15 maja 2015

Wpuszczony w kanał /Rekin w Wenecji, Shark in Venice - Danny Lerner / 2008

Jeśli wczoraj napisałam, że film Rekin widmo jest nudny, to dlatego, że nie widziałam jeszcze Rekina w Wenecji. W pierwszych minutach „zachwycają” nas  tutaj chóralne śpiewy, które przywodzą na myśl ciepłą, rodzinną, Disnejowską produkcyjkę, co kompletnie nie pasuje do wizji potwora krążącego po „ulicach” Wenecji. Później jeszcze więcej spraw się nie klei. Właściwie nic nie zgrało się tutaj z niczym…

Ogólnie sprawa wygląda tak: jest pewien bardzo zły i chciwy mafiozo Vito Clemenza (Giacomo Gonnella), który chce się dogrzebać do ukrytego w Wenecji skarbu, zdobytego podczas krucjat przez Medyceuszy. W sumie nie ważne: Medyceusze czy Templariusze, mogą być i Mongołowie - historyczne prawdopodobieństwo nikogo w filmach klasy „Z” nie interesuje. I ów Zły tak bardzo boi się, że ktoś mu świśnie sprzed nosa bogactwa, że wpuszcza do kanałów rekiny. A potem się dziwi i pieni, że nurkowie, których wysyła po złoto nie dają rady do niego dopłynąć, a co dopiero z nim wrócić. Błyskotliwy umysł, nie ma co... W każdym razie ta zabójcza logika powoduje, że w odmętach brudnej wody, ginie jeden z zatrudnionych przez Vito ludzi - ojciec oceanografa Davida Franksa (w tej roli: Stephen Baldwin - i już na wstępie zaznaczę, że nie chodzi o TEGO Baldwina, Alec to jego starszy brat). Syn przybywa do Wenecji (a tak naprawdę do Bułgarii), by szukać ojca. Czy się martwi, boi, cierpi? Trudno stwierdzić. Cechą charakterystyczną naszego głównego bohatera jest bowiem nieskażona mimiką twarz. Jako wykładowcy uniwersyteckiemu, wystarczy mu jeden rzut kątem oka na zwłoki w kostnicy i bez zająknięcia stwierdza, że ofiary zginęły w wyniku spotkania z rekinem. Ja też myślałam, że zginę, ta chwila napięcia zanim padło kulminacyjne słowo „REKIN” dłużyła się potwornie - pauza mnie wręcz zabijała. To jednak nie jedyne niesamowite umiejętności Baldwina, potrafi on jeszcze biegać w te i we w te bez celu i pleść trzy po trzy w stylu: Posłuchaj mnie...krwawię i nie mogę mówić. Muszę płynąć. Kocham Cię – tak jednym ciągiem, bez cienia emocji czy bólu. Wracając jednak do fascynującej fabuły: Zły porywa Laurę - dziewczynę Baldwina – by zmusić go do dokończenia pracy ojca, czyli zdobycia skarbu. Ni z gruchy, ni z pietruchy wszystko dobrze się kończy, gdyż pewna pani policjant przypomina sobie nagle po której chce stać stronie.

Głównym przegranym tej produkcji - jak zwykle - nie jest rekin (właściwie rekiny), tylko główny bohater. Aktor, najwyraźniej, ledwie po bolesnym zabiegu upiększającym, napuchnięty, z kamienną twarzą - nie wyrażającą żadnych emocji - przybywa z misją z USA do Włoch. Najmniejszy grymas w takiej niekomfortowej sytuacji za pewne strasznie boli i aktor nie chce ryzykować, że zniweczy efekty zabiegu. Zwłaszcza, że rola życia, ani film wszechczasów to nie jest – nie ma co ryzykować spękania facjaty. W zamian za to prezentuje nam niezniszczalną fryzurę, która trzyma się przez cały film, mimo nurkowania, pościgów i walk - proszę zdradzić z jakiej firmy użyto lakieru?! O aktorstwie nie ma więc co w ogóle mówić, to po prostu jakaś kpina. Dialogi też stanowią nie lada wyzwanie. Widz raczony jest kiepskimi tekstami wypowiadanymi ze śmiertelną powagą:

On: Jak długo byłem nieprzytomny?
Ona: Trzy dni. Zemdlałeś pod wodą.

I żebyście nie mieli wątpliwości, wyłowił go gondolier. Sensu w tym wszystkim za grosz. I paradoksalnie dzięki temu bezsensowi i tragicznej grze da się właściwie obejrzeć ten film – jako ciekawostkę.

Na Rekina w Wenecji składa się zlepek bezsensownych scen – co się nagrało, poszło od razu do montażu. Najwyraźniej nie było czasu na duble i poprawki. Prezentowane ujęcia rekinów, ewidentnie zostały zaczerpnięte z programów Animal Planet lub National Geographic i nieudolnie wmontowane w film. Zapewne prezentowane animal attacki stanowią materiały odrzucone przez montażystów produkcji przyrodniczych, gdyż ujęcia zbyt dobre nie są. Poza tym w Rekinie z Wenecji nie uraczymy żadnego CGI, nie wykorzystano nawet dmuchańców z płetwami! Główną atrakcję potraktowano więc po macoszemu (rekiny powinny zmienić agenta). Jedyną ciekawostkę stanowi to, że nasi rybni bohaterowie…warczą: GRRROOOARRRRR. Akcje w stylu Indiany Jonesa, pułapki (tak nieudolne, że nie da się w nie wpaść), skarby, mafia powodują, że mamy w głowie mętlik, gdyż w sumie nie bardzo wiemy, czy oglądamy niby-horror, niby-przygodówkę czy niby-kryminał. Widz nie wie co obejrzał, co gorsza, reżyser i scenarzyści nie wiedzieli co kręcą. Jednym słowem im dalej w las, tym szczęka niżej opada, że ktoś dał na to pieniądze.

Czego się jednak można było spodziewać po reżyserze, który ma na swoim koncie hicior: Rekiny grozy?

Rok: 2008
Kraj: USA
Reżyser: Danny Lerner
Scenariusz: Les Weldon



A ja po prostu lubię złe filmy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...