21 sierpnia 2015

Dzieciaki w lesie i brak zasięgu / Śmiertelna gorączka, Cabin Fever- Eli Roth /2002

Na początku filmu słyszymy tylko bzyczenie much. Niezbyt przyjemny dźwięk, zwłaszcza, gdy zdamy sobie sprawę, co te owady zazwyczaj pobudza. Nieprzyjemne odgłosy i intrygujący tytuł – zapowiadało się dobrze.

Punkt wyjścia jest faktycznie dosyć ciekawy. Grupka młodych przyjaciół: piękna i piękny, miła blondyneczka i zakochany w niej od zawsze ciapek oraz głupek-maskotka wybierają się z okazji ukończenia college’u na zasłużony wypoczynek do domku w górach. Ten oczywiście znajduje się w środku lasu z dala od innych siedzib ludzkich. I zgadnijcie co jeszcze? Nie ma tam zasięgu. Zaskoczeni, prawda? W każdym razie tym razem nie czeka na bohaterów żaden morderca, UFO, mutant ani rekiny (te potrafią atakować już nawet z powierza, więc zorganizowanie sobie uczty w leśnym domku, to dla nich bułka z masłem). A więc co? Jeśli jeszcze się nie domyśliliście spójrzcie na tytuł: czeka tam na nich jakieś paskudne choróbsko. Przednią zabawę przerywa owrzodzony człowiek, który błaga o pomoc. Nasi przyjaciele tak bardzo boją się zarazić, że nie zachowują się zbyt grzecznie wobec niespodziewanego gościa. Na tym etapie akcja przypomina jeszcze „normalnego” slashera (chociaż bez psychopaty w tle). Owszem zachowanie miejscowych w sklepiku i dziwnego dzieciaka są „nieco” ekscentryczne – jednak to mała mieścinka, gdzieś na uboczu i  zazwyczaj w takich filmach tubylcy nie są zbyt rozgarnięci. Adrenalina w trakcie akcji i ciało migdałowate odpowiedzialne za reakcję „walcz” lub „uciekaj”, mogła przytłumić empatię bohaterów, dlatego postąpili oni z chorym tak a nie inaczej. Sprawy zaczynają się komplikować dopiero w momencie, gdy pozwalają oni umierać swojej koleżance w odosobnieniu i każdy próbuje się ratować na własną rękę. Policjant za to zdaje się nie zauważać, całego ubabranego we krwi samochodu, jego śledztwo dotyczy raczej rodzajów zabaw urządzanych w domku, do których chętnie by się przyłączył. Zaczynamy wietrzyć pismo nosem: staje się jasne, że nikt nie chciał nas specjalnie w tym filmie straszyć. Miało być po prostu obrzydliwie i śmiesznie. Nie oglądamy bowiem horroru a czarną komedię.

Film byłby dla mnie całkiem ciekawą produkcją, gdy reżyser potrafił od początku zdecydować, co chce nakręcić. Wszystko jest niby poważnie, zaczynałam już nawet liczyć na jakąś psychologiczną rozgrywkę, aż tu nagle pojawiają się absurdalne wstawki: nielogiczne i niegrzeszące inteligencją zachowanie miejscowych, policjant-ćpun, pies ludożerca, wierzgająca sarna. Skoro to makabreska, parodia typowego amerykańskiego humoru, szkoda, że film nie był nią od samego początku – jak np. w Domu tysiąca trupów.  Tutaj nagle, jak królik z kapelusza wyskakuje umaczany w gore czarny humor. Oczywiście dosyć specyficzny humor, który raczej nie trafi do gustu każdemu. Muszę przyznać, że kilka scen rozłożyło mnie na łopatki, np. zasadzka Berta, chłopak, który połknął harmonijkę. Z drugiej strony chociaż raz nie mogę narzekać na schematyczność fabuły. Bo naprawdę nie wiem, co wydarzy się za chwilkę. Za przykład niech posłuży zakończenie. Reżyser – z premedytacją - przegapił kilka momentów, w których powinien był już zamknąć akcję. Odnosi się wręcz wrażenie, że ostanie 15 minut było dokręcane na siłę, byle tylko wydłużyć czas trwania filmu do pożądanej liczby minut. Więc, gdy wypatrujemy już z nie cierpliwością napisów końcowych, twórcy uraczają nas jeszcze: imprezą w lesie, „zmartwychwstaniem poalkoholowym” blondyna, kolejną akcją policji i małomiasteczkowym festynem i LEMONIADĄ, która bije wszystko na głowę. O co chodziło jednak z z tym gryzącym dzieciakiem karateką lepiej się nie zastanawiać. Najważniejsze: krwawa jatka i bardzo realistyczne sceny rozkładu ciała zostały widzowi zagwarantowane.

Nasi bohaterowie nie próbują nawet myśleć, nie szukają za bardzo pomocy, kręcą się tylko po okolicy pogarszając sprawę. Nikt nie ma pojęcia, jak choroba się rozprzestrzenia, co ją wywołuje, nie wiedzą czy już to mają. Instynkt samozachowawczy włącza się im dopiero, gdy jest już za późno. Dodatkowo ich filozoficzne wynurzenia rozbrajają bezdenną głupotą. Jeden z bohaterów skupia się głównie na tym, że chciałby w końcu koleżankę zaliczyć. Myślę, że nie zdradzę zbyt wiele jeśli napiszę, że umarł poniekąd szczęśliwy.

Reżyser Eli Roth od czasów Śmiertelnej gorączki wyraźnie się rozwinął. W końcu ma już na koncie Hostel i Hostel II. Jego nieco zapomnianym filmem o prawdziwej jednostce chorobowej – nie zapominajmy o tym fakcie, mamy do czynienia z martwiczym zapaleniem powięzi do kwadratu - zachwyceni byli podobno Tarantino i Peter Jackson. Ten drugi wstrzymał nawet produkcję Władcy Pierścieni: Powrotu Króla, żeby tylko jego ekipa mogła zobaczyć obraz Rotha. W ramach rozluźnienia mam nadzieję. Gdy już bowiem pogodzimy się z tym, że oglądamy nie ten gatunek i przestawimy się na odpowiedni odbiór, uznamy, że jako odmóżdżacz film jest niezły. Jeżeli więc chcecie się restartować po jakimś wyjątkowo upierdliwym dniu – oglądajcie swobodnie. Mimo wszystko, dziwi mnie jednak fakt, że Śmiertelna gorączka zarobiła aż 22 mln $ przy skromnym budżecie 1,5 mln $... – faktycznie raz czy dwa mignęły na ekranie cycki, ale bez przesady.

P.S. Pies wcielający się w ludojada był podobno tak agresywny, że ekipa chowała się przed nim pozostawiając tylko kamery. Dlatego, żaden aktor nigdy nie jest widoczny w tej samej scenie, w której pojawia się morderczy  Azorek.

Rok: 2002
Kraj: USA
Reżyser: Eli Roth
Scenariusz: Eli Roth, Randy Pearlstein

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...