02 września 2015

Karuzela, karuzela, karuzela zdarzeń /Córki marionetek - Maria Ernestam/

Przez kilka dni nie umiałam zabrać się do napisania tekstu o tej książce. Powód owej słabości był bardzo prosty: niesamowicie się nią rozczarowałam. Wydawca obiecał czytelnikowi trzymający w napięciu thriller psychologiczny – śmiem więc wątpić, czy spośród osób odpowiedzialnych za wydanie książki - poza tłumaczką - tak naprawdę ktoś Córki marionetek przeczytał. Na szczęście dosyć szybko orientujemy się, że lektura wcale nie jest tą, którą nam zareklamowano i mamy szansę zmienić do niej nastawienie. Jeśli nie poczujemy się z tego powodu oszukani i lubimy psychologiczne dramaty możemy mieć z lektury chociaż odrobinę przyjemności. Podkreślę jednak, że tylko odrobinę, ponieważ powieść, tak czy siak, nie powala.

Córki marionetek rozpoczynają się od mocnego akcentu: jedenastoletnia Mariana znajduje ciało swojego ojca przywiązane do konia na zabytkowej karuzeli. Prawdziwe trzęsienie ziemi. Niesamowitości temu paraliżującemu okrucieństwem wydarzeniu nadaje otaczająca nas od pierwszych słów baśniowa i oniryczna atmosfera, wynikająca ze sposobu w jaki dziewczynka postrzega świat. Ostatniego wspomnienia związanego z ukochanym ojcem nie zapomni nigdy. Mariana nauczyła się jednak z nim żyć - podobnie jak jej matka i dwie siostry. Każda poradziła sobie na swój sposób - dla żadnej nie było to łatwe, zwłaszcza, że mordercy nie złapano i z czasem zapomniano o sprawie ( na tyle na ile zapomina się o morderstwach w małych miasteczkach). Mariana jako dorosła kobieta prowadzi sklep z zabawkami, w którym często czyta dzieciom baśnie, jest matką, żoną i posiadaczką wspaniałej karuzeli. Bohaterka poniekąd cały czas jest tą samą małą dziewczynką, która czuje więcej niż inni, która potrafi wejrzeć głębiej w drugiego człowieka. Jak każdy dorosły gubi się jednak na ścieżkach życia w poszukiwaniu sensu i samej siebie. Od dnia, w którym popełniono zbrodnię, minęło już trzydzieści lat, i nikt nie spodziewał się, że przeszłość w końcu upomni się o swoje prawa. Dotychczasowy, stały rytm życia miasteczka znów zostanie zakłócony. Nagle ktoś porywa i kastruje wartego majątek ogiera, ktoś podrzuca Marianie krowie oczy, obcy – tajemniczy Amerykanin Amnon - wprowadza się do zrujnowanej piekarni i za cel stawia sobie doprowadzenie jej do dawnej świetności. Szybko okazuje się, że pogląd na temat małych miasteczek: wszyscy się znają i wiedzą o sobie wszystko to przykład myślenia życzeniowego. Zażyłość to tylko pozór. Na fasadzie obserwowanej przez nas szwedzkiej, hermetycznej społeczności coraz wyraźniej widać rysy i kolejne pęknięcia. Przez szpary zaczynają uciekać kolejne tajemnice z przeszłości. Na jaw wychodzą zawstydzające brudy, ale i warte zapamiętania heroiczne czyny. Okazuje się, że wystarczył jeden człowiek i kilka słów, by wprawić w ruch machinę zmian. A gdy ta się rozpędzi - nie ma już odwrotu.

Maria Ernestam budując opowieść próbuje szarpać i rwać wątki, by wprowadzić w nią napięcie. Nic z tego jednak nie wychodzi. Napięcie fabularne, w moim odczuciu, wydaje z siebie rozpaczliwy, nieprzerwany sygnał EKG rejestrujący zgon pacjenta. Możliwe, że takie a nie inne prowadzenie historii miało stworzyć misternie utkaną intrygę, w której sieć dalibyśmy się złapać. Wyszedł niestety durszlak ze zbyt dużymi dziurami, przez które treść zwyczajnie przelatuje. Podobnie czuje się czytelnik: nie pląta się w akcji, tylko przez nią przecieka. Dodatkowo irytowała mnie królująca w tekście infantylność. Autorka przeszła pod tym względem samą siebie, zwłaszcza pod koniec powieści prezentując nam rozwiązania kolejnych zagadek. Ręce mi opadły np. w momencie rozwikłania tajemnicy krowich oczu. Przyznaję, że o śmierci ojca bohaterki zdarzało mi się zwyczajnie podczas lektury zapominać. Ten  - wydawałoby się istotny - wątek stanowił tylko tło do zmagań Mariany: z wybitą szybą, pracą (gratuluję podejścia: a co tam zamknę sklep i sobie pójdę na spacer), pożarem, wizytami u matki i sióstr, mejlowaniem z najbliższymi (wątek Ivo wydawał mi się zbędnym zapychaczem). Moja ciekawość ze strony na stronę w zastraszającym tempie malała. Ernestam skutecznie zniechęciła mnie do odczuwania jakichkolwiek emocji podczas lektury - jak robot przewracałam kolejne kartki. Córki marionetek nie zaoferowały mi więc niczego poza kilkoma ciekawymi lecz niezbyt odkrywczymi przemyśleniami głównych bohaterek. Drobne urozmaicenie wprowadzały poruszające opisy przyrody, dzięki którym poczułam jakbym sama spacerowała tamtejszymi ścieżkami i chłonęła pachnący morzem wiatr.

Skłamałabym, gdybym napisała, że autorka nie porusza w swojej powieści ważnych kwestii. Pokazuje przecież bezmyślne okrucieństwo i zło w czynienie którego dają się wplątać dobrzy ludzie. Nie ocenia jednak nikogo, ani nie oskarża – jej świat nie jest czarno-biały. Zwłaszcza,że jednostkom, jak i zbiorowości przyszło się mierzyć z wojną i jej konsekwencjami. Piętno wypalone w pamięci i ból są stałymi towarzyszami mieszkańców miasteczka. Muszą z nimi żyć - i to jest kara sama w sobie. Podczas lektury zaglądamy także w serce tęsknoty, smutku i nadziei - która pojawia się w momencie, gdy znajduje się odwagę na zaproszenie do swojego życia odrobiny magii. Ta pojawia się pod postacią teatru marionetek (codziennie przecież sami jesteśmy bohaterami wielkiego spektaklu), nietypowej pamiątki rodzinnej – karuzeli, zabawek i baśni. Jeśli zastanowimy się nad znaczeniem karuzeli – spoiwa całej historii - odkryjemy, że może ona być symbolem obsesyjnie powracających myśli (śmierć ojca, poszukiwanie samej siebie), przede wszystkim jednak stanowić pomost łączący przeszłość i teraźniejszość, życie i śmierć oraz radość i ból przemijania. Karuzela splata w sobie więc mnóstwo sprzeczności: bezczynny sen, gdy śpi i szaleńczy dynamizm, gdy się budzi. Kręcąca się w kółko jest jak ludzkie życie.

Przypuszczam, że fani thrillerów się zawiodą, a zadowoleni – ewentualnie - będą wielbiciele dramatycznych, refleksyjnych historii. Nazwałabym więc tę książkę dramatem psychologicznym z delikatną nutą kryminału (bardzo, bardzo delikatną). Precyzyjne określanie gatunku powinno stanowić dla wydawnictwa priorytet. Po co bowiem trafiać do niezainteresowanej produktem grupy docelowej, która nie będzie zadowolona? Działania w wyniku, których traci się zaufanie klienta, to przykład krótkowzrocznej polityki. Jakby tego było mało, gwoździem do trumny Córek marionetek są liczne błędy. Można by przymknąć oko na pozjadane zaimki i literówki - bo czasami pożre je program, a czasami zmęczenie korektora. Nie można jednak przejść obojętnie obok nieprawidłowego szyku wyrazów w zdaniu - o który co rusz się potykamy - bo tutaj już trzeba było się nieco postarać, by takie babole stworzyć. Jedyna rzecz, do której nie można się przyczepić, to świetna okładka, która przykuwa wzrok i intryguje. Wraz z opisem: Trzymający w napięciu thriller psychologiczny osadzony w bajkowym krajobrazie szwedzkiego miasteczka, stanowi ona przykład dobrze przemyślanej reklamy. Szkoda, że zamiast obiecanego produktu czytelnik dostał bubla.

Autor: Maria Ernestam
Tytuł: Córki marionetek
Tytuł oryginalny: Marionetternas döttrar
Tłumaczenie: Magdalena Anna Kostrzewska
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Wydanie: I
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka
Ilość stron:432
Cena: 34,90


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...