26 lipca 2015

Eliksir nieśmiertelności /The Lazarus Effect, Projekt Lazarus, Efekt Łazarza - David Gelb/2015

Nie rozumiem dlaczego widzowie twierdzą, że film przedstawia efekty nieudanego eksperymentu. Ten eksperyment jest jak najbardziej udany – przecież to, co było martwe zostało ożywione. A że nie było już tym samym co kiedyś i skutki tego dla naukowców okazały się opłakane, to już  zupełnie inna kwestia. Tak jest zawsze w podobnych przypadkach – dzieło obraca się przeciw twórcy (no chyba, że jest to Pacynek). Nie zmienia to faktu, że Efekt Łazarza mnie rozczarował. Nie dlatego, że spodziewałam się obejrzeć cudowny film. Rozczarowanie przyszło dopiero w połowie sensu, gdy okazało się, że jedyne co było godne uwagi to początek. Tak jakby pierwszą połowę kręcił ktoś zupełnie inny i drugą też, jakbym oglądała zlepek dwóch różnych wizji. Nagle, to co budowało fabułę, głębię przekazu i miało sens, gdzieś się ulotniło. Zamieniło się w typowe „rozdzielmy się, a ja was po kolei załatwię”. Druga połowa zapomina o obietnicy złożonej przez pierwszą... Gdyby od początku film był „zwykłym” starszakiem inaczej odebrałabym całość. A tak widzę tutaj tylko zaprzepaszczoną szansę.

A o co poszło? Para „szalonych naukowców” Frank (Mark Duplass) i Zoe (Olivia Wilde), pracuje nad stworzeniem ekstraktu przywracającego do życia. Swój wynalazek testują na psie Rocky'm - oczywiście bez prądu się nie obyło. Psiak ściągnięty  z powrotem do świata żywych (odwieczne marzenie ludzkości zostało spełnione!)  wydaje się zagubiony i w sumie nic w tym dziwnego. Tym bardziej nic nie zapowiada nadchodzących kłopotów. Z czasem czworonóg zaczyna się jednak dziwnie zachowywać, a naukowcom zostaje odebrana szansa na dalsze badania, gdyż sponsor projektu przejmuje efekty ich pracy i wyrzuca naszych „odkrywców” na bruk. Postanawiają więc wkraść się do laboratorium, by odzyskać dane z badań. Zoe w wyniku niefortunnego wypadku ginie i pewnie już się domyślacie, co się dalej dzieje. Od tego momentu film staje się sztampowy do bólu. Zoe staje twarzą w twarz ze swoimi demonami, tylko niestety dzieje się to po drugiej stronie, w wyniku czego reszta grupy naukowej dowiaduje się, co to znaczy próbować przejąć kontrolę nad „iskrą życia”. Poznaje także  ograniczenia ludzkiego umysłu, bolesne w zderzeniu z tym czego nie potrafi on pojąć. No cóż, tak to już jest, jak od krojenia żab i rażeniach ich prądem, od razu chce się przeskoczyć na człowieka.

Początkowa aura tajemnicy, odczucie, że na ekranie dzieje się coś paranoramlanego, refleksje z pogranicza duchowości i racjonalności, wizje jeszcze żywej Zoe, dziwne i nieprzewidywalne zachowanie psa utrzymywały mnie w napięciu i niepewności. Przecież Rocky nie powie co widział, gdzie był i co się dzieje. Powracająca do życia bohaterka z nadaktywnym mózgiem - efektem ubocznym eksperymentu - niszczy wszystko. I to nie tylko dlatego, że jest komputerowo wygenerowana (jakby nie  istniała charakteryzacja). Zabija fabułę dosłownością – mimo że twórcy usilnie starają się mamić i dezorientować widza obrazami z pogranicza sennego koszmaru i jawy. Wpleciono w to wszystko jeszcze jakąś niezaleczona traumę z dzieciństwa i krzyżyk na szyi osoby, która wciela się niemal w boga. Te drugie od biedy otwiera pole do dyskusji. Przedstawiono nam także oklepaną wersję piekła – jako przeżywania przez wieczność najgorszej chwili w życiu. I tutaj też można się pogłowić czy ono istnieje czy może ta wizja jest efektem mutacji serum, które wchodzi w reakcję z wspomnieniami albo przekonaniami konkretnej osoby.

Jakim cudem nie udało się w odciętym od świata laboratorium stworzyć klaustrofobicznej atmosfery – nie mam pojęcia. W tej kwestii należy się twórcom prawdziwe uznanie. Gdzieś po drodze reżyser się pogubił i chyba to wyczuł, gdyż całkiem słusznie, będąc w „takiej” sytuacji postanowił skupić się na jednym wątku i wyeksploatował go maksymalnie. Nie ulega też wątpliwości, że naoglądał się Lucy....Obsada aktorska radzi sobie za to dobrze, ale bez szału. Nie przywiązałam się do postaci, ledwie zapamiętałam imiona głównej pary, więc nie potrafiłam się tutaj z nikim utożsamiać ani nikomu kibicować. Szkoda, że nie pozwolono bardziej wykazać się Olivii Wilde (która widać świetnie czuje się w rolach wymagających noszenia kitla), którą poddano komputerowej obróbce.

Niedoświadczony w kinie grozy reżyser, David Gelb, postanowił zrobić coś innego niż do tej pory. Chwała mu za to, że pragnie się rozwijać. Jego odważny krok niestety nie zaowocował niczym wartym zapamiętania (tym razem). Po seansie odczuwam niedosyt: pomysł był ciekawy, okoliczności wielce obiecujące – mroczne korytarze laboratorium, mrugające żarówki -  i dobra obsada, ale wszystko razem nie zagrało. Jedyne o czym byłam w stanie myśleć podczas oglądania drugiej połowy filmu, to to jak wyglądałoby starcie Lucy z Zoe.

Rok: 2015
Kraj: USA
Reżyser: David Gelb
Scenariusz: Luke Dawson, Jeremy Slater


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...