29 września 2015

Człowiek – Ćma na oku cię ma.../Mothman – Sheldon Wilson/ 2010

MOTHMAN: PRAWDA TO CZY MIT?

Demon (?), zawdzięcza swą nazwę popularnej w latach sześćdziesiątych w Stanach postaci Zabójczej Ćmie (Killer Moth) z serii o Batmanie. Wszystko zaczęło się pod koniec 1966 roku, kiedy to Point Pleasant (Przyjemny Punkt) zaczęło huczeć wręcz od plotek o pojawiającym się w okolicy potworze. Do miasteczka przyjechał nawet John Keel – nowojorski dziennikarz zajmujący się badaniem zjawisk paranormalnych i znany ufolog - który o swoim „śledztwie” w Point Pleasant napisał książkę Mothman Prophecies. Dowodził w niej, że sprawa Mothmana to tylko czubek góry lodowej zjawisk, które mają miejsce w Wirginii Zachodniej.

Od grudnia 1966 do grudnia 1967 roku, Mothman pojawiał się regularnie w okolicach niedużego miasteczka. Zniknął tuż po największej z katastrof budowlanych lat sześćdziesiątych, która miała miejsce 15 grudnia 1967 roku. Wtedy to zawalił się most Silver Bridge na rzece Ohio. Zginęło 46 osób. „Wizyty” demona powiązano z tym wydarzeniem i stwierdzono, że jego obecność przepowiadała nadchodzącą katastrofę. Do dziś jednak nie wiadomo, czy próbował on ostrzec mieszkańców przed niebezpieczeństwem, czy jego obecność po prostu przyciągała śmierć. Wiele osób  wierzy, że Mothman „dokonał” zemsty w imieniu Cornstalka, wodza Szaunisów, który torturowany przez mieszkańców Point Pleasant przeklął miasteczko w 1770 roku. To zresztą tłumaczyłoby, dlaczego Mothman pojawia się tylko w tej konkretnej okolicy. Bardziej religijni uważają, że mieszkańcy mieli do czynienia z demonem, który uciekł z piekieł. Sceptycy dopatrują się tutaj efektu zbiorowej histerii w bardzo religijnej społeczności (więcej kościołów niż barów), podsycanego przez migrujące żurawie lub sowy płomykówki zamieszkujące pobliski rezerwat. Tak moi drodzy – winę zrzucono na ptaki i ludzką wybujałą wyobraźnię. Zwolennicy teorii spiskowych za to są pewni, że była to sztucznie wywołana - w celach badawczych - panika. Zawalenie się mostu spowodowało, że szybko zarzucono projekt w obawie przed nieprzewidywalnymi skutkami. Jeszcze inni są pewni, że to „coś” powstało w wyniku tajnego rządowego eksperymentu i uciekło. Po roku udało się „to” złapać i dlatego potwór nagle przestał się pojawiać. O tym, że w tej sprawie maczał palce rząd miało dowodzić pojawienie się po wszystkim „mężczyzn w czerni”, którzy groźbami zamykali usta kolejnym osobom, które opowiadały o swoim spotkaniu z Mothmanem. 

Wygląda na to, że nie bez powodu Mothman upodobał sobie akurat tę okolicę. Pomijając klątwy i inne domysły, wydaje się, że po prostu miejsce było dla niego idealne. Ptasi rezerwat graniczący ze „Zbrojownią”, czyli opuszczoną elektrownią, w której w czasie II wojny światowej składowano materiały wybuchowe. W to wszystko wkomponowana sieć betonowych bunkrów - wręcz wymarzona okolica dla demona. Myślę, że każdy stwór chętnie bym tam zamieszkał – cisza, spokój i w razie „w” jest się gdzie ukryć. Patrząc z drugiej strony: to także świetna okolica by przeprowadzać eksperymenty i „coś” ukryć.

P.S. Podobno, każdego, kto zajmuje się sprawą Mothmana dopada klątwa i nie ominęła ona także twórców filmu Przepowiednia z 2002. Dziennikarz John Keel nie doświadczył jednak niczego złego. Zmarł w 2009 roku.

MOTHMAN 2010

Pamiętacie thriller z 2002 roku z Richardem Gerem w roli głównej? Polski tytuł brzmiał Przepowiednia. Wcale więc, jak na nasze możliwości tłumaczenia tytułów filmów, nie był on zły. Chociaż oryginalny brzmiał Mothman, to polski naprawdę dobrze oddawał sens fabuły. Identycznie nazwano film z 2010 roku, o którym – w sumie – będzie tutaj mowa. Tych dwóch obrazów (2002 i 2010) nie sposób oczywiście porównywać. Opowiadają one zupełnie różne historie, łączy je tylko postać Człowieka-Ćmy z oczami jak reflektory. Podobnie jak film o Skinwalkerze (Skinwalker), te o Mothmanie, oparte są na faktycznych wydarzeniach, które połączone z niezwykłymi obserwacjami stały się podwaliną do powstania legendy.  Thriller z Gerem ściśle wiąże się z postacią stwora i katastrofą, która miała miejsce w Wirginii Zachodniej (nakręcono go na podstawie książki Keela), produkcja z 2010 roku jest już tylko wariacją na temat. 

W omawianym filmie Mothman, mści się na ludziach, którzy mają krew na rękach. Wymierzana przez niego sprawiedliwość jest jednak ślepa i okrutna. Trudno ocenić czy demon jest do końca zły. Przecież zabija morderców, a że nie daje żadnej taryfy ulgowej…. W jego kodeksie nie istnieją okoliczności łagodzące: „wypadek”, „żal”, „wyrzuty sumienia” - wszystkich wrzuca do tego samego wora. Reżyser chciał byśmy współczuli bohaterom i zarazem kolejnym ofiarom potwora, bo przecież nie byli oni złymi ludźmi. Próbuje jednak wzbudzić w nas te współczucie w dosyć – delikatnie mówiąc - naiwny sposób. Jak bowiem współczuć szóstce osób, które masakrują kamieniem głowę swojego przyjaciela, bo ten się utopił podczas głupiej zabawy? Boją się  odpowiedzialności, chociaż miał miejsce wypadek – nikt nikomu celowo krzywdy nie zrobił. Następnie nasze „orły” co roku spotykają się by to oblać, czyli wypić za tragicznie zmarłego. Z całym szacunkiem, ale jest to tak idiotyczne, że zdecydowanie lepiej, żeby tacy ludzie nie przekazywali swoich genów dalej...Trudno w takiej sytuacji nie kibicować demonowi.

Na film niestety składa się wiele śmiesznych rozwiązań fabularnych. Pojawiają się także - obowiązkowe w niskobudżetówce (ale to nie kino klasy „z”) - nielogiczności, jak np. motyw ze staruszkiem, który wydłubał sobie oczy, żeby Mothman w nie nie spojrzał. Gdy szóstka naszych bohaterów w końcu jest w komplecie (po dziesięciu latach wraca bowiem do miasteczka jedna z bohaterek) demon może wreszcie pomścić chłopaka, ale dlaczego pozwalał tak długo żyć innym małomiasteczkowym „mordercom”, którzy mieli inne zbrodnie na sumieniu? To z pomocą czego demon przenika do naszego świata też pozostawia wiele do życzenia, ponieważ producenci nie byli w tej materii zbyt konsekwentni. Nie da się przecież wyeliminować z ludzkiego otoczenia powierzchni w których można się „odbić” – nie tylko lustra są niebezpieczne. Widać jednak Mothman jest wybredny: jedna blacha mu odpowiada inna już nie. Najbardziej powaliła mnie dbałość o widza. Bardzo się pilnowano, by ten nie zobaczył niczego okropnego – chociaż chciał obejrzeć sobie przecież horror, dlatego włączył właśnie film o Mothmanie. Oto przykład takiej oszczędzającej nasze oczy sceny: miejsce zbrodni, policja bada ślady. W pierwszej kolejności przykrywa prześcieradłem zwłoki, by po chwili uchylać je wstydliwie do góry i robić zdjęcia denata. Kurtyna.

Jeśli chciano nas przerazić Mothmanem, to można było sobie darować tandetne CGI. Niskobudżetowy straszak mógł czaić się w cieniu, błyskać w mroku ślepiami, a nie pokazywać nam się w pełnej krasie.  Chociaż i tak jego ograniczone możliwości mimiczne wypadają nieźle w porównaniu z tym, co pokazują nam aktorzy. Odnosiłam wręcz wrażenie, że bohaterowie za bardzo skupiają się na tym by nie zapomnieć tekstu, przez co zapominają o czym tak naprawdę mówią. W efekcie kompletnie nie potrafią dopasować do wypowiadanych przez siebie słów mimiki i emocji.

Mimo iż pojawiają się tutaj przebłyski związane z wcześniejszymi objawieniami się Mothamana – staruszek opowiada o moście i klątwie indiańskiego wodza - to potencjał tej amerykańskiej, miejskiej legendy został kompletnie zaprzepaszczony. Ten film to dno, muł, syf i wodorosty. Jednym słowem: NIE.

Rok: 2010
Kraj: USA
Reżyser: Sheldon Wilson
Scenariusz: -



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...