17 kwietnia 2015

Tytuł mówi sam za siebie /Striptizerki zombie, Zombie Strippers – Jay Lee/ 2008

Lubię absurd i groteskę, lubię karykaturę i zabawy konwencją. I o ile Co robimy w ukryciu, było zabawnym found footage o wampirach, a Tusk miał – głęboko, bo głęboko – ukryte w sobie coś, co zmuszało do chwili refleksji, o tyle Striptizerki zombie spowodowały tylko, że mózg uciekał mi z czaszki wszystkimi możliwymi otworami. Oczywiście nie spodziewałam się, że film będzie dobry, aż tak naiwna nie jestem. Byłam po prostu ciekawa, w jaki sposób taniec na rurze ma wykonywać istota martwa, rozkładająca się i cierpiąca na wyraźne rigor mortis. Wydawało się to niemożliwe więc mnie pokusiło. Okazało się, że zombie tańczą lepiej od żywych, przyciągając tłumy do lokalu i dając zarobić krocie jego właścicielowi: Essko (Robert Englund).  Film spowodował, że muszę zweryfikować swoje podejście do zombiaków. Do tej pory łykałam je w każdej postaci.


Fabuła filmu jest - o dziwo i nawet – przemyślana, wszystko zostało JAKOŚ wytłumaczone. Prezydent USA – Bush zakazuje striptizu, czym grzebie bardzo lukratywną gałąź gospodarki i to dosłownie, gdyż schodzi ona do podziemia. Wysyłając żołnierzy wszędzie, gdzie prowadzi konflikty zbrojne – a lista ta jest długa – doprowadza również do znacznych braków kadrowych w armii. Oczywiście można sobie z tym poradzić – naukowcy wynajdują wirusa, który ożywia martwych żołnierzy. I już wiadomo o co chodzi, prawda? Zarażony żołnierz trafia po prostu do nielegalnego klubu ze striptizem, przegryza gardło Kat (Jenna Jameson) i potem mniej więcej już można sobie resztę dopowiedzieć. „MNIEJ więcej” - podkreślam. Bo pomiędzy początkiem a końcem filmu, piętrzy się stek bzdur, których nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, a przynajmniej was o to nie podejrzewam. W każdym razie grande finale to, ni z gruchy ni z pietruchy wkraczający do klubu oddział komandosów kończący zastaną rozpierduchę, jeszcze większą rozpierduchą.

Co ciekawe, zarażone striptizerki (mowa konkretnie o tych martwych) są ciekawą odmianą zombie, gdyż: mówią, zachowują pamięć i odczuwają emocje. Oczywiście nie pogardzają krwawymi kąskami, wijących się i wrzeszczących klientów - w ten sposób uszczuplając i tak pustawą widownię. Mężczyźni za to, zamieniają się jak przystało w klasyczne, bezmózgie, krwiożercze zombie. Kobiety górą – nawet po śmierci.

Męską część widowni utrzymają przy ekranie wymierzone w nich przez 90% czasu projekcji sutki, akrobatyczne popisy i wijące się po scenie spazmatycznie ciała. Film można właściwie oglądać bez fonii, dialogi bowiem paraliżują głupotą, mimo pojawiających się w nich, masy filozoficznych wtrętów. Są one mocno wyeksponowane, po to byśmy ich przypadkiem nie przegapili. Wnioskuję więc, że miały jakiś cel. Prawdopodobnie stanowią kontrapunkt dla fabularnej, postępującej głupoty. Dodatkowo pokazując, że striptizerki wcale nie są głupie, jeszcze boleśniej podkreślają ich głupotę. W Striptizerkach zombie kłaniał się widzowi: Nietzsche, Kartezjusz, Arystoteles, przewijał się także temat wolnej woli i optymizmu. Błagam.

Gwoździem do trumny tego obrazu jest gra - tak sztuczna, jak cycki aktorek. Nawet Jenna Jameson, gwiazdka (porno), dla której wielu włączyło ten film, nie zachwycała. W sumie jako zombie wypadała najgorzej pośród swoich koleżanek – kompletnie nie pasowała jej ta charakteryzacja. O wiele lepiej poszło Rox Saint (wcielającej się w Lillith), przedstawicielce amerykańskiej sceny niezależnego rocka (dziewczyna chciała sobie widać dorobić w filmie). Kiepsko wypadł Robert Englund – mógłby wreszcie zrezygnować  z aktorstwa i poszukać sobie innej pracy. Trzeba jednak przyznać, że panie wyginające się na scenie, to w każdym calu profesjonalistki. Zapewne wynajęcie ich do filmu zeżarło sporą kwotę budżetu i dlatego na statystów już niewiele zostało. Sławny (aczkolwiek nielegalny) klub raczej świeci pustkami. Na stołkach wciąż siedzi garstka tych samych panów, usilnie próbujących grać tłum.

Zombie wypadły raczej komiczne. Z wiadomych powodów realistycznych scen gore tutaj nie uświadczymy. Efekty są kiczowate, tak samo jak kiczowaty bywa świat nocnych klubów. Ale eksperymentalne połączenie motywu nieumarłych z zalążkiem czegoś, czego nie da się określić nawet jako soft porno, tylko słaby niby-erotyk, nie miało zbytnio sensu. Gdyby producenci zdecydowali się grać ostrzej, na którymś polu, to może, może…A tak wyszedł ni pies ni wydra, bo kobiece wdzięki gubią się gdzieś pośród rozmemłanej całości, śmiać się nie ma z czego, bo bez względu na to czy komizm był zamierzony, czy nie - jego poziom jest żenujący. O napięciu mogliśmy zapomnieć już po wstępnych napisach. Które mnie notabene zjeżyły, gdyż nawiązują do Zabójczych ryjówek, a film o striptizerkach do tego klasyka się nie umywa.

Jak już wspomniałam, dominuje tutaj niezbyt wyszukane i ciężkawe poczucie humoru. Sporo pojawia się momentów, w których reżyser sięgnął dna, jak sławetna scena z kulami bilardowymi, która zapisze się w historii kina. To jest niestety atut filmu! Niewiele jest bowiem miernot, z których zapamiętujemy chociażby jedną scenę. Nie widziałam jeszcze innych wytworów Jay’a Lee. Do tej pory poczynił on: The Slaughter (2006), Alyce (2011). Alyce na pewno zobaczę, bo raczej nie wypada inaczej.

Rok: 2008
Kraj: USA
Reżyser: Jay Lee
Scnariusz: Jay Lee



3 komentarze:

  1. Świetny tekst! Jestem u Ciebie pierwszy raz, ale będę zaglądała częściej. "Kobiety górą- nawet po śmierci" - znakomite! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam ten film widziałam go kilka razy Striptizerki zombie to osobny rodzaj żywych trupów. Gdyby tańczyły w klubach poszłabym je zobaczyć ^^

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...