03 lipca 2015

Kosmici na ranczu /Skórozmienni, RanchoSkinwalker – Devin McGinn /2013

Garść faktów

Tym razem przenosimy się na Ranczo Skinwalkera. Ten 195 - hektarowy teren położony jest między miastami Roosevelt a Vernal w stanie Utah. Perypetie właściciela tej ziemi są kolejnym przykładem na to, że okazję trzeba „obwąchać” z każdej strony, zanim się człowiek zdecyduje na zakup. Dlaczego bowiem - rzekomo bez powodu - ktoś miałby chcieć sprzedawać atrakcyjny teren za podejrzanie niską kwotę? Trzeba się zastanowić dziesięć razy albo zawczasu lepiej uciekać. W 1994 roku Tom Gorman bez większych oporów skorzystał z nadarzającej się okazji i stał się właścicielem rancza. Nie zdziwiła go nawet niespotykana i podejrzana prośba poprzednich właścicieli, żeby nie przeprowadzać tutaj żadnych prac ziemnych ani pozostawione przez nich przesadne zabezpieczenia domu przed ewentualnymi intruzami z zewnątrz.

Bardzo szybko hodowca bydła i jego rodzina przekonali się, że na tej ziemi nie dzieją się do końca „normalne” rzeczy. Zdarzały się tajemnicze okaleczenia i zaginięcia trzody, w okolicy domu pojawiały się niezidentyfikowane światła i obiekty, członkowie rodziny Gormanów kilkukrotnie natknęli się też na humanoidalne istoty. Jakby tego jeszcze było mało zdarzało im się słyszeć „głosy” szepczące coś w nieznanym języku. Nie pozostało to bez wpływu na jakość życia farmerów - i nie chodzi tylko o finanse. W 1996 roku lokalna prasa nagłośniła sprawę. Okazało się, że dla Indian tan tajemniczy kawałek ziemi to przeklęte miejsce, leżące na ścieżce złowrogiej i niebezpiecznej, zmiennokształtnej istoty zwanej Skinwalkerem. W tym samym roku rodzina poddała się: jej członkowie w pośpiechu się spakowali i wyjechali. Kroplę, która przelała czarę była śmierć psów Toma. Czworonogi odbiegły na chwile od właściciela, a za chwilę ten znalazł ich zwęglone ciała.

Ranczo zostało odkupione przez NIDS (National Institute for Discovery Science). Naukowcy postanowili zapolować na Skinwalkera. Łowy trwały do 2002 roku. Stwierdzono - z całą pewnością - że dochodzi na ranczu do paranormalnym aktywności (portale, UFO, demony), jednak niczego konkretnego nie ustalono. Do dziś miejsce to stanowi cel podróży poszukiwaczy wrażeń.

Filmu o Ranczu Skinwalkera, czyli nadużywanie promocji w stylu „true story”

Reżyser Devin McGinn postanowił nakręcić swoją wariację na temat Skinawlkera. Wszelkie zdarzenia pojawiające się w filmie są zmyślone. Autentyczne jest tylko miejsce akcji i to, że na tej konkretnej farmie naprawdę dzieją się dziwne rzeczy. Reszta to fikcja. Szczerze mówiąc historia Gormanów sama w sobie była materiałem na film. Eksperyment McGinna  i przesada której się dopuścił zmarnowały jej potencjał.

Film zaczyna się w momencie w którym, w biały dzień, w dziwnych okolicznościach znika syn ranczera Hoyta – Cody (Nash Lucas). Chłopiec po prostu wyparował, na „oczach” kamery i przerażonych rodziców. Zarejestrowany obraz mrozi krew w żyłach, dla niektórych, sceptycznych sąsiadów nagranie nie stanowi żadnego dowodu na to, że w zniknięcie chłopca zamieszane są nieznane siły. Na nic jednak modlitwy, poszukiwania i śledztwo – ośmiolatek przepadł jak kamień w wodę. Zrozpaczony Hoyt (Jon Gries) wzywa więc na pomoc ekipę naukowców. I tutaj zaczyna się właściwa część filmu. Badacze – wiadomo – tylko czekają na takie okazje i przyjeżdżają zbierać materiały i analizować niesamowite wydarzenie, tak naprawdę nie przejmując się wcale losem chłopca ani jego ojca. Uzbrojeni w kamery i wszelkie sprzęty czują się bardzo pewnie, do czasu, aż stale rosnąca aktywność obcych (czy aby na pewno?) osiąga apogeum. Wtedy wrogo nastawione siły przestają bawić się z przebywającymi na terenie farmy ludźmi w  kotka i myszkę. W pełnej krasie pokazują nie tylko swoje możliwości, ale również swoje prawdziwe oblicze. Wtedy naszej ekipie nie pozostaje nic więcej jak tylko zacząć panikować i biegać w te i we te. I tak, aż do zakończenia, które już całkiem kładzie tę ciekawą historię – rozgrywając się gdzieś poza kadrem, bez napięcia.

Oglądając Skórozmiennych mamy do czynienia z niezbyt przekonującym found footage. Amatorskie nagrania mają to do siebie, że są nieco chaotyczne pokazują często nie to, co akurat trzeba, zamazują obraz w najważniejszych momentach itd. Tym razem przesadzono nie z rozmyciem i brakiem wyrazistości obrazu, ale ze zbyt dużą częstotliwością pokazywania widzom wszystkiego co się dało, czym skutecznie zabito napięcie i grozę. Widz został tym wręcz zbombardowany. Jedyne szczęście, że nie przesadzono w tym wszystkim z CGI.

Przegięto za to z ilością sugerowanych rozwiązań: czy to UFO, demon, duchy, światy równoległe, wilkołaki? A może UFO jest wyjaśnieniem wszelkich legend i mitów jakie zrodziły ludzkie umysły? Mamy tutaj nawet jaskinię, w której pierwotni ludzie malowali statki kosmiczne i starą zaginioną taśmę VHS z 1973 z nagraniem dziewczynki, która powróciła (?) i świetnie bawi się mordując próbujących pomóc jej badaczy (z rządowej agencji ds. Obcych - bo jakżeby inaczej...). Dobił mnie przerywnik z szamanem: Indianin przyszedł, powiedział dwa zdania, jęknął parę razy, stwierdził, że nie da rady i poszedł. O ile te wszystkie elementy pojedynczo są ciekawie zrobione, to ich nagromadzenie - bez ładu i składu - zabiło efektowność historii.  Zabrakło tutaj jeszcze tylko Thora, wampirów i Iluminatów, albo popularnych teraz Raptorian. Twórcy nie wiedzieli co chcą w sumie powiedzieć, dokąd podążyć, przez co rozmienili historię rancza Gormanów na drobne.

Sam, Lisa, Ray i Cameron, jako główni bohaterowie pozostają cały czas gdzieś na drugim planie. Niby nam ich przedstawiono, niby toczą ze sobą jakieś rozmowy, nie przywiązujemy się do nich jednak, ani jakoś szczególnie nie skupiamy na ich obecności. Skoro nas nie drażnią to znaczy, że aktorstwo specjalnie fatalne nie było, więc umiejętnie wtopili się w tło. Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że rolę Camerona zagrał sam reżyser. 

Rok: 2013
Kraj: USA
Reżyser: Devin McGinn
Scenariusz: Adam Ohler 

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...