02 października 2015

Tato, czy możemy zapłacić duchowi? /Pay the Ghost, Wrota zaświatów – Uli Edel/ 2015

Nicolas Cage i jego spojrzenie śniętej ryby, średnio przekonywał mnie do obejrzenia najnowszej produkcji Uli Edela. Moje obawy były w pełni uzasadnione,  aktor przecież ostatnio nie ma szczęścia do ról - co krok to porażka. Mimo to, skusiłam się. W końcu nastał już październik i niedługo Halloween. Najwyższa pora, a właściwie ostatni dzwonek, by zacząć wczuwać się w mroczną atmosferę jesieni. Zamiast jednak rozsmakowywać się w klimacie grozy, w trakcie seansu biłam się wciąż z myślami, szukając odpowiedzi na pytanie, co jest większym gwoździem do trumny tej produkcji: aktorstwo czy scenariusz? Jedno jest pewne: Pay the Ghost z całą pewnością nie stanie do konkursu na najlepszy horror 2015.

Fabuła do skomplikowanych nie należy. Mike Cole, nauczyciel akademicki walczący o etat, pragnie odkupić swoje ojcowskie winy, czyli ciągły brak czasu, zabierając syna (Jack Fulton) na festyn z okazji Halloweeen. Przeszczęśliwy Charlie (tata dotrzymał słowa!!) przebrany za pirata, wypowiada nagle niezrozumiałe dla ojca zdanie: „Tato, możemy zapłacić duchowi?” i znika. Zrozpaczony ojciec przetrząsa okolicę. Niestety po chłopcu zaginał wszelki ślad. Kristen Cole (Sarah Wayne Callies), wściekła na męża, obarcza go za wszystko winą i odcina się od niego. Mike nie mogąc pozbyć się poczucia winy, prowadzi własne śledztwo, zamęczając zajmującego się sprawą jego syna detektywa Reynoldsa (Lyriq Bent). Mija rok. Niespodziewanie, kilka dni przed Halloween wokół Mike’a zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Bohater bardziej przeczuwa niż wie, że to jego syn w ten sposób daje znać, że żyje i chce by go odnaleźć. Chłopiec pomaga ojcu jak może, podsuwając wciąż nowe tropy. Dzięki jego staraniom coraz więcej spraw zaczyna się ze sobą łączyć. W nadprzyrodzony wymiar zaginięcia zaczynają wierzyć i detektyw (który powinien pozostać sceptyczny) i nawet sfoszona żona Mike’a. Niestety nieporadność i brak charyzmy głównego bohatera sprawia, że początkowy dramatyzm, gdzieś się ulatnia. Na dokładkę pomiędzy kolejnymi manifestacjami Charliego pojawia się w fabule całe mnóstwo absurdu. W końcu okazuje się, że za wszystkim stoi celtycka bogini, a noc Halloween to czas, gdy otwierają się przejścia między światami. Zakończenie historii jest tak bajkowe, jak tylko może być bajkowe zakończenie filmu familijnego, który zapomniał, że jest hybrydą horroru i thrillera. Zdaje się to jednak nie być dla producentów ważne. Grunt, że Cage przeszedł się po magicznym moście…

O tym, że jest to film grozy przypomina nam kilka nieudanych scen jump i parę typowych dla horrorów chwytów: złowrogie ptaki, mroczny cień, zawodzenia ducha itp. Niestety: jedna spalona kobieta horroru nie czyni. Zwłaszcza, że nawet nie zdążyliśmy się do niej przywiązać w jakikolwiek sposób, by podejść emocjonalnie do tej straty. Zastosowanie na chybił trafił oklepanych klisz nie stworzyło mrocznej aury, która otaczałaby coraz szczelniej bohaterów, zamykając ich w dusznej atmosferze strachu. Co za tym idzie, widz nie odczuwał podczas seansu napięcia. Twórcy nie wykorzystali więc w pełni potencjału, który miała w sobie historia spisana przez Tima Lebbona (film to adaptacja jego powieści), mogło być mocniej i mogło być ostrzej. Mam wrażenie, że część odpowiedzialności za nijaki wydźwięk filmu, ponosi brak skupienia się twórców na którymkolwiek z wątków. Kolejne, przypominają wyjmowane na oślep z kapelusza króliki, które zapomniane przez magika, rozłażą się, gdzie je oczy poniosą. Chcecie medium? Abrakadabra! Cóż z tego, że nikt nawet nie wspomniał wcześniej, że wszystkiemu może być winny duch. Chcecie niewidomego, wtajemniczonego w zagadki drugiej strony menela? Proszę bardzo! Podkręcić akcję? Niech potwór napadnie kogoś przypadkowego. Odniosłam wrażenie, że reżyser nie wiedział na co ma „postawić”, co wyeksponować: rozpad relacji, dramat ojca, dramat ducha, legendę, śledztwo, wyścig z czasem? Wszystkie te elementy pojawiają się nawet w dobrej konfiguracji, ale w kiepskich proporcjach i zostają potraktowane zbyt pobieżnie. Dlatego tym bardziej rażą nas nieklejące się rozwiązania fabularne: Charlie rysuje potwora, ale nikogo to nie interesuje, Mike to spec od literatury grozy (i nic mu w główce nie świta?) i co najgorsze, nikt nie ustosunkował się w tej historii do jej tytułu. Czekałam jak głupia, aż ktoś wyjaśni mi, czym się wykupuje dziecko z zaświatów. Niestety scenarzysta najwyraźniej uznał główne spoiwo akcji  - ZAPŁAĆ DUCHOWI - za nieistotne… Bo w sumie ten jakby sam sobie pobiera opłatę.

Zabrakło mi tutaj również emocji, które połączyłyby smutne wydarzenia sprzed lat z obecnymi. Zabrakło mi także łącznika dwóch historii, które przecież w pewnym momencie stały się jedną. Nie dane nam jest poczuć ból, cierpienie, które rzuciły bohaterów na krawędź rozpaczy. Tragedia ziejącego nienawiścią ducha i rodziców jest ogromna, ale pokazana tak powierzchownie i jałowo, że nie potrafiłam nikomu kibicować. Dobijała mnie mina Nicolasa Cage’a wyrażająca takie samo cierpienie, gdy syn był w zasięgu reki  i gdy go zniknął. U Sarah Wayne Callies nie było lepiej: miała nieustannie zdziwioną minę. W sumie można założyć, że zaufała agentowi i wzięła rolę w ciemno. Dopiero po fakcie przeczytała scenariusz i ją zatkało - i tak zostało jej do końca zdjęć. A tak na serio: dokładnie tak samo drażniła mnie w The Walking Death, to po prostu aktorka jednej miny.

Nie tylko aktorstwo w Pay the Ghost zawiniło. Postacie są kiepsko i sztampowo „napisane”, trudno było z nich coś więc „wycisnąć”. On kochający mąż i ojciec zaniedbujący rodzinę. Ona - odniosłam wrażenie, że ledwie trawi obecność swojego męża i tylko szuka powodu, żeby od niego odejść. Syn, to tęskniący za ojcem siedmiolatek, który zaczyna widzieć dziwne rzeczy. Gdybym nie wiedziała, jaki gatunek oglądam, to uznałabym, że chłopak odreagowuje w ten sposób napiętą sytuację w domu. Poza chłopcem, którego na ekranie mamy niewiele, bohaterowie pozostają  nieprzekonujący do tego stopnia, że gdy bohaterka wybucha płaczem i obraca się do kamery tyłem, byłam przekonana, że ktoś ją zwyczajnie rozśmieszył…

Pay the Ghost bardzo przypominał mi Naznaczonego. W obu produkcjach ojcowie odważnie, wykraczają poza to co poznane, by uratować swoich synów. W produkcji Uli Edela wędrówka ta wypadła nieporównywalnie słabiej. To co mi się w tym filmie podobało (to akurat podoba mi się w każdym) to senna atmosfera i nawiązanie do celtyckich wierzeń, według których 31 października duchy zmarłych włóczą się po świecie. Na plus potraktowałabym także brak przesytu efektami specjalnymi (no poza krzykliwym zakończeniem). Poza tym uwielbiam październik, wcześnie nadchodzący zmrok, unoszący się w powietrzu zapach przemijania - dlatego czas akcji szczególnie do mnie przemawia. 

Mimo że ten film nie starszy, mimo że ma spore dziury w fabule, może posłużyć do umilenia jakiegoś leniwego, jesiennego wieczoru, pod warunkiem, że nie będziemy tego dnia oczekiwać od świata zbyt wiele.

Rok: 2015
Kraj: Kanada
Reżyser: Uli Edel
Scenariusz: Dan Key

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...