11 kwietnia 2015

Coś na progu – magazyn #10

Nie można już zaprzeczyć: wylądował, przybył, jest - z mocnym plasknięciem wylądował na progu, uzbrojony w iście zakręcony temat przewodni, czyli Szalonych Naukowców! A mowa o COSIU, czyli Czymś na Progu, czyli jedynym w Polsce czasopiśmie zajmującym się tematyką pulp i weird fiction. Na jego stronach nie zabraknie także kryminału, horroru i fantastyki. W każdym numerze można przeczytać ponad 100 stron, na które składają się opowiadania, komiksy, artykuły, felietony – czyli „na bogato”. Jeżeli chcecie nabyć magazyn, możecie go kupić tylko w wybranych sklepach i księgarniach (on-line). Od 2015 roku, na szczęście, każdy numer będzie wydawany zarówno w wersji papierowej i elektronicznej! Mój w wersji papierowej został już sponiewierany na wszelkie możliwe sposoby, dobrze, że zrobiłam mu zdjęcie, gdy był jeszcze świeżutki, bo teraz nie byłoby się już czym chwalić. Czytałam, jak widać „intensywnie”.

***


Przydługawy wstęp świadczy o jednym: lubię ten motyw przewodni. Drżyjcie więc.

Klasyfikacja i objawy:

Szalony naukowiec: twarda logika i brak sumienia, im bardziej dystyngowany i kulturalny – ach te pozory  - tym straszniejszy (np. film Tusk). Opcjonalnie: biały kitel, aczkolwiek z licznymi plamami i dziurami wypalonymi przez chemikalia, rozczochrane włosy, okulary grubości denek słoików i masa dziwnych ustrojstw upchniętych w tajnych laboratoriach. Najczęściej wybierane miejsca: jaskinie, podziemne bazy, zamki, ci z bogatych domów lub też hojnie wspierani przez mocodawców mogą sobie pozwolić nawet na prywatną wyspę.

Przyczyny:

Szaleni naukowcy w prostej linii wywodzą się od mitologicznych buntowników - nie będę odwoływać się do żadnych konkretnych przykładów - którzy wbrew stojącym wyżej w hierarchii, zmalowali to i owo na świecie według własnego widzimisię. Dlatego topos geniusza przekraczającego  nieprzekraczalne,  to  świetny temat elektryzujący od wieków ludzkie umysły. Ów archetyp, cechujący się obłędem w oczach, zyskał sławę głównie dzięki epoce romantyzmu - gdy "szkiełko i oko" stawało ością w gardle sercu. Piekielna inteligencja w  połączeniu z brakiem hamulców moralnych i chorą ambicją stały się gwarantowanym źródłem lęku. Szczególnie gdy dodać do tych cech informację, że ten kto je posiada, ma jeszcze najzwyczajniej w świecie świra. Gdy się takiego spotka lepiej zmiatać gdzie pieprz rośnie. Mimo prób dostrzeżenia w szalonym naukowcu ludzkiego oblicza, taki sposób na podawanie motywu pozostaje niszowy. Kultura popularna kreuje głównie cztery warianty motywu: 1. Nuda, czyli „n” jak naukowiec w służbie dobra - jego nietuzinkowy pomysł uratuje ludzkość, planetę, cywilizację itd.  2. Mimo genialnego umysłu typowa pierdoła, która nie potrafi zaparzyć kawy 3. Nieszczęśliwy, bo zniszczony przez własne zdolności np. Piękny umysł 4. Najlepiej sprzedający się w nurcie mainstreamowym wariat bez sumienia. Oczywiście dokonując podziału pokusiłam się o spore uproszczania.

Grupy ryzyka:

W czym się te obłąkane, wcielone demony najczęściej specjalizują? W swoim oderwaniu od rzeczywistości pokonują głównie barierę śmierci, której z bezczelnym uśmiechem rzucają rękawicę. Czasami nie próbują ożywić tego, co umarło, odwracając kolej rzeczy, ale ożywić coś co nigdy nie żyło: stąd m.in. wywodzą się wszelkie robotyczne Frankensteiny. Jeśli któryś osobnik nie ma akurat Kompleksu Boga, chętnie ponagina prawa natury. Nie ważne co tworzą, od zawsze, po kres czasów, kieruje i będzie nimi kierować: ciekawość i ambicja. To pozostaje niezmienne, zmieniają się tylko ich możliwości i narzędzia. Topos szalonego naukowca to dosyć wdzięczny temat także dla psychologów dostrzegających w relacji Twórca - Dzieło metaforę relacji Rodzic - Dziecko, wspominany już Kompleks Boga (Jestem waszym Bogiem… – do czasu - o czym przekonał się Doktor Moreau) oraz odwieczny lęk człowieka przed tym, co może celowo stworzyć, a co może w dalszej konsekwencji go zniszczyć (jeśli nie mutant, to chociażby bomba atomowa).

***

Wywiad medyczny:

W dziesiątym numerze Coś na Progu moją uwagę przykuł artykuł na temat lobotomii. Szpikulec do lodu wbijany pod powiekę, a potem głębiej i głębiej… to jeden z najpopularniejszych czarnych epizodów w historii medycyny. Lobotomia przezoczodołowa – bardzo sugestywna nazwa – rozwinęła się na nieszczęście wielu pacjentów w latach 30, jako kontrowersyjna, lecz uważana wówczas za skuteczną, metoda leczenia zaburzeń psychicznych. Pierwsze zabiegi nie miały nic wspólnego z tym, z czym dziś kojarzymy lobotomię. Ci którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej zapraszam do lektury artykułu Macieja Berga Lobotomia. O tym, jak szpikulec do lodu przebija twój mózg. Natknęłam się w tekście na informację, która mnie sparaliżowała i którą chciałabym (po prostu muszę) się nią z wami podzielić. Jeden z największych propagatorów metody Walter Jackson Freeman, który wykonał ponad 2900 zabiegów, bardzo lekko podchodził do licznych zgonów swoich pacjentów. Podczas jednego z zabiegów próbował zrobić sobie zdjęcie „przy pracy” (selfie to jednak nie współczesny wynalazek, ale szanse z ówczesnymi aparatami….) – pacjent zmarł.

Niesamowicie wciągający jest również artykuł Marcina Waincetela Nieśmiertelność figury Golema na temat ponadczasowości tej figury - istoty będącej wyrazem buntu i poddaństwa, połączeniem magii i nauki. Autor z wdziękiem poprowadził nas przez historię potwora, który z praskiej legendy przeniósł się na karty kolejnych książek i później na srebrny ekran. Przedstawił nam również ewolucję pojmowania owej figury - sługa, niewolnik, człowiek - jako mieszankę nieśmiertelnych ludzkich lęków i nadziei.  Koniecznie przeczytajcie!

Studium przypadku:

Chciałabym skupić się również na trzech z zamieszczonych w numerze opowiadaniach. Tekst Tomasza Kaczmarka pt. Geniusz profesora Sama Sullivana, to typowy klasyk. Mamy tutaj naukowca, który chce ożywić bliską sobie osobę, jego wiernego sługę i przeciwników, którzy pojawią się w najmniej odpowiednim momencie. Autor zagrał tekstem na nosie fanatyków – tych którzy wyznaczają sztywne granice moralne z jednej strony, a drugiej w ogóle ich nie przestrzegają. Gdy dotarłam do ostatniego zdania, byłam zawiedziona, że to już koniec. To bardzo żywiołowy, mimo pewnej statyczności tekst. Ron Reynolds vel Ray Bradbury podzielił się z nami swoim krótkim opowiadaniem: Technokrata z konieczności. Autor puszcza do czytelnika wymownie oczko, przenosząc go do idealnego technokratycznego świata, którego postać taka jak Samuel Stern nie jest w stanie zdzierżyć. Ludzkiej natury nie da się oszukać, jesteśmy kim jesteśmy, a pisarz nie może być pisarzem, jeśli rzeczywistość nie podsuwa mu ciekawych tematów. Oczywiście można sobie z tym poradzić i stworzyć jakiś samemu, jak myślicie co zrobi Samuel? Ostatni tekst – Paweł Iwanina - nosi dosyć enigmatyczny tytuł Wytrzeszcz Tysiąca Jardów. Okazuje się, że tytuł to nazwa jednego z symptomów zespołu pourazowego. Cechuje go puste, nieobecne spojrzenie, będące wynikiem przeżytego stresu. Cierpi na niego jeden z bohaterów – Frank – którego psychikę wyniszczyła wojna. Jego brat Thomas postanawia zastosować nietypową terapię by uzdrowić chorego, czyniąc z niego kogoś na wzór tajemniczego mściciela w prochowcu i kapeluszu. Eksperyment wymyka się jednak spod kontroli... No cóż, podczas opracowywania leków, powstają najgorsze trucizny świata. Z tego obrazu, miło całej jego brutalności, przemawia melancholia i tęsknota.

Leczenie:

Z szalonymi naukowcami oczywiście zawsze ktoś walczy. Ich rola to stanowić tło dla kryształowego bohatera, który ratuje przed nimi świat. Prawda jest jednak taka, że ów pozytywny bohater byłby nikim, gdyby nie miał charakterystycznego antagonisty.  Czy James Bond stałby się tak rozpoznawalną (już od ponad 50 lat) postacią, gdyby u początków swojej kariery nie zmierzył się z Doktorem No? Z czasem przeciwnicy asa brytyjskiego wywiadu ewoluowali, zmieniły się także ich cele – teraz już raczej nie chcą „zapanować nad światem” niemniej to konfrontacja z Szalonym Naukowcem pozwoliła Bondowi zagościć na stałe w panteonie gwiazd X muzy. Więcej na ten temat możecie przeczytać w Licencji na Bonda, tekście Bartosza Naskręckiego.

Możliwe powikłania:

Taki już urok COSIA, ale miejscami czcionka była dla mnie jednak zbyt mała. Np. ta z cytatów do artykułu o lobotomii – w sam raz na ściągę. Wspomnienia fajne, ale wzrok już nie ten. W obecnym numerze oprócz omówionych przeze mnie tyłów znajdziecie jeszcze teksty m.in.  o Lori Lovecraft, Doktorze Moreau, znajdziecie też eseje Bolesława Prusa i Roberta Louisa, kilka informacji o Włoszce Edwidze Fenech – dziewczynie retro tego numeru, tradycyjnie znajdzie się też coś o grach i komiksy. Jednym słowem – numer obfituje w ciekawe teksty. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko naukowego szaleństwa dla najmłodszych: chociażby kinowego Igora lub książkowego Pacynka.


Jeśli ktoś chce wiedzieć, co w pulpie piszczy – lektura obowiązkowa.

Recenzja kolejnych tekstów COSIA #10 u Alicyi Rivard:



4 komentarze:

  1. A o tym Cosiu nie wiedziałam ;) raczej nie sięgnę, przyznaję z ręką na sercu, że takich magazynów nie czytam

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czepiaj się czcionki, bo ostatnio sama mówiłaś, że musisz iść do okulisty :p

    OdpowiedzUsuń
  3. Poprosze namiary gdzie kupiłaś?

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam to szczęście, że dostałam egzemplarz recenzencki.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...