28 kwietnia 2015

Zabójcza wycieczka /Dom 1000 trupów - Rob Zombie/ 2003

Co się stanie, gdy muzyk industrialno-metalowy i fan horrorów klasy B w jednym, zapała nagłym pragnieniem nakręcenia filmu??? Może powstać tylko jedno: sieczka i „nieco” chore źródło rozrywki. W tym konkretnym przypadku z zabawy kamerą zrodził się debiut, który - o dziwo - utorował Robowi Zombie drogę do dalszej kariery reżyserskiej. Jak się okazało, jego Dom 1000 trupów, zarobił: 15 mln w kinie i 45 mln na dvd. Te kwoty zaszokowały mnie bardziej niż sam film.

Dlaczego zszokowało? Dlatego, że fabuła nie powala. To „najtypowsza” z typowych historii. Dwie pary podróżują sobie poprzez pustynne tereny Teksasu. Zupełnym przypadkiem trafiają w TO miejsce, czyli przydrożny bar z Muzeum Grozy w pakiecie. Tutejszy ekspedient ma nieco ekscentryczny wygląd – upudrowaną na biało twarz, kontrastującą z żółtymi zębami. Kapitan Spaulding wygląda jak klaun dorabiający po godzinach, któremu nie chciało się zmazywać makijażu. Niby od niechcenia i niedbale opowiada nowoprzybyłym o miejscowej „atrakcji turystycznej”, legendzie Doktora Satano. Ten niebezpieczny psychopata skończył powieszony na pobliskim drzewie, jego ciało zniknęło stamtąd jednak w tajemniczych okolicznościach. Młodzi podekscytowani tą historią postanawiają podążyć tropem szaleńca i „zwiedzić” drzewo. Pech, a raczej scenariusz chce, że łapie ich burza i psuje się auto. Trafia im się jednak (ileż to przypadków) miła autostopowiczka, która proponuje schronienie. Jej rodzinka ma jednak pewne nietypowe hobby, które nie przypadnie gościom do gustu. Gdy w końcu zorientują się, że zanurkowali w szambie, będzie już – jak się pewnie domyślacie – za późno. Podobnych obrazów widzieliśmy już setki, w tym ewidentnie zabrakło oryginalnych rozwiązań fabularnych. Nawet głupota policjantów została tutaj przedstawiona „książkowo”.


Film przypomina wszelkiej maści slashery w których bohaterowie są przetrzymywani i torturowani na odludziach, a ich rozpaczliwe ucieczki kończą się tragicznie. W porównaniu z innymi, mamy tutaj zdecydowanie mniej gore, mniej napięcia i spektakularnego miażdżenia psychiki bohaterów, co za tym idzie film nie ryje mózgu - mimo usilnych starań twórców. Dlaczego tak się stało? Mamy znów niestety do czynienia z nieszczęsną hybrydą. Dom 1000 trupów, to kolejny przykład na to, że za wplatanie elementów komediowych w horror powinni brać się tylko naprawdę utalentowani reżyserzy. Złe wyważenie poszczególnych elementów sprawiło, że przemoc i wulgarność, które mogły stanowić mocną stroną tego slashera zamiast zostać wyeksponowane zatraciły się pośród nic nie znaczących gagów. Nie boimy się tego, co dzieje się na ekranie, szczególnie nas to też nie bawi, ani nie ciekawi – przecież wiemy, jaki będzie koniec. Zostaje nam tylko cierpliwie na niego czekać.

To co na pewno wyróżnia ten film na tle innych, to nagromadzenie kiczu w kiczu, na dokładkę wypełnionego absurdem. Zresztą krzykliwe, rażące, bijące po oczach sztucznością obrazy, to wręcz wizytówka Roba Zombie. Nie miał on oczywiście na celu stworzenia filmu wiarygodnego, o realistycznych rysach. Przesadził jednak w drugą stronę, i nie chodzi tutaj wcale o scenariusz, który ewidentnie pogardza logiką. Świat przedstawiony przez niego jest brudny, ohydny, obskurny, zagracony i wypełniony syfem wszelkiego rodzaju, a zarazem sztuczny i plastykowy. Kontrast ten nie za bardzo broni się w jego wykonaniu.

Ciekawe jest za to inne zestawienie. Bohaterowie – cokolwiek by nie mówić odjechani na maksa - niewiele mają wspólnego nie tylko z szeroko pojętą „normalnością”, ale także z higieną osobistą i zapewne powalają aromatem ze sporej odległości. Tylko wypacykowane blondynki, wizualnie ratujące film (no dobra jedna, oczywiście ta młodsza), wyglądają jakby wiedziały, co to jest mydło i szampon. Osoby, które miały nas zniesmaczać, albo przerażać stały się tylko i wyłącznie parodią samych siebie. Efekt ten podkreślony został dodatkowo przez słabe aktorstwo. Jak widać nepotyzm nie popłaca, w postać Babe FireFly, wciela się bowiem Sheri Moon, żona Zombiego. Nie miała zbyt skomplikowanej roli, atrakcyjnej kobiecie szajba zawsze dodaje uroku, a i tak się nie popisała. W każdym razie jej śmiech budził we mnie mordercze skłonności – czyli, że jednak to jest niebezpieczny film. Podobnie nie zachwycają, przesuwający się niemrawo po ekranie, pozostali aktorzy. Odniosłam wrażenie, że oni, tak jak i widz, nie mogą doczekać się końca. Najlepiej zagraną postacią jest klaun (w tej roli Sid Haig) - zdawać by się mogło, paradoksalnie i na przekór wyglądowi, najnormalniejszy i przypadkowy bohater filmu. W sumie jego obecność można potraktować, jako jednoosobową symboliczną wizualizację tej produkcji: nie śmieszy, nie straszy, za to jest spocony, brudny, paskudny i niedopracowany.

Rob Zombie zafundował nam poplątanie z pomieszaniem. Oprócz ekscentrycznej rodzinki, której członkowie są zbyt nieprawdopodobni, by wzbudzić w nas chociażby cień lęku, dostaliśmy jeszcze: szalonego naukowca w służbie zła, albo po prostu swojego chorego umysłu, mutanty, tajemnicę mieszkańców okolicy nadającą koszmarowi, który przeżywają ofiary, odrobinę dreszczyku (dopiero pod koniec filmu, niestety). Całości nie jest w stanie uratować nawet genialna ścieżka dźwiękowa zespołu White Zombie, którego czołowym jest sam reżyser. Nie pomógł nawet urozmaicony montaż: czarno-białe migawki, rozmazane migawki, rozmycie akcji w czasie. Może w założeniu miały nas wystraszyć, ale wprowadzają tylko w swoistą zadumę. Zastanawiamy się czy aby dokądś to wszystko prowadzi, czy na końcu okaże się, że film był jednak o czymś, miał drugie dno? Otóż oszczędzę wam trudu. Nie ma. Można się tutaj oczywiście doszukiwać kpiny z kultury popularnej, zarzewia rewolucji, która skaże ludzkość, w takim kształcie w jakim ją znamy, na zagładę. Wyśmiania społeczeństwa, jako miejsca masowej produkcji klonów, tresowanych do odruchów konsumpcyjnych. Do mnie forma przekazu tych treści (o ile  nie są moją nadinterpretacją) nie przemawia.

Cechy charakterystyczne tego filmu, to: dziwne dialogi, dziwni bohaterowie, dziwne aktorstwo, dziwna akcja. Produkcja dla wiernych fanów muzyka i tych, którzy lubią odgrzewany kicz rodem z lat 70 i 80. Raczej nie spodoba się miłośnikom prawdziwego, krwawego gore i mocnych wrażeń.

Rok: 2003
Kraj: USA
Reżyser: Rob Zombie
Scenarzysta: Rob Zombie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...