11 czerwca 2015

Miejsca karmiące się ludźmi /Miasteczko – Łukasz Radecki, Robert Cichowlas/ cz. 2

W Miasteczku utknęłam z wypiekami na twarzy. Świetnie się bawiłam, zwłaszcza, że dałam się wciągnąć w sam środek pułapki słowiańskiego gore. Autorzy utkali bardzo misterną sieć, która zdaje się być zupełnie niewidzialna, dopóki się w nią nie wpadnie – zresztą tak samo jak przekleństwo ciążące na opisywanym przez nich miasteczku. Czytelnik patrzy więc, analizuje i interpretuje, ale niczego konkretnego nie widzi, dzięki czemu udaje się go zaskoczyć. Intryga udała się więc autorom w stu procentach - pewnie sporo w tym zasługi jej nienaturalne długich nóg, no i przecież jest „jasnowłosą blondynką” (nie mogłam się powstrzymać). Cichowlas i Radecki stworzyli kawał świetnego, klimatycznego horroru z mitologiczną podszewką. Jestem strasznie ciekawa, o czym będzie ich następna książka – przeczytam ją na pewno.

Główna oś utworu kręci się wokół postaci Marcina Lanowicza, który jako autor poczytnych romansów (które wydaje oczywiście pod pseudonimem) cierpi na zastój twórczy. Jego ostatnią deską ratunku jest wyjazd na wakacje z żoną, nie ważne gdzie, byle była tam wena. Po przybyciu na miejsce, co wcale nie było łatwe, natchnienia jak nie było, tak nie ma. Im bliżej do wyznaczonego terminu oddania powieści, tym bardziej bohater uświadamia sobie, że wpadł z deszczu pod rynnę. Zamiast przyziemnych problemów: stracone pieniądze i wkurzony szef, przyjdzie mu bowiem zmierzyć się z czymś nadprzyrodzonym i niestety wcale nie mniej namacalnym. Leśna ostoja, jak na złość nie chce być inspirująca, a letni domek nie stanowi wymarzonego azylu. Nic w Morwanach nie jest nie jest lekiem na całe zło, wręcz przeciwnie... Niemal równocześnie, co nasi bohaterowie, do miasteczka zagubionego w lesie, przybywa (a raczej zostaje zwabiony) Paweł Filis. To prywatny detektyw poszukujący zaginionej żony pewnego biznesmena. On decydowanie szybciej niż Marcin i jego żona przekonuje się o  tym, do czego zdolne jest miejsce, w którym się znalazł. W pewnym momencie drogi, jego i pisarza, krzyżują się. Oczywiście mężczyźni wspólnie spróbują stawić czoła sytuacji, w której się znaleźli. Jednak ile może człowiek w starciu z tym co odwieczne? Na nic zdają się ochronne rytuały, srocza krew i wiara we własną siłę sprawczą.

Początek powieści jest dosyć drewniany. Wydaje nam się, że zostaliśmy złapani w pułapkę schematów, spokojnie bowiem przewidujemy (nawet bardzo precyzyjnie) kolejne kroki bohaterów i następne wydarzenia. Na szczęście szybko to mija i książka zaczyna nas wciągać na zupełnie innym poziomie. Zanim to jednak nastąpi porazi nas jeszcze jedna kwestia. Powszechnie wiadomo, że u bohaterów horrorów nie stwierdzono obecności instynktu samozachowawczego. To jednak, co dzieje się w powieści Cichowlasa i Radeckiego przechodzi wszelkie granice. Początkowo myślałam, że to jakiś żart – bohaterowie nie mogą zachowywać się aż tak idiotycznie! I w tym wypadku, odrobina cierpliwości wszystko wynagradza – klocuszki szybko zaczynają do siebie pasować, a brawurowe w swojej głupocie zachowania bohaterów schodzą gdzieś na drugi plan i stają się całkiem zrozumiałe. Dopiero pod koniec powieści orientujemy się, że na jej początku otrzymaliśmy wiele wskazówek, których niestety nie umieliśmy ze sobą połączyć. To, że w Morwanach nikt nie udaje, że jego mieszkańcy są normalni, nie jest przypadkowe. Tylko bohaterowie uparcie nie chcą dostrzec prawdy i prowadzą na manowce czytelnika. Kluczenie, niedomówienie i rozgrywające się wokół anomalie budują złowrogi nastrój, który przełamuje wyobrażenie o sielskim klimacie mazurskiej wsi.

Początkowe, mdłe scenki erotyczne z Marcinowych romansów, szybko zastępują sceny wyuzdanego, brutalnego seksu, w którym wszystkie „chwyty” są dozwolone. Coś czuję, że zdarzenie tych dwóch gatunkowo różnych światów i zawarta w tym kpina były zamierzone. Obrazy, które malują przed nami pisarze, dalekie są od przedstawiania nam rozanielonych panin do których przybywają ich wyśnieni rycerze. Krwawe orgie są równie niewiarygodne, co scenki z literatury kobiecej. Trudno jednak oczekiwać wiarygodności, gdy w grę wchodzi spółkowanie z demonem, halucynacje i tortury. Wszystkie elementy, z których zostały zbudowane omawiane sceny, zostały dobrze wyważone: ekstatyczne zawodzenia, elementy obrzydliwe, zadawanie bólu, uszkodzenia ciała, krew. Autorzy nie przesadzili także z brutalizacją i konkretyzacją języka oraz dynamiką opisów. Dzięki temu książka nie stała się kiczem ociekającym seksem, ale zyskała kilka innych płaszczyzn na których można ją odczytać. Dobrym chwytem było także wejście w świadomość bohatera, który pojmuje, że nie ma już dla niego ratunku. Poznanie myśli ofiary, która czuje i wie, że jej ciało jest deformowane, rozrywane i kaleczone przeraża bardziej niż jakikolwiek sugestywny opis obserwatora z zewnątrz. Momentami pisarze nie uniknęli pewnej groteskowości, która zastępuje oczekiwane obrzydzenie, nie jest tych potknięć jednak zbyt wiele.

Najsłabszym elementem powieści są postacie. Bym wczuła się w sytuację któregoś z bohaterów albo żebym mu zwyczajnie współczuła, musiałabym go polubić. Nie poruszył mnie detektyw czytający w myślach, ani Marcin - pisarz rozmieniający talent na drobne, ani jego śmiesznie buńczuczna żona Anna. Nawet przemiany wewnętrzne bohaterów i ich coraz większa, pojawiająca się w obliczu nieuchronnego niebezpieczeństwa, samoświadomość do mnie nie przemówiła. Wydaje mi się, że zabieg ten mógł być celowy. Łatwo poświęcić takie ofiary w imię wyższych celów (zależnie od wierzeń), bez zastanawiania się nad konsekwencjami tego, co się wydarzyło i tego co zostało uwolnione. Za to niesamowicie przypadła mi za to do gustu wyuzdana, diaboliczna Marysia i pozostający w kiepskiej kondycji fizycznej (i psychicznej) mieszkańcy miasteczka. Szkoda więc, że autorzy postawili w ramach rozwiązań fabularnych na retrospekcję i pamiętnik nastolatki. Mogli pozwolić bohaterom zgłębiać tajemnicę przy okazji wypadów z letniska do miasteczka i prowadzenia rozmów z jego mieszkańcami. Te nieliczne fragmenty, w których tak się właśnie dzieje, były w moim odczuciu najlepsze – najlepiej budowały napięcie, to tutaj bowiem następowała kumulacja złowrogiej energii. Niestety więcej mieliśmy rozmów między antypatycznymi Marcinem i Anną oraz ciapowatym Pawłem.

Duet Cichowlas i Radecki radzi sobie coraz lepiej.  Świetny klimat ich powieści grozy, budują nie tylko słowa, ale także okładka zaprojektowana przez Dariusza Darka Kocurka.  Mroczną i niepokojącą atmosferę tworzą także ilustracje „otwierające” kolejne rozdziały. Jeśli macie ochotę oderwać się na chwilę od bezmyślnego pędu zwykłych dni, zapraszam na wyprawę do Morwan. Miejscowe krwawe i bezlitosne atrakcje turystyczne sprawią, że będzie to niezapomniany urlop. Polecam!

Autor: Łukasz Radecki, Robert Cichowlas
Tytuł: Miasteczko
Wydawnictwo: Videograf
Wydanie: I
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka
Ilość stron: 361
Cena: 34,90 zł

Pierwsza część tekstu o książce: TUTAJ

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Videograf




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...