12 lipca 2015

Bóg-Kosmita /Czwarty stopień - Olatunde Osunsanmi/2009

Na początku filmu zostaje wygłoszone oświadczenie. W nim Milla Jovovich przedstawia się i tłumaczy, że jest aktorką - robi to całkiem na serio... W sumie, gdyby się tak zastanowić, kilka kiepskich ról już ma na swoim koncie, więc może ktoś ma wątpliwości, które należało w tej kwestii zawczasu rozwiać. Następnie opowiada nam dyrdymały o prawdziwej taśmie, pani terapeutce, w którą się wciela i tajemniczych zniknięciach. Wszystko to utrzymane jest w konwencji „przedstawimy wam autentyczne wydarzenia” i suto okraszone aurą tajemnicy.

Kogo to zachęciło brnie dalej. Wraz z Millą aka dr Abbey Tyler przenosimy się do Nome, małego miasteczka na Alasce, w którym panuje akurat zima. W sumie to miła odmiana. W większości filmów o „tej” tematyce jest ciepło. A zimą zawsze łatwiej o zbudowanie klaustrofobicznej atmosfery – byłam więc ciekawa, jak wykorzystana zostanie tym razem. Dowiadujemy się, że nasza pani doktor niedawno owdowiała i próbuje kontynuować badania swojego męża – najwyraźniej wpadł on bowiem na jakiś ważny trop, tylko nie za bardzo wiadomo czego. Nasza bohaterka powoli odkrywa, że miasteczku dochodzi do tajemniczych zniknięć i mają tutaj miejsca zagadkowe  zjawiska, które wpływają na zachowania mieszkańców. Oczywiście pragnąc rozwikłać tajemnicę, funduje kolejnym pacjentom przerażające w skutkach hipnozy. Wszystkie drogi zdają się prowadzić do obserwujących mieszkańców sów, które sowami nie są albo po postu nie istnieją. I pięknie - mija połowa filmu, a my cały czas tkwimy w punkcie wyjścia i pozostaje nam tylko wyliczać sceny, w których reżyser przegiął w usilnym nie odkrywaniu nawet rąbka tajemnicy. Ci szczęśliwcy, którzy nie zapoznawali się z informacjami o filmie, mogą poczuć się zaintrygowani i odczuwać narastające napięcie. Ci którzy natknęli się na kampanię promocyjną (strzał w kolano) lub weszli na oficjalną stronę filmu (zresztą wystarczy zerknąć na plakat) – niestety już wiedzą. Sztuczne rozdymanie niepewnego nie przynosi pożądanego rezultatu. I o ile, mimo to, całość tego sci-fi thrillera byłam skłonna uznać za przyzwoitą rozrywkę, to końcowa przemowa reżysera, nie wiem po co i dla kogo, mnie zniesmaczyła i popsuła ten efekt.

Reżyser Olatunde Osunsanmi nie dość, że postawił na „autentyczną historię”, to usilnie próbuje nas do jej prawdziwości przekonać (wiadomo licentia poetica). I nie chodzi tylko o fabułę, ale także o obraz. W tym celu zastosował ciekawy zabieg przeplatania scen filmowych z tymi z materiałów (wywiady, nagrania z sesji), które mogliśmy oglądać w tym samym momencie na ekranie „pociętym” na dwie, trzy lub nawet cztery plansze. Pod koniec filmu było mi już tego jednak zbyt wiele, nie skupiałam się na żadnym konkretnym przekazie, w odbiór wkradał się więc chaos. Nie straciłam jednak niczego naprawdę istotnego: w najciekawszych momentach oczywiście kamera szwankuje, obraz się urywa i słyszymy tylko wrzaski. Zabrakło mi tej klaustrofobicznej atmosfery, której doświadczyć - fakt faktem - sama sobie obiecałam. Nie rozumiem jednak dlaczego jej nie ma, przecież mamy duży dom, w nim samotną bohaterkę mierzącą się z własnymi przeczuciami i niebezpieczeństwem, które staje się coraz bardziej namacalne. Moment, w którym odkrywa zadrapania na panelach i uświadamia sobie, że padła już ofiarą „tego czegoś” powinno wgnieść widza w fotel. Niestety, wyobrażając to sobie mam większe ciarki, niż podczas seansu.

Na garść wyjaśnień zasługuje tytuł. Otóż w 1972 roku opracowano skalę pomiaru dla kontaktów z obcymi. Zauważone UFO to pierwszy stopień, zgromadzenie dowodów to drugi stopień, kontakt z istotami z kosmosu – trzeci stopień. Czwarty i ostatni stopień, to uprowadzenie. Gdyby spojrzeć na historię dr Tyler jako wariację na temat bardzo popularnych teorii na temat ludzkiego pochodzenia, wyjaśniających niesamowitą wiedzę starożytnych i fenomen ich umiejętności architektonicznych oraz udzielających odpowiedzi na to skąd wzięła się idea/figura boga, to jest to dosyć intrygujący obraz. Ubierając tę tematykę w oklepany chwyt marketingowy „true story”, zniweczono jej potencjał. Przepadł z kretesem podczas naciągania fabuły.

Podsumowując: aktorstwo całkiem dobre – nikt się nie wyróżnia ani na korzyść ani na niekorzyść, tematyka ciekawa, ale forma promocji wytrąciła jej broń z ręki i nie pomógł nawet starożytny sumeryjski i bezlitosne władające nim istoty. Nie jest to film, który nas przerazi, tak, że nie prześpimy kilku nocy wsłuchując się w podejrzane dźwięki, tylko w sumie miła w odbiorze rozrywka, której nie można zarzucić, że jest tandetna.  

Rok: 2009
Kraj:USA
Reżyser:  Olatunde Osunsanmi
Scenariusz:  Olatunde Osunsanmi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...