06 kwietnia 2015

Póki śmierć nas nie rozłączy /Honeymoon, Miesiąc miodowy –Leigh Janiak /2014

Film rozpoczyna się nagraniem ze ślubu, na którym nowożeńcy – Bea i Paul - ćwierkają do kamery o tym, jak strasznie się kochają i jacy są szczęśliwi. Chwilę to trwa, ale na szczęście w miarę szybko się kończy. Kolejny etap to miesiąc miodowy. I tutaj we wstępnie numer dwa, który trwa już zdecydowanie dłużej, nie dzieje się nic innego niż ciąg dalszy wstępu pierwszego - czyli bohaterowie jedzą sobie z dzióbków. Młodzi są sobą zafascynowani, świetnie się razem bawią: gruchają i migdalą się w kółko i na okrętkę. Na szczęście ten nużący i przydługi wstęp numer dwa też się kończy, a wraz z nim odchodzi w zapomnienie słodko-mdląca atmosfera. Uff, co za ulga. Sielankę kończy tajemnicze, nocne zniknięcie Bei, którą Paul znajduje nagą w lesie. Ona nie pamięta co się jej przytrafiło, on nie wierzy w lunatykowanie, widz zresztą, też nie wierzy w takie wyjaśnienie. Zwłaszcza, że po tym wydarzeniu dziewczyna zaczyna się dziwnie zachowywać: zapomina o tym, jak się wykonuje najprostsze czynności, unika kontaktu fizycznego, i traci tożsamość. Z minuty na minutę zatapia się w galopującym szaleństwie. Paul próbuje dociec, co się stało, a widz ma kilka teorii - ale o tym za chwilkę.


Odkąd zaczyna się kluczenie, niepewność, poszukiwanie przyczyn, a bohaterowie oddalają się od siebie, robi się coraz ciekawiej. Po TEJ nocy żadne z nich nie jest już tym samym człowiekiem, atmosfera gęstnieje, podkręcana paranoją. Surowy obraz aż kipi od emocji. Zresztą już sam wybór miejsca na miesiąc miodowy zapowiadał, że może być ciekawie. W pierwszym momencie ucieczka pary na łono natury, samotny domek nad jeziorem, w wyludnionej okolicy przypominają film W sidłach opętania z 2003 roku.  Relacja Paula i Bei zmierza jednak w zupełnie innym kierunku, niż Julianne i Mitch. To do ilu filmów wydaje się odnosić fabuła, świadczy o tym, że Janiak wykorzystuje liczne motywy wchłonięte i przetrawione przez popkulturę. Wątki nie są nowe ani oryginalne, ale zostały splątane w zgrabny sposób. Honeymoon nie jest bezczelną i bezmyślną kopią. Nie oglądamy bowiem typowego filmu o UFO, ani o miejscowym kulcie, to co widzimy w nocnych światłach może być bowiem czymś zupełnie innym. Może, ale nie musi. Zakończenie jest otwarte, więc każdy może na pewne pytania odpowiedzieć sobie sam. Mnie pewne sceny – delikatnie nazwane przeze mnie: „roślinne” – rozgrywające się w okolicach rodnych bohaterki kojarzą się z Martwym złem. I nawet przyłapałam się na tym, że czkam na zemstę, która nadejdzie z najmniej oczekiwanej strony -  kaczek krzyżówek. Oczywiście jeśli, ktoś dostrzega coś innego, nie będę się upierać, że we wszystkim nie maczali palców obcy. Jednak chcę patrzeć na ten film przez pryzmat makabrycznego echa ekofeminizmu. Powrotu kobiety do NATURY (poszerzona strefa kobiecości), która czyni z ludzkiego ciała swoje narzędzie. 

Film został praktycznie pozbawiony efektów specjalnych. Nastrój grozy i napięcie buduje ponury las, domek nad lodowatym jeziorem, okoliczności przyrody budzące, zwłaszcza nocą, pierwotny lęk. Kamera skupia się na relacji między dwójką kochających się osób. Z czasem obraz zdaje się stawać coraz brudniejszy, a Bea coraz brzydsza. To co z początku w swojej surowości zdawało się toporne, nabiera finezji. Minimalistyczna fabuła, jest nagim odzwierciedleniem pierwotnego zewu, z którym przyjdzie zmierzyć się bohaterom. Dodatkowo przestrzeń, wyludniona po sezonie okolica, mimo ogromu przytłacza, ogranicza i osacza.

Odtwórczyni roli Bei, aktorka Rose Leslie, zanana z Gry o tron pokazuje, że potrafi grać nie tylko biustem. Fala emocji, które nią targają, świetnie odzwierciedla jej walkę z przemianą. Nie mogę powiedzieć jednak, że jest świetnie przez cały czas - głównie na początku filmu, bohaterka działała mi strasznie na nerwy. Dopiero, gdy z dziewczynki Bea staje się kobietą szaloną, jej nadmierna ekspresja wreszcie nabierała dla mnie sensu. Harry Treadaway wydał mi się bardziej naturalny w swojej roli. Próbuje pomóc żonie, desperacko szuka rozwiązania. Niestety w starciu z tym, co między nimi stanęło, nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo.

Na co szczególnie zwróciłam uwagę oglądając ten film, to pokonywanie przez parę kolejnych etapów życia małżeńskiego w przyśpieszonym tempie. Od fascynacji, skrajnego uwielbienia, parzenia się jak króliki, po tajemnice, kłamstewka, oddalanie się od siebie, brak zaufania. Infantylne przeświadczenie o wyjątkowości własnego związku, zachwyt nad każdą chwilą, zderza się z rzeczywistością i wywołuje kryzys. Poznawanie "prawdziwej" twarzy tej drugiej osoby następuje tutaj bardzo szybko. Co prawda twórcy posiłkowali się specyficznym przyśpieszaczem akcji i nadali jej niecodzienny wymiar, dla mnie jednak ten horror jest metaforą, która pokazuje, co dzieje się z ludźmi, gdy już wypowiedzą magiczne „tak” z nadzieją na: „i żyli długo i szczęśliwie”.

Zakończenie mnie rozczarowało, nie dlatego, że jest w pewnym sensie przewidywalne i nie dlatego, że jest otwarte. Dramat, który wydarzył się nad jeziorem, brutalny w swojej naiwności, wymagał silniejszego wyrazu. Zabrakło uderzenia, albo pomysłu na to, jaki nadać mu kształt, by zostawić widza z cierniem wbitym w umysł, który ten próbowałby bezskutecznie wydłubać. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że to debiut i tak uważam, że to najlepszy zeszłoroczny horror jaki widziałam do tej pory. Leigh Janiak udało się stworzyć naprawdę ciekawą miksturę z horroru psychologicznego i body horroru.

Kraj: USA
Rok: 2014
Reżyser: Leigh Janiak
Scenariusz: Leigh Janiak


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...