zwłaszcza, że Wirth naprawdę się stara, potrafi nawet sam sobie rozłupać czaszkę i wydłubać na wierzch trzecie oko, ale poza tym scenariusz pozwala mu biegać tylko po farmie, jakby był dzieckiem zagubionym we mgle.

Jeśli ktoś nosi długi, skórzany, czarny płaszcz chodzi nienaturalnie wręcz prosto i sztywno, to zapewne jest – złym, okrutnym i podłym – nazistą.  Najwyraźniej taki obraz hitlerowskiego agenta zadomowił się w zbiorowej świadomości. Wystarczy dodać jeszcze błysk szaleństwa w oku, z czym dobry aktor, którym jest Fassbender nie ma raczej problemu i już nie trzeba niczego więcej. Poza nazistowskim mamroczącym do kamienia zaklinaczem zombie-koni, nie mamy tutaj bardziej skomplikowanych postaci. Próbuje się bezcelowo wykrzesać jakąś głębię z Liese (Emma Booth), córki farmerów, która zdradza braciom najwięcej na temat możliwości pokonania wroga. [Uwaga spojler]. Nie rozumiem jednak dlaczego działającą na niego zbroję z kości trzyma w stodole zamiast w chronionym przez runy domu. I informuje braci o jej istnieniu dopiero wtedy, gdy sytuacja jest już dla pozytywnych bohaterów bardzo zła, bo Wirth przeskakuje na wyższy stopnień wtajemniczenia – bo przypadkowo akurat tej nocy jest zaćmienie, czego się nikt nie spodziewał (w XXI wieku...). [Koniec spojlera]. Aktorstwo jest tutaj naprawdę zbyt toporne by można było mówić o jakiejś kreacji postaci. Victor, czyli Dominic Purcell, gra jak zwykle sam siebie – jego ekspresja ogranicza się do jednej miny. Chociaż trzeba przyznać, że do roli porywczego i wyżej ceniącego zemstę od wolności faceta to akurat pasuje.

Montaż również pozostawia sporo do życzenia. Na przykład źle zmontowana została scena, w której jeden z mężczyzn odskakuje spod końskich kopyt - tak sztucznego skoku z przysiadu dawno nie widziałam. Nie przekonuje również miotająca się po podłodze Liese, obok której co chwilę dują kopyta rozjuszonego konia-zombie. Zbyt wyraźnie widać niedociągnięcia, by podobne akcje mogły wzbudzić napięcie. Na dokładkę zafundowano nam naprawdę kiepskie efekty specjalne. Najlepiej wypadły w Nienasyconym (polski tytuł jak zwykle wymiata) konie. Chociaż rozwalają i gryzą co popadnie, w scenach, w których nie są wygenerowane komputerowo są po prostu majestatyczne i przepiękne. 

Zbrakło także płynności w przechodzeniu od sceny do sceny. Zbyt wiele razy powtarzał się motyw wyskakującego jak królik z kapelusza rozwiązania sytuacji, co zabiło klimat i spowodowało, że ogląda się te produkcję z dystansem. Co za tym idzie, starszak nie starszy (najbardziej przerażające w całym filmie jest pragnienie Wirtha, by cały świat posługiwał się językiem niemieckim, brrr). Możliwe, że reżyserowi zależało przede wszystkim na utrzymaniu tempa i nie chciał się on bawić w stopniowanie akcji – po prostu od razu, bez ceregieli wrzucił nas w wir zdarzeń. W efekcie powstał bardziej film akcji z demonem-nazistą w tle niż horror. Żeby nam jednak nie było smutno na pociechę dostaliśmy jeszcze zbroje z kości, osikowy skalpel i upuszczanie krwi.

Jeśli ktoś lubi pędzącą na łeb na szyję akcję, i nie za bardzo przeszkadzają mu pojawiające się w fabule luki i jeszcze do tego lubi podumać nad tym do czego byli zdolni naziści, powinien ten film obejrzeć. Tak czy siak wydaje mi się jednak, że to typowa produkcja „na raz”.

Rok: 2009
Kraj: USA
Reżyser: Joel Schumacher
Scenariusz: David Kajganich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...