20 listopada 2015

Penis w erekcji nie ma sumienia / Kto tam?, Knock Knock – Eli Roth/ 2015

Przedzierając się przez czeluści internetu możemy natrafić na informację, że powyższa maksyma była często przytaczana przez babcię Evy Longorii. Ja po raz pierwszy usłyszałam ją od Samanthy, jak dla mnie najciekawszej bohaterki Seksu w wielkim mieście. Trudno oczywiście komukolwiek przypisać autorstwo tej złotej myśli. To typowa anonimowa*** mądrość ludowa, która nie traci na aktualności - niestety. Jej nieustająca obecność świadczy tylko o tym, że my, ludzie wciąż lubimy zasłaniać się biologią, gdy nam nasze bycie „istotami świadomymi/wyższymi” zwyczajnie nie wychodzi, albo jakby to ujęli psychoanalitycy, gdy id zdominuje superego. Jeśli chodzi o pewną konkretną sytuację przodują w tym mężczyźni, którzy uważają, że stają się bezbronni, gdy władzę nad nimi przejmuje ON. I z tego powodu oczywiście należy im pobłażać, ponieważ poniekąd sami są w tej sytuacji ofiarami. 

Wiecie jak to jest mieć wszystko? Evan Webber (Keanu Reeves) należy do tej grupy ludzi, która wie. Ma dobrą pracę, może rozwijać swoje pasje (ma na to czas i pieniądze), swoje sukcesy dzieli z równie jak on utalentowaną, kochającą żoną i dziećmi. Co najważniejsze Evan jest szczęśliwy, lubi swoje życie i szczerze kocha bliskich – po prostu sielanka. W to wszystko wkrada się niestety „ale” - no właśnie, jedno małe „ale” – Evan jest mężczyzną, i gdy pewnego deszczowego wieczoru, odwiedzą go dwie ponętne dziewczyny, o jego dalszym życiu zadecyduje jego penis. I nie ważne, że żałuje, że jest mu przykro i, że gdyby mógł cofnął by czas: stało się. I od  tego momentu dwie urocze uwodzicielki przechodzą metamorfozę. Przeobrażają się w psychopatki-mścicielki, które zamieniają życie bohatera w piekło i pokazują mu, ile tak naprawdę jest wart. Aż się chce zanucić: mniej niże zerooooo, mniej niż zerooooo…. Nie ważne, jak wspaniały jest mężczyzna, jak mądry, dobry, ciepły, jak bogaty i spokojny – nie ważne ile ma zalet - gdy dwie młódki dobiorą mu się do spodni, dostaje małpiego rozumu. Po prostu przegrywa. Fabuła jest prościutka i czytelna dla widza. Na początku wręcz śmieszy nas naiwność bohatera: przecież trzeba być ślepym, by nie dostrzec dwuznaczności całej sytuacji. Zachowanie dziewcząt nie jest ani odrobinkę subtelne i inteligentny facet powinien się połapać już w momencie, gdy otwiera drzwi. Zamiast tego Evan daje się osaczyć we własnym azylu.

Evan ma pecha, nikt nie chce uwzględnić okoliczności łagodzących, a sytuacja w której się znalazł z minuty na minutę staje się coraz bardziej absurdalna. Co udało się twórcom na pewno, to wzbudzić moją ogólną niechęć do postaci. I o ile początkowo byłam skłonna kibicować bohaterowi, bo to przecież dusza-człowiek(mimo, że jako klasyczny bohater horroru/thrillera nie wykazał się instynktem samozachowawczym), jednak w końcu zmiażdżony, w świetle dnia, skompromitował się w moich oczach zupełnie. Gdzie się podział ten hardy i jurny mężczyzna? W jego miejscu pojawił się zastraszony facet, który nie ma w sobie dość odwagi, by stawić czoła samemu sobie. Jego bezradność i bezsilność wzbudziła we mnie niesmak. Chesterton pisał, że dzieci są niewinne i kochają sprawiedliwość, gdy tymczasem my w większości jesteśmy źli i dlatego przekładamy nad nią przebaczenie. Film pokazuje w przewrotny sposób, jak bardzo, gdy stajemy w obliczu poniesienia kary, pragniemy by nasze czyny, nie były postrzegane jako czarno lub białe - gdy już powinie nam się noga chcemy poruszać się w odcieniach szarości.

Nasze femme fatale – Genesis (Lorenza Izzo) i Bel (Ana de Armas)  - organizują coś w rodzaju gry, w którą wplątują „niewinnych” mężczyzn. Gdy Ci ulegają i zdradzają swoje rodziny, wymierzają im karę. Sprawiedliwość, którą w swoim wyobrażeniu wymierzają jest wyjątkowo pokręcona. To wariacja na temat słynnego „oko za oko, ząb za ząb”, tylko, że stawka jest o wiele, wiele wyższa. Trudno nam te dziewczyny jednoznacznie ocenić. Możliwe, że to psychopatki odnajdujące przyjemność w niszczeniu życia innym. Możliwe także, że ich zemsta ma głębszy wymiar, wielokrotnie wspominają bowiem o ojcach krzywdzących córki. Zresztą akcja również rozgrywa się w dosyć szczególnym momencie: mamy Dzień Ojca. Nic nie jest jednak w tym filmie do końca dosłowne. Wiemy, że to co oglądamy nie ma racji bytu, i chociaż kuszące, jest naciągane. Nie jesteśmy jednak w stanie ustalić czy taki efekt był zamierzony przez reżysera, czy wynika z luk fabularnych i ewidentnych niedociągnięć.

Niestety nie lubię Keanu „drewnianej twarzy” Reevesa. Moim zdaniem po raz kolejny się nie popisał, jak zwykle jest sztywny, sztuczny i bez wyrazu. Nie wiem, co ten człowiek musiałby zrobić, by stać się dla mnie w jakikolwiek sposób wiarygodnym na ekranie. Postanowiłam więc nie oceniać filmu przez pryzmat tego aktora. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jego brak talentu przemówił tym razem na jego korzyść, mamy bowiem do czynienia z określoną konwencją w której przerysowanie - bądź niedorysowanie – postaci jest jak najbardziej na miejscu. Tylko, że mimo wszystko mało znane aktorki na tle gwiazdora i tak wypadły naturalniej, mimo iż wcieliły się w kompletnie ześwirowane i nierzeczywiste bohaterki.

Na szczęście twórcy filmu nie bawili się w moralizowanie, każdy ma prawo ocenić bohaterów sam. Mężczyźni z którymi rozmawiałam o tym filmie bronili Webbera, kobiety cieszyły się z tego co mu się przytrafiło. I w sumie to zrozumiałe. Ja nie potrafię jednak współczuć Evanowi, nie zachwyca mnie również „polowanie” i psychologiczne tortury, które urządzają dziewczyny z chorym poczuciem misji. A to dlatego, że w szerszym kontekście film pokazuje nam dosyć okrutną prawdę: świat potrafi nas oszukać i czasami wystarczy jeden błąd, by nasze życie legło w gruzach, bez względu na to kim jesteśmy i co sobą reprezentujemy. Na dokładkę nasza rzeczywistość wcale nie musi lec w gruzach w nieprzyjemnych dla oka okolicznościach. Akcja filmu rozgrywa się bowiem na małej, zamkniętej przestrzeni, w pięknie urządzonym mieszkaniu. Otaczają nas dzieła sztuki, uśmiechnięte twarze, pastelowe kolory. Ten dom ma w sobie wiele ciepła, to miejsce, w którym z przyjemnością spędza się czas. Zamienienie tej nieco banalnej w wyrazie przestrzeni w przesyconą obcością pułapkę było genialnym posunięciem.

Kto tam? Nie jest oczywiście żadnym arcydziełem. Film momentami naprawdę drażni, zwłaszcza przydługawymi scenami seksu. Ma również mnóstwo niedociągnięć, a jego wymowa jest ciężkawa. Mimo to warto się z nim zapoznać, doznać odkształconej świadomości i zasmakować siły manipulacji. Elli Roth (Śmiertelna gorączka) pokazał, że potrafi  kręcić nie tylko obfitujące w sceny pełne posoki torture porn. Reżyser zaczyna eksperymentować z konwencjami - tym samym zaczyna zrywać etykietkę, którą mu przypięto. Jestem ciekawa, jaki będzie jego następny krok.

Rok: 2015
Kraj: USA, Chile
Reżyser: Eli Roth
Scenariusz: Eli Roth, Guillermo Amoedo, Nicolas Lopez

*** Podobno w bardziej dosadnych słowach ową myśl zapisał pewien szkocki poeta Robert Burns (1759-1796). Niestety nie udało mi się dotrzeć do tego tekstu. Jeśli ktoś ma dostęp lub wie, gdzie szukać, byłabym wdzięczna.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...