03 maja 2015

I Meet a Bear /Grizzly Park – Tom Skull/ 2008

Siła pierwszych skojarzeń jest ogromna i determinuje nasz sposób postrzegania świata. Pluszowe maskotki, którymi otaczamy się (albo jesteśmy otaczani) przez całe dzieciństwo, powodują, że nasze wyobrażenie o niedźwiedziach długo pozostaje mylne. Trudno nam sobie wyobrazić, jak ogromnie niebezpieczne są te zwierzęta. Niby zdajmy sobie z tego sprawę, ale gdzieś tam, w głębi naszego umysłu, zawsze pozostają dla nas misiami. O tym jak niewiele - żeby nie powiedzieć, że nic - łączy słodkie misiaczki i potężne, drapieżne ssaki po raz kolejny chcieli przypomnieć nam twórcy filmu: Grizzly Park. To jedna z tych produkcji, która miała potencjał i szanse na to, by zapaść widowni w pamięć, a stała się niewypałem, którego ślady nasz mózg w pośpiechu usuwa z hipokampu.

Ten niemal klasyczny animal attack zaczyna się całkiem przyzwoicie. Z więzienia ucieka niebezpieczny morderca i gwałciciel Butch Latham (Jeff Watson). Postanawia zaszyć się w leśnej dziczy, udając leśnego strażnika - w jaki sposób zdobył ubranie, na pewno się domyślacie. Mniej więcej w tym samym czasie, do lasu przybywa grupka trudnej młodzieży, mająca w ramach zajęć resocjalizacyjnych, pod czujnym okiem strażnika Boba (Glenn Morshower), posprzątać las. Bob co rusz, tłumaczy swoim podopiecznym, jak niebezpieczne są leśne zwierzęta i co robić w razie spotkania z grizzlim. Młodzi oczywiście nie przywiązują wagi do jego słów. Szybko przekonują się jednak, że natury nie wolno ignorować, bo potrafi być bardzo groźna. W starciu z rozjuszonym niedźwiedziem, który nie przepada za dwunogim towarzystwem, pałętającym mu się po terytorium, nie mają najmniejszych szans. Zapowiadało się jak widać dobrze: nieskomplikowanie i krwawo. Niestety Tom Skull, jako debiutant (reżyseria i scenariusz) nie udźwignął ciężaru własnego pomysłu.

Początek filmu wprowadza nas w dobry nastrój. Obiecujący wstęp dopełniają średniowieczne ryciny, ilustrujące biblijną przypowieść, która nabiera sensu pod koniec filmu, wywołując efekt „Aha!”, oraz klimatyczna muzyka. Przygotowani na prawdziwą jatkę: morderca i niedźwiedzie kontra trudna młodzież – uśmiechamy się z pobłażaniem do słów piosenki I Mett a Bear – która odkąd ją usłyszałam, nieustannie "chodzi mi" po głowie. Liczymy na to, że jej dziecięca lekkość, sygnalizuje rozbieżność między tym, co słyszymy, a tym co będziemy oglądać. Że to takie puszczanie do nas oczka. Ale niestety…

…niestety od momentu, gdy akcja filmu dociera w końcu do lasu, obraz traci cały swój urok i wiemy już, że ze wstępnej obietnicy nikt nie miał zamiaru się wywiązać. Nieprzemyślany scenariusz sprawił, że mieliśmy już jako takie wyobrażenie o tym, z czym przyjdzie się zmierzyć naszym bohaterom. A tutaj nagle wątek z Butchem zostaje zamknięty. Zdecydowanie za szybko: liczyliśmy przecież na to, że postać ta odegra jakąś (jakąkolwiek!!) rolę, a okazało się, że nie wiadomo, po co wprowadzono mordercę w ogóle do fabuły – chyba tylko w ramach przystawki dla niedźwiadka. Gdyby postać seryjnego zabójcy się nie pojawiła (a nie odegrał on żadnej, powtarzam żadnej roli wpływającej na kształt filmu), widz by się aż tak nie rozczarował. Bohaterowie skonfrontowani z niebezpieczeństwem nadchodzącym z dwóch stron: zmuszeni zmierzyć się z ogromnym, niedźwiedziem ludożercą i uciekać przed psychopatą, nie mieliby czasu na toczenie jałowych dysput. Zamiast ziać nudą film zelektryzowałby widownię, która kibicowałaby swoim faworytom. A tak marzyliśmy w duchu, że wreszcie, któryś wyzionie ducha i uszczęśliwi nas napis "The End".

Forma przedstawienia ataków zwierząt również pozostawiła wiele do życzenia. Mamy szwendającego się bez celu wilka, skunksa, który w charakterystyczny dla siebie sposób podsumował poziom zaprezentowanego aktorstwa, pohukujące gdzieś niemrawo sowy, a z krzaków od czasu do czasu wyskakuje niedźwiedź. Krwawe ataki pojawiają się głównie w końcówce filmu, ale są zbyt niewiarygodne i na zbyt słabo "wykonane", by wzbudzić w nas obrzydzenie i lęk. Bohaterka, która mimo braku dolnej połowy ciała dzielnie czołga się do przodu ciągnąc za sobą jelita, śmieszy zamiast wzbudzać odruchy wymiotne. Szkoda, że nie wykorzystano również potencjału drzemiącego w głównym killerze. Wszak nie ma on naturalnych wrogów, dlatego w potyczkach z jego udziałem zwycięzca zazwyczaj jest tylko jeden – można było przedstawić go więc, jako niekwestionowanego władcę okolic. Warto pamiętać, iż mimo swojej potężnej masy, niedźwiedź jest bardzo szybki - rozwija prędkość do 50km/h, nawet Usain Bolt nie byłby w stanie mu uciec. W filmie nie oddano jednak grozy, jaką budzi spotkanie oko w oko z grizzlim, ani majestatu tego niezwykłego zwierzęcia. A szkoda, starcie z niedźwiedziem powinno pójść widowni w pięty tak, by już nigdy nikt nie nazwał grizzly „misiem”.

Co by nie mówić o Grizzly Park, występujące w nim aktorki były atrakcyjne. Nie pokazały jednak swoich wdzięków w pełnej krasie, co może niektórych rozczarować - bo mogłyby zrobić chociaż tyle, skoro grą nie powalały. Nawiasem mówiąc, żaden z bohaterów nie wzbudził we mnie odrobiny sympatii. Dialogi – które w założeniu zapewne miały rozśmieszać – powodują, że na twarzy jawi nam się grymas pod tytułem „WTF?!”. Najlepiej i najnaturalniej w graną przez siebie postać, wcielił się grizzly – szkoda, że nie miał zbyt wielu okazji, by się zaprezentować na ekranie, reżyser poskąpił mu "momentów". Stuff najwyraźniej nie mógł się zdecydować czy to co tworzy ma być horrorem, czy czarną komedią. Jedyne co mu się udało (zawsze znajdą się jakieś plusy) to wykorzystanie wspomnianej już przeze mnie piosenki i zaskakujące zakończenie: okazało się, że strażnik Bob nie jest takim zwykłym strażnikiem. Kto ma ochotę dowiedzieć się, co mam na myśli, musi sam zobaczyć film. 


Kraj: USA
Rok: 2008
Reżyseria: Tom Skull
Scenariusz: Tom Skull

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...