03 sierpnia 2015

Tam, gdzie diabeł mówi „po polskiemu” ale nie za bardzo /The Shrine, Świątynia - Jon Knautz/2010

Chciałam napisać, że nie taki diabeł straszny, ale jednak straszny. Więc może zacznę tak, że ten film wcale nie jest aż tak zły, jak mogłoby się wydawać. Ma wiele wad, ale mimo tego miło mi się go oglądało.

Na początku widzimy zdezorientowanego chłopaka, który siłą ciągnięty jest na stół ofiarny, gdzie odmawiający modlitwy (po polsku) kapłan i jego podwładni wykonują jakiś tajemniczy rytuał. Ostatnim, co w życiu widzi przerażony młodzieniec są dwa metalowe szpikulce maski, zbliżające się z niepokojącą prędkością do jego twarzy. Wstęp mocny. Następnie jest już słabiej, posągowa, amerykańska piękność – Carmen (Cindy Sampson) wpada na trop tajemniczych zaginięć po drugiej stronie oceanu i postanawia sprawę zbadać. Bez zgody i wiedzy przełożonego, owa dziennikarka wyrusza z asystentką Sarą (Meghan Heffern) i chłopakiem Marcusem (Aaron Ashmore) na wyprawę w okolice Kózek – jakże swojsko – znajdujących się na terenie Polski. Posiłkując się dziennikiem zaginionego Erica (bagaże osób, które przepadły bez śladu zazwyczaj odnajdą się w różnych punktach Europy) trafiają do tajemniczej miejscowości Alwainia (no bardzo polska nazwa, bardzo....). Mieszkańcy nie są zbyt przychylnie nastawieni do obcokrajowców (w ogóle przybyszów) i próbują ich przegonić. Wiedziona ciekawością Carmen postanawia jednak zobaczyć, co kryje tajemnicza, unosząca się nad lasem mgła, o której wspomniał w swoich notatkach Eric. Nie mogła podjąć gorszej decyzji. Nasi bohaterowie odkrywają bowiem coś, co powinno zostać ukryte i czego strzeże lokalna społeczność - nie z zachłanności lecz dla dobra świata.

Nie od dziś wiadomo, że gdy tylko Amerykanin postanowi wyjechać do Europy, musi liczyć się z tym, że stanie mu się tam coś złego. W Niemczech jakiś psychol chętnie przerobi go na ludzką stonogę, a na Słowacji czeka na niego kilka uroczych chwil w Hostelu. Kiedy tyko widzimy miny, jakie robią nasi rodacy na widok turystów, wiemy, że Ci na pewno nie wyjdą z tego cało. I w zasadzie w tych kilku minach zawiera się cała groza produkcji. Nie uświadczymy tutaj przerażających scen, niski budżet nie pozwolił na przyzwoitą realizację gore – efekty są mało przekonujące. Prawdziwy i jedyny horror jakiego będziemy świadkami, to sposób ukazania Polski. Jeśli oni naprawdę tak nas widzą, to ja się już nie dziwię, że nie jesteśmy dla nich partnerami do rozmowy. Otóż jesteśmy dosyć zacofani, ubieramy się jakbyśmy utknęli na początku XX wieku, a nawet w XIX. Z notatek Erica wynika, że robimy własne ubrania i dorastamy na własnym jedzeniu. Sposób oporządzania trzody też jest u nas daleki od norm wyznaczonych przez cywilizowaną część świata. Jedyne co mi się nie komponowało z tą ponura wizją, to całkiem nowoczesna suszarka na pranie. Co jeszcze można uznać za przerażające w filmie Knautza, to język. Aktorzy widać nie podołali kwestiom. Ciekawe czy uczyli się ich fonetycznie. W każdym razie musiałam się wsłuchać, bo nie rozumiałam momentami co mówią. Cóż, jak to mawiają: polska mowa trudna być.

Odnajdziemy tutaj także: kilka dziur w scenariuszu (nie mam jednak ochoty się nad nimi znęcać), kilka scen ukradzionych z lepszych produkcji o egzorcyzmach, dłużyzny z dialogami na niezbyt dobrym poziomie, np: Jesteśmy dziennikarzami z Ameryki. Znasz Amerykę? Wypowiadane mniej więcej w  taki sposób, w jaki Jane mówiła do Tarzana. Filmowi nie pomaga także słabe aktorstwo. Najgorzej wypadła główną bohaterka, która ma w swoim repertuarze AŻ jedną minę. Jednak mimo niewątpliwej urody, to nie ona jest ozdobą produkcji, nie jest nią też przystojniak Marcus. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się i najbardziej przypadł mi do gustu Trevor Matthews w roli Henryka – ale to pewnie przez tę kamizelkę...Oprócz umiejscowienia akcji, nie zabrakło tutaj również innego polskiego akcentu: w małą Lidię wcieliła się bowiem Julia Dębowska.

Świątynia nie przeraża jak na horror przystało, za to (jak nie przystoi) bawi i zadziwia. Mimo wszystko jakoś miło mi się ten film oglądało. Dlatego, że jest w nim potencjał, którego nasi polscy twórcy nie potrafią dostrzec, kręcąc wciąż odgrzewane historyczne kotlety i mało śmieszne komedie romantyczne. Może film sprowokuje kogoś do zadumy nad tym, dlaczego wciąż chcemy kopiować cudze wzorce, prawdziwą i wartą uwagi inspirację mając pod nosem.

Rok: 2010
Kraj: Kanada
Reżyser:  Jon Knautz
Scenariusz:  Jon Knautz, Brendan Moore


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...