09 lipca 2015

Morderca jest w każdym z nas /Przejażdżka – Jack Ketchum/

Badania paleonatropologiczne potwierdzają w całej rozciągłości, to co tak trudno nam przełknąć: ludzie mordowali się od zawsze. Archeolog Steven LeBlanc i antropolog Lawrenece H. Keeley są zgodni - dobry, pokojowo nastawiony dzikus nigdy nie istniał. I nie dość, że ludzie zabijali, to jeszcze robili to na potęgę, czyli ze znacznie większą zaciętością niż my obecnie. Ginęło nawet 20% populacji, nie oszczędzano nikogo (nawet dzieci), na "łaskę" mogły liczyć tylko kobiety w wieku reprodukcyjnym, o ile sprawcy mieli akurat na takie "zapotrzebowanie". Na szczęście jako gatunek już złagodnieliśmy, gdybyśmy zabijali się wciąż z takim samym zapamiętaniem, to w XX wieku zginęłoby 2 miliardy ludzi (w USA w XX wieku zamordowanych zostało milion osób, a na całym świecie blisko 100 milionów – nie licząc ofiar wojen).

David Buss (profesor psychologii ewolucyjnej) na podstawie swoich licznych badań postawił odważną tezę, że potencjalne skłonności do zabijania tkwią w każdym z nas. A wszystkiemu winna jest biologia i wieki ewolucji: morderstwo wyeluowało jako zaledwie jedna z wielu zależnych od sytuacji strategii rozwiązywania konkretnych problemów adaptacyjnych, związanych z rywalizacją o przetrwanie i sukces reprodukcyjny. Te strategie mogą być aktywizowane i deaktywizowane. Nie daje jednak konkretnych odpowiedzi co je „odpala i gasi”. Rzuca za to garść rad: Bądź świadomy jak realne jest niebezpieczeństwo zabójstwa – zwłaszcza z rąk tych, których znasz i kochasz. Strzeż się mężczyzny, który choćby o sekundę za długo wpatruje się w Ciebie pożądliwym wzrokiem. (...) Uważaj na rywala, który siedzi cicho...(...) Mordercy czekają, obserwują, są wszędzie wokół nas.

Gdy czytałam te słowa włączyła mi się lekka paranoja. Trudno po takich rewelacjach ufnie przyglądać się przechodniom. Stany Zjednoczone to jednak nadal kraj, w którym statystyki są najbardziej zatrważające. W Europie może czuć się względnie bezpieczniej (akurat uwierzę). Socjologowie tłumaczą to tym, że za sprawą Hollywood, przemoc przestaje być częścią prywatnego imaginarium, ale staje się jednym z kodów kultury i komunikacji społecznej. Biorąc jednak pod uwagę to, jak wiele z kultury amerykańskiej przeszczepiamy bezrefleksyjnie na nasz grunt, pozostaje tyko czekać aż i u nas nastąpi eskalacja mordów...

Świat  jest zły

„Świat jest zły”  - to już ustaliliśmy. Jack Ketchum w swoich kolejnych książkach zdaje się to udowadniać z uporem maniaka. Czytając jego powieści można odnieść wrażenie, że nasze otoczenie pełne jest ludzi nie tylko niebezpiecznych, ale i pooranych psychicznie (żeby nie użyć mocniejszych słów). W jego kolejnych tekstach nie porywa nikogo UFO, nie nękają nikogo duchy ani demony, nikt nie zderza się z nadnaturalną żrącą wydzieliną i mackami potworów. Jedyna bestia z którą się u niego „mierzymy” to człowiek i jego instynkty. Dlatego twórczość tego autora tak bardzo porusza, obrzydza i prowokuje - zagrożenie w niej przedstawione jest realne, namacalnie prawdziwe. Nie chcemy żyć w ciągłym lęku, a on uświadamia nam jak wiele może kosztować nas nieostrożność...Nie pociesza, nie klepie czule po ramieniu, nie upiększa, tylko bez ceregieli spycha czytelnika w emocjonalną przepaść.

Barman Wayne Lock to tykająca bomba. Marzy o morderstwach, gwałtach i wszelkich bestialstwach. Prowadzi notes z listą ofiar, czyli osób, które czymś mu podpadły i na których weźmie ODWET. Zawsze jednak brakuje mu odwagi, by dopiąć swego. Po nieudanej próbie uduszenia swojej kochanki, trafia mu się prawdziwy rarytas. Staje się świadkiem prawdziwego morderstwa, co działa na niego jak wyzwalacz. Od tej pory trybiki w jego głowie zazębiają się i jest już gotowy na spełnienie swoich pragnień. Carole Gardner terroryzowana przez byłego męża-brutala, po kolejnym jego napadzie i gwałcie nie ma już sił. Zwłaszcza, że wymiar sprawiedliwości bezsilnie rozkłada ręce. Wraz ze swoim nowym partnerem Lee Edwardsem podejmuje decyzję, jedną z tych ostatecznych, i postanawiają pozbyć się bezwzględnego Howarda pozorując wypadek. Nie sądzili, że będzie ich to kosztowało tyle wysiłku, że Howard będzie zacięcie walczył o życie. Wszystko zajmuje im 10 minut. 10 minut, które dłuższą się w nieskończoność, 10 minut wahania i lęku. 10 minut, które wyniszcza ich psychicznie. Nie wiedzą, że może być jeszcze gorzej, nie są świadomi faktu, że spektakl, którego są głównymi aktorami ma widza. I, że widz postanawia stać się aktorem i uczynić im zaszczyt, by to oni teraz stali się jego widownią.

Losy tej trójki krzyżują się. I gdy dwoje podczas szaleńczej przejażdżki, gaśnie z minuty na minutę, jedno rozkręca się i dokonuje rzezi. Wayne tak szybko w swoim wyzwoleniu staje się pewny siebie, że jego „towarzysze” stają się zbędni, przestają być jego bohaterami. Rozchwiany emocjonalnie chłopak staje się inspiracją dla samego siebie. Możemy się tylko domyślać, że matka tylko „pomogła” mu w staniu się tym kim się stał, nie wydaje mi się to jednak istotne, nadało tylko drobnego smaczku historii maniaka. Zaskoczyła mnie nieco kreacja Carole. Jestem w stanie zrozumieć jej pasywność, postawę osoby znękanej. Ale kobieta, mimo wszystkiego co przeszła nie zobojętniała na ból i świat, nie została pozbawiona uczuć – na czyny Wayne reaguje wręcz histerycznie. Czyniąc ją taką, Ketchum zbudował przeciwwagę dla głównego bohatera i uczynił Carole zdecydowanie najciekawszą z postaci powieści.

Akcja przyśpiesza ze strony na stronę, napięcie jest mądrze dawkowane i przerywane w odpowiednich monetach: retrospekcją i perypetiami policjanta. Gdyby nie to, podawana w sposób ciągły groza, stała by się niestrawna i przestałaby spełniać swoje zadanie. Doznania czytelnicze wzmaga sprytny zabieg: opisywanie wydarzenia z kilku perspektyw Mamy szansę być ofiarą i zabójcą. Czuć kulę przebijającą ciało i być sprawcą tego, że broń wystrzeliła. Ostatnie myśli, ich gasnąca wyrazistość budują obraz wstrząsający, zderzony z przyjemnością jaką może dawać komuś zabijanie.

To zabijanie – nie śmierć – miało znaczenie.
To nie produkt zabójstwa, który był niczym. Samo mięcho i pustka, kiedy się do tego zabrałeś. Chociaż osoby, którą zabiłeś już nie było, i to było coś
Jednak sam czyn, moment odebrania i utraty.

Mamy okazję obserwować wydarzenia także z jeszcze jednej perspektywy. Konkretnie ze strony wymiaru sprawiedliwości. Joe Rule korzysta z pomocy terapeuty, gdyż nie radzi sobie z rozstaniem z żoną. Sprawę Carole traktuje bardzo osobiście, sam dostrzegając ułomność systemu karnego w imieniu którego, miał zapewnić jej bezpieczeństwo. I podobnie jak reszta bohaterów nie ma czystego sumienia. Carole i Rule żyją w szarościach - ich świat już dawno przestał być czarno-biały. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że to głównie na kontraście została zbudowana fabula powieści. Pierwsza rozbieżność: mamy morderstwo z konieczności (nazwijmy je tak umownie), i morderstwo dla czystej przyjemności, pofolgowanie sobie i swoim chorym fantazjom. Druga: to dysonans jaki zachodzi między tytułem sugerującym spokojny wypad, budzący pozytywne emocje i energetyzujące skojarzenia, a rzeczywistością zawartością tekstu i okładką - mężczyzny, który się na niej znajduje nie chciałabym spotkać podczas samotnej nocnej przejażdżki gdzieś na odludziu.

Powieść o jakże niewinnym tytule Przejażdżka nie jest nowinką. W Wielkiej Brytanii wydano ją w 1994 roku (Road Kill) a w Stanach w 1995 (Joyride). Dlatego jeśli ktoś dostrzega podobieństwo do Straconych Ketchuma, powinien wziąć pod uwagę, że to Przejażdżka była pierwsza. Jej prostą fabułę autor oprał na dosyć ogranym motywie drogi. Mimo całkowitej przewidywalności treści jest w niej coś, co nie pozwala się od lektury oderwać. Zdarza się oczywiście kilka słabszych momentów, czuć, że „coś” tutaj zgrzyta i nie pasuje, ale i tak nie odkładamy jej do samego końca. Zgrzyty o których wspomniałam wynikają z tego (czym autor się z nami podzielił w posłowiu) tekst powstawał bardzo długo z fragmentów różnych pomysłów. Pewnie dlatego odniosłam wrażenie, że historia i rozterki policjanta Rule'a są na siłę sklejone z akcją, że to zupełnie inna historia, która przypadkowo została dopasowana. Trzeba jednak przyznać, że autor scalił wszystko w na tyle zgrabny sposób, że kupujemy w tym wszystkim naszego poczciwego glinę, nawet z jego nieukończonym domkiem dla lalek w garażu.

Ketchum przyznaje się do czerpania inspiracji z powieści Emila Zoli Ludzka bestia i autentycznych wydarzeń. Wayne został bowiem "stworzony" z dwóch różnych osób. Jego pierwowzorami są:  Thomas E. Braun (w latach sześćdziesiątych wraz z Leonardem Mainem jeździł amerykańskimi ulicami i uśmiercał kogo mu się podobało) i żyjący w latach czterdziestych Howard Unruh (miał notesik, w którym zapisywał osoby, które mu podpadły i na których planował ODWET, w końcu urządził rzeź - zabił 13 osób w 12 minut). Inspiracje i własne pomysły złożone w jedną całość, doprawia charakterystyczny styl pisarza – proste, krótkie zdania, konkret - szybki i celny, jak śmiertelny cios. 

Zimne ostrze, którym autor ryje w naszych umysłach, celniej trafia w nasze czułe struny, w zawartym jako bonus, na końcu książki opowiadaniu Chwasty. Tekst zdaje się być zlepkiem przypadkowych scen. Epatują one brutalnością, perwersją i ekstremą, i to w takiej ilości, której w powieści zabrakło. Jeśli skupić się na obrzydliwym wydźwięku treści umknie nam fakt, że właśnie opowiadanie to jest o niczym. Odczytałam je jako konspekt, kolaż pomysłów, z których można by kiedyś, przy odrobienie chęci, zrobić coś więcej. Ratuje je tylko realizm - takie rzeczy naprawdę się zdarzają.

Po lekturze na myśl nasuwa mi się tylko jedno, takie ostrzeżenie dla tych, którym zdaje się, że są w stanie zaplanować zbrodnię doskonałą: ...każdy kontakt pozostawia ślad, zatem i każdy, nawet najbardziej ostrożny przestępca, pozostawia „coś” na miejscu zbrodni i „coś” - często nieświadomie – zabiera. /Dr E. Locard/ 

P.S. Szkoda, że wydawnictwo bardziej skupiło się na rozdymaniu tekstu, żeby zajął więcej stron niż na tropieniu literówek i powielanych spacji.


Autor: Jack Ketchum
Tytuł: Przejażdżka
Tytuł oryginalny: Joyride/ Weed species
Tłumaczenie: Wiesław Marcysiak
Wydawnictwo: Replika Horror
Wydanie: I
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka
Ilość stron: 304
Cena:34,90 zł

1 komentarz:

  1. Muszę zaostrzyć moje poszukiwania którejś z książek Ketchuma ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...