01 maja 2015

Są światy inne niż ten.../Na granicy zmysłów - Przemek Kossakowski/

Jak zauważył już Erich Fromm, nie najlepiej świadczy o mądrości współczesnego człowieka jego nieumiejętność dziwienia się. Bo dziwienie się jest przecież początkiem mądrości. Zdawać by się mogło, że utraciliśmy dar "zdumiewania się" bezpowrotnie,  gdyż zakładamy, że wszystko jest już wiadome, że zdumieć się to wstyd -  oznaka intelektualnej niższości. Współcześnie, o zgrozo, nawet dzieciom nie wypada się dziwić. Fromm ubolewa także nad tym, że: Umiejętność udzielania właściwych odpowiedzi wydaje się najważniejsza, zdolność zadawania właściwych pytań uznawana jest za nieistotną. A jednak, mimo jego czarnej wizji, jest jeszcze dla naszego gatunku nadzieja. Zdarzają się ludzie, którzy nie wstydzą się dziwić. Tacy, którzy chcą dzielić się z innymi swoją ogromną otwartością na niewiadome. Kossakowskiemu zdziwienie towarzyszy nieustannie: w kolejnych odcinkach programu Kossakowski. Szósty zmysł i na kartach książki, będącej uzupełnieniem owego programu. Każdym kolejnym spotkaniem z tajemnicami uzdrowicieli, udowadnia jak niewiele wiemy o świecie. Jak bardzo mylimy się sądząc, że zmierzyliśmy i zważyliśmy już wszystko. A tymczasem natura wszechświata pozostaje wciąż ukryta i nieuświadomiona w swoim ogromne różnorodności.


Książka Na granicy zmysłów jest zapisem podróży z kamerą, która bardzo szybko przestała być tylko przemieszczaniem się z punktu A do punktu B i przeniosła się w inny wymiar. Jako świeżo upieczony dokumentalista, na tropie wszelkiego typu uzdrowicieli i źródeł medycyny niekonwencjonalnej, Kossakowski zdecydował się na niesamowity krok, który wyróżnił go na tle innych i zagwarantował sukces. Osobiście poddał się wszystkim zabiegom. Dał się zahipnotyzować, pozwolił wbić sobie dłuto w kręgosłup, pozwolił także by gryzła go szeptuna, własnoręcznie wykopał sobie grób, w którym potem dał się zakopać. Głaskał jadowite pająki, miał pijawki przystawione do twarzy i jeździł nawiedzonym (a później wyegzorcyzmowanym) samochodem. Tym wszystkim, co przeżył, czuł, myślał przemierzając Polskę i Ukrainę, i czego nie pokazała kamera, postanowił spisać i się tym z nami podzielić.

Mimo iż autor relacjonuje nam to, czego był naocznym świadkiem, jego teksty pozbawione zostały fikcji literackiej, to zdecydowanie za dużo tutaj „ja” odautorskiego, za dużo przetworzenia przez wewnętrzne pryzmaty twórcy, bym kupiła tę formę jako reportaż. Zdaję sobie sprawę z tego, że dodawanie epickiej fabuły i komentarza do tego gatunku publicystycznego nie jest zbrodnią, jednak całościowo tekst bardziej przypomina mi bardziej pamiętnik niż reportaż. Więcej z tej książki dowiedziałam się o życiu wewnętrznym Kossakowskiego i jego poczuciu humoru, niż o świecie, czy faktycznych bohaterkach jego programu – o których chciałam się czegoś dowiedzieć, a którzy stali się tylko drugorzędnymi postaciami. Opisywanie przez trzy strony tego, że autor powstrzymuje się przed tym, by nie wybuchnąć śmiechem, nie przypadło mi szczególnie do gustu. Maniera przedłużania czynności w nieskończoność, poprzez opisywanie wszelkich drobiazgów i zmian nastroju – również nie jest moją ulubioną. Książka mogłaby być więc o połowę krótsza. Można by to sobie tłumaczyć tak, że taka już jest natura gawędziarza, jednak gawędziarz nie zanudza i nie powoduje, że sekundy dłużą się w nieskończoność, opowiadając z autentyczną pasją, bez reszty porywa czytającego w sam środek historii, poza miejsce i czas. Pan Przemek jest na to zbyt chaotyczny, za bardzo skupił się na zabawie słowami, za mało na tym, co chce powiedzieć. Jeżeli więc chodzi o warsztat literacki – prezentuje poziom słabszy od Cejrowskiego, do którego jest niesłusznie porównywany. Można nie zgadzać się z poglądami pana Wojciecha jednak talentu odmówić mu nie można. Maniera i chaos (szatkowanie i mieszanie wątków) Kossakowskiego zmęczyły mnie po stu stronach. Musiałam przerywać i czytałam na raty. Z Cejrowskim nigdy mi się to nie zdarzyło. 

Ta książka to po prostu, i z przykrością muszę to stwierdzić, w głównej mierze produkt marketingowy, stworzony na potrzeby wyciśnięcia z 5 minut pana Przemka ile się da. Mimo całej sympatii, którą wzbudził on we mnie na spotkaniu autorskim, jego spójności, otwartości i pozytywnej energii (pisałam o tym TUTAJ), nie nazwę go pisarzem. Charyzmatycznym podróżnikiem, śmiałym, budzącym podziw człowiekiem, całkiem dojrzałym i myślącym facetem – ale jeszcze nie pisarzem.

Jak już ustaliliśmy, to nie jest książka wybitna. Zamiast utyskiwać na stracony na lekturę czas, możemy skupić się na jej pozytywach. We wdzięczny sposób przypomina nam ona bowiem o pewnej zagwozdce, nurtującej ludzkość od zarania dziejów: czy świat, który znamy i widzimy jest jedynym? Dzięki niej, przypominają nam się też słowa poety: Śniło mi się dziś w nocy, że byłem motylem, i teraz nie wiem, czy jestem człowiekiem, który śnił, że jest motylem, czy może motylem, który teraz śni, że jest człowiekiem. Teraźniejszość, ta jaskrawa, jarząca się neonowymi światłami, odcina nas coraz bardziej od duchowego wymiaru jestestwa. Zapomnieliśmy już o nim tak dalece, że nie znamy nawet języka, którym do nas przemawia. Jeżeli chcemy go odzyskać musimy wyruszyć w podróż – otwarci na własną niewiedzę, gotowi na zdziwienie - i znaleźć swoją własną prawdę. Kossakowski odnalazł ją u szamanów w Ułan Ude, dla niego ona istnieje. Nie wierzmy mu jednak na słowo. Poszukajmy jej sami, bo tylko tak możemy odmienić swoje życie - jeśli tego oczywiście chcemy.

Autor: Przemek Kossakowski
Tytuł: Na granicy zmysłów
Wydawnictwo: Otwarte
Wydanie:I
Rok wydania: 2014
Okładka: miękka
Ilość stron: 403
Cena z okładki: 39,90 zł





2 komentarze:

  1. Dlaczego On zawsze tak dobrze wychodzi na zdjęciu? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Opętuje aparaty :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...