20 kwietnia 2015

Kto się boi ryjówek? Faworyt w rankingach na najgorszy film świata/Zabójcze ryjówki, The Killer Shrews - Ray Kellogg/ 1959

Są filmy tak bardzo złe, że aż fajne. I przez tę swoją fajność wynikającą ze skrajnej niefajności stają się kultowe. Do tego gatunku należą Zabójcze ryjówki. Urocze gryzonie są stałym, corocznym „gościem” na przeglądzie Najgorszych Filmów Świata, co stanowi spore wyróżnienie pośród setek innych miernot, zwłaszcza, że film nakręcono w 1959 roku! Największą jego wadą (i jak widać atutem), która czyni z niego króla gatunku, jest to, że nie kręcono go z przymrużeniem oka lecz całkiem na serio. Tak serio, że bardziej się nie dało (i nadano mu TAKI tytuł?). O ile bowiem urągającym zdrowemu rozsądkowi, ignorującym logikę  i dobry smak Krwiożerczym klownom z kosmosu, Ataku pomidorów zabójców, Striptizerkom zombie czy Martwicy mózgu blisko do podium, o tyle nikt nie próbował udawać, że są one prawdziwymi horrorami. To właśnie poza twórców uczyniła z Zabójczych ryjówek taką słodką katastrofę...

Jak bardzo bowiem trzeba być naiwnym, by próbować przerazić widownię groźbą nadejścia ryjówki, której dorosły osobnik osiąga około 600 milimetrów długości i wagę 3-7 gramów? Oj, bardzo trzeba. Dlatego początek filmu, aczkolwiek genialny, wprowadza nas w lekką konsternację. Z jednej strony zapala nam się lampka ostrzegawcza, z drugiej strony płomienna przemowa narratora, przy akompaniamencie grzmotów i błysków piorunów, jest niezwykle intrygująca. Z przejęciem i lękiem informuje nas o tym, że: Ci co polują w nocy zaświadczą, że najdzikszym i najbardziej zawziętym zwierzęciem jest maleńka ryjówka. Ryjówka zdobywa pożywienie w blasku księżyca, co kilka godzin musi zjeść tyle ile sama waży, inaczej umiera z głodu. Ryjówka pożera wszystko: kości, mięso, szpik. Brzmi to naiwnie do kwadratu, lecz złowieszcza muzyka w tle nadaje tej wypowiedzi niepokojącego zabarwienia. Bo jak to? Taka przemowa godna jest lwa, tygrysa, niedźwiedzia...ale nie ryjówki! Potem jest już tylko gorzej, bo dowiadujemy się, o co z tymi całymi zabójczymi gryzoniami chodzi.

Okazuje się, że naukowiec, dr Craigis, chciał coś zaradzić na problem przeludnienia naszej kochanej planety. W tym celu postanowił – sic! - zmniejszyć dwukrotnie człowieka (i po co do tego ryjówki?), niestety udało mu się tylko powiększyć gryzonie (nie chcę wiedzieć jak to się stało, że PRZYPADKOWO, ale powtórzę pytanie: po co ryjówki?). Pomysł jak widzicie sam w sobie jest idiotyczny, zwłaszcza, że mężczyzna chciał na dokładkę wydłużyć życie człowieka i zwolnić jego metabolizm (to ma zmniejszyć ilościowo populację, serio?). Ta mrożąca krew w żyłach akcja rozgrywa się na wyspie, na którą z zaopatrzeniem przybywają nasi nieświadomi niczego bohaterowie: przystojny kapitan i jego towarzysz. Z powodu huraganu muszą zaryzykować życiem i na nieszczęsnej wyspie zanocować. Cóż, musi być jakaś sprawiedliwość na świecie, widz perzcież też ryzykuje – grozi mu śmierć przez zaziewanie. Dopełnieniem tej naiwnej fabuły jest zakończenie – namiętny pocałunek, rodem z romansów lub filmów przygodowych. Brakowało tylko napisu: żyli długo i szczęśliwie.

Co tak strasznie razi w tym obrazie? Naukowcy tłumaczący sobie nawzajem po wielokroć szczegóły eksperymentu i dzielący się ze sobą informacjami o fizjologii ryjówek (rychło wczas). Tak jakby upewniali się, że słyszeliśmy, albo co gorsza przypominali sobie, o co w ogóle chodzi i co tutaj właściwie zrobili. Film jest więc zdecydowanie przegadany, dialogi (stanowiące przykład na to jak się nie pisze dialogów) na szczęście przerywane są od czasu do czasu wrzaskami. Bohaterowie horrorów rzadko grzeszą inteligencją i instynktem samozachowawczym, tutaj jednak przeszli samych siebie. Próbują poradzić sobie ze zmutowanymi, wrednymi gryzoniami naprawdę nieporadnie, np. powstrzymać potwory ma okiennica przewiązana sznurkiem (przy czym ryjówki są wstanie przegryźć się przez ściany). Może to wszystko wina lejącego się obficie Martini, i stąd te wszystkie, lekceważące niebezpieczeństwo, spacery po atakowanym domu? Prawdziwa komedia i ukoronowanie całości, to końcowe sceny, czyli „akcja w puszkach”.  Ci którzy to wymyślili sami też pewnie były po kilku głębszych.

Same ryjówki nie powalają, zwłaszcza, że grają je psy z doczepionymi kłakami i kłami. Może to była taka tendencja? W Draculi Browninga z 1931 roku, oposy grały w końcu szczury. Niestety niewiele mamy okazji, by te psowate gryzonie obserwować w akcji i się im bliżej przyjrzeć. Z jednej strony może chodziło o grę niewidocznym, budowanie napięcia, a z drugiej, może – co jest prawdopodobniejsze - po prostu kostiumy spadały psom z grzbietów (co zresztą w jednej ze scen wyraźnie widać), więc ograniczono je do minimum. Mimo wszystko nie sposób odmówić mutantom „zabójczości”, widz bowiem może zakrztusić się ze śmiechu... Na szczęście w przeciwieństwie do bobrów zombie da się tych krwiożerczych agresorów zastrzelić.

Poza ryjówkami, reszta bohaterów jest szablonowa i nijaka do bólu. Zły i tchórzliwy eks-narzeczony kontra krystaliczny i bohaterski next-narzeczony, naukowiec żyjący w swoim świecie i piskliwa, bierna białogłowa. Jakoś mi tak było żal głównej bohaterki, jeszcze nie wyemancypowanej, chociaż wykształconej i będącej przecież biologiem. W efekcie nieudanego eksperymentu pragnie ona odwrócić się od nauki i jak inne kobiety, być kurą domową. Oj, oj, oj – aż mnie bolą ząbki, ale takie były czasy. Gdybym potrafiła obstawić numery w totolotka z taką precyzją, jak to kto za chwilę zginie, pewnie domyślacie się, że byłabym już obrzydliwie bogata (złowieszczy śmiech). Zresztą, to nie trudne, gdy weźmie się pod uwagę rok nakręcenia filmu. Wiadomo, że „biali” nie pójdą na pierwszy ogień.

Grę aktorską odbieramy jako nadmiernie ekspresyjną, ale to również znak czasów. Mamy bowiem do czynienia z zupełnie inną szkołą i innym stylem gry - te markowane ciosy podczas męskich potyczek, wręcz hipnotyzują. Odcięci nagle od komputerowych efektów specjalnych trochę głupiejemy od tego przerysowania i wypowiadanych przez bohaterów bez zażenowania rozpaczliwych stwierdzeń, typu: Tam były ryjówki, nie mogłem ryzykować!


Trudno doszukiwać się tutaj drugiego dna, o tym, że ingerencja w prawa natury zazwyczaj kończy się źle, wiadomo i już. Jak na obraz z innej epoki zachwyca tutaj dbałość o szczegół, na miarę tamtego czasu. Na plus filmu należy zaliczyć fakt, że realizacja pochłonęła tylko 123 tysiące dolarów, a jego zarobek przekroczył milion dolarów. To jest dopiero sztuka. Dzięki temu filmowi reżyser - Ray Kellogg - zapisał się w historii kina i dzięki niemu nadal funkcjonuje w świadomości widzów. Ktoś bowiem wie, o czym były jego Zielone Berety, nakręcone wspólnie z Johnem Waynem i Marvynem LeRoyem z 1968? Pewnie dlatego reżyser poszedł za ciosem i nakręcił w 1959 roku jeszcze Gigantyczną jaszczurkę. Nic nie przebiło jednak Zabójczych ryjówek, to one doczekały się sequela w 2012 roku: Powrót zabójczych ryjówek (reżyseria: Steve Latshaw).

Jak przystało na 2015 śmiejemy się z tego komicznego animal attack, bo na pewno się go nie boimy. Tego typu filmy ratuje to, że po prostu nie spodziewamy się po nich niczego dobrego, traktujemy je więc na luzie. Gdy ktoś oczekuje jednak prawdziwego horroru - zrazi się i hejty gotowe. A szkoda, bo klasyka ta, chociaż kalecząca filmowe rzemiosło, ma swój urok.


Rok: 1959
Kraj: USA
Reżyser:  Ray Kellogg
Scenariusz: Jay Simms


3 komentarze:

  1. Tego cudeńka nie widziałam, ale właśnie jestem po seansie "Morderczej opony" :D Jak lubisz filmy tak "złe, że aż dobre" to polecam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zasadzam się na to ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Dramatycznie śmieszny film :D jak te stworzonka robiły wakikiki to myslalam ze umre :D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...