11 lipca 2015

A to była taka urocza miejscówka.../Grey skies – Kai Blackwood/ 2010

Schemat, schemat, schemat. Jak w większości tego typu produkcji grupa osób powiązana więzami rodzinnymi lub koleżeńskimi przemieszcza się z nieznanego widzowi, zapewne bezpiecznego, punktu A do punktu B, który w jakimś sensie stanowi przedsionek piekła – i na pewno znajduje się na odludziu i nie będzie tam zasięgu. Gdy się już rozgoszczą, poimprezują, popiją, zaćpają, pokłócą i posekszą (przy dobrych wiatrach widz doświadczy nieco golizny), zostaną zaatakowani przez...I tutaj można wstawić dowolne, od skarpetkozaura przez Zombie SS (które już niedługo będą latać na rekinach) po legendarne stwory i demony. Albo najlepiej przez wszystko to naraz. W Grey skies niebezpieczeństwo, nadejdzie z nieba i nie będą to bynajmniej anioły ani zmutowane ptaki. Co trzeba podkreślić, nasi Obcy odwiedzają tę miejscówkę regularnie.


Nie wiedzieć czemu filmowcy uparli się na to, że kosmici nie życzą nam dobrze, albo naiwnie sądzą, że jesteśmy na tyle interesujący (albo oni tak mało pojętni), że muszą cały czas porywać nowych osobników do badań i eksperymentów. W filmie o łudząco podobnym tytule (uważajcie więc na co się decydujecie, bo możecie się rozczarować): Dark skies (2013), udało się stworzyć elektryzujące napięcie i klimat, który sprawia, że jesteśmy nawet w stanie uwierzyć w takie wyjaśnienie – przynajmniej do pewnego momentu. Oglądając Grey skies natomiast zastanawiamy się, dlaczego i po co ktoś  powiela ten stereotyp.  Film jest po prostu słaby. Nie jednak w kategoriach kina klasy „Z”. W „Zetkach” też mamy drewnianych aktorów, kiepskie dialogi, kretyńskie rozwiązania fabularne, ale przynajmniej mamy także mnóstwo absurdów i śmiechu. Omawiany film nie zawiera tych ostatnich dwóch elementów, co świadczy o tym, że ktoś chciał stworzyć coś tak całkiem na poważnie....I naprawdę się starał. Twórcom zależało na budowaniu nastroju grozy. Użyli do tego wyrazistej muzyki (niestety nie zawsze umiejętnie dopasowując ją do akcji) i rozmazali obraz w „kluczowych” momentach. Uszczęśliwili nas licznymi zbliżeniami nieba, tła, plenerów, które miały zapewne dopełnić klimat niepokoju i wytworzyć aurę tajemniczości, ale zabrakło w nich artyzmu ujęć z Red Machine lub Honeymoon. Chyba, że po prostu operator kamery też nie mógł zdzierżyć miernych popisów aktorskich i wolał uciec gdzieś okiem kamery, to w bok, to w górę...W każdym razie ciągłe filmowanie nieba, by udowodnić nam, że jest „szare” w pewnym momencie trąciło już zbyt dużą „napinką” i straciło efekt. Biorąc to wszystko pod uwagę nawet nie trzeba sprawdzać informacji o reżyserze - Kai Blackwood - żeby mieć pewność, że to jego debiut.

Przesadzono również z nadmiernie rozbudowaną warstwą obyczajową. Zbyt długo jesteśmy świadkami przepychanek i wewnętrznych rozterek bohaterów, które koniec końców niczego do fabuły nie wnoszą. Reżyser mógł sobie także darować sceny na statku kosmicznym (?). Mimo przepaści czasowej narzędzia z Uprowadzenia z 1993 roku wypadają bardziej wiarygodnie i przerażające, niż te zabawki, które zaprezentowano nam tutaj. Nie rozumiem też jednego, skoro Obcy potrafią kogoś „wyparować” przez ścianę, po co bawią się z bohaterami w ganianego po lesie i w domu?

Rok: 2010
Kraj: USA
Reżyser: Kai Blackwood
Scenariusz: Mark Reilly

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...