05 maja 2015

50% Shark, 50% Octopus 100% Deadly /Sharktopus, Ośmiorekin - Declan O’ Brien/ 2010

Niskobudżetówka, niskobudżetówce nierówna. Najlepszym wyróżnikiem tych najtandetniejszych jest stopień upojenia alkoholowego niezbędny do ogarnięcia tego, na co się patrzy. Ośmiorekin jest jedną z tych produkcji, których na trzeźwo się nie ogląda. Takie filmy kręci się tylko i wyłącznie dla zgrywu i po to, by było się z czego śmiać - najlepiej w towarzystwie. Przypuszczam, że pomysł skrzyżowania rekina z ośmiornicą, również powstał „pod wpływem”. Zastanawiam się w jakim stanie był Eric Roberts (np. Mroczny Rycerz), gdy zdecydował się zagrać w tej produkcji. Może przegrał zakład, może ktoś ma na niego hipergigantycznego haka wszech czasów? Jeśli ma poczucie humoru i wszedł w to „for fun” to świetnie, jeśli coś go zmusiło, to naprawdę nisko upadł.

Horrorów z rekinami powstają setki i na tle innych – o dziwo – ten wcale  aż taki wyjątkowy nie jest. Widzieliśmy już przecież różne dziwne sytuacje, w których znalazły się te morskie stworzenia w: Rekinado, Dwugłowy rekin atakuje, Rekiny z plaży i spotkaliśmy się już z różnymi niewiarygodnymi hybrydami np. Piraniokondą. Rekin z mackami nieszczególnie więc dziwi. W moim odczuciu to raczej uzasadnienie jego istnienia jest absurdalne i cel powołania do życia skrajnie alogiczny.

Ten konkretny mutant, to efekt zabaw genetycznych, których podjęli się naukowcy  Blue Water z Nathanem Sandsem (Eric Roberts) na czele. Mieli oni stworzyć idealną broń dla marynarki, która będzie wykorzystywana w walce z somalijskimi piratami (ale sobie wymyślili). Na dokładkę broń praktycznie niezniszczalną, gdyż nie imają jej się kule, serwowane jej seriami z karabinów. Już podczas pierwszej samodzielnej „wycieczki”, czyli testu, stwór wymyka się spod kontroli. Od tego momentu morduje każdą dwunożną istotę jaką spotka na swojej drodze. Nie tylko w wodzie, całkiem nieźle radzi sobie również na lądzie, spacerując na mackach….

Nieporadne sceny mordów – kiepsko dopasowane do całości efekty CGI – sprawiały, że chichrałam się jak najęta. Zwłaszcza, że ktoś miał problem z zachowaniem proporcji. Nie wiem, czy TO rosło w miarę jedzenia, ale raz hybryda jest wielkości przeciętnego żarłacza białego, raz jawi się jako przerośnięty mutant. Jeszcze trochę procentów i twórcom wyszła by z niego  prawdziwa Godzilla. Przypuszczam, że podczas kręcenia filmu na planie musiała panować naprawdę wesoła atmosfera. Zwłaszcza, gdy aktorzy próbowali wczuć się w rolę i „bać się we właściwą stronę”, czyli wstrzelić miejsce, w którym później pojawi się - komputerowo naniesione - monstrum.

Jeżeli w innych recenzjach czepiałam się miernego aktorstwa – przepraszam. Porównywalny poziom niby-gry osiągnęli do tej pory tylko bohaterowie Dark Space. Jeżeli wytykałam nielogiczności w fabułach, to jeszcze bardziej biję się w pierś – tutaj czegoś takiego jak fabuła właściwie nawet nie ma: chodzi o to, że to stwór jest nieustannie głodny i trzeba go „wybuchnąć”. Ośmiorekin to produkcja tak zła, że można jej przyznać w tym zakresie mistrzostwo. Polskie tłumaczenie tytułu, też godne podziwu...

P.S Tylko mnie monstrum kojarzy się z Urszulą z Disnejowskiej Małej syrenki?

Rok: 2010
Kraj: USA
Reżyser: Declan O’ Brien
Scenariusz:  Mike  MacLean


A ja po prostu lubię złe filmy :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...