20 marca 2015

Uśpieni? - owszem, ale widzowie /The Quiet Ones, Uśpieni – John Pogue/ 2014

Film się na szczęście skończył, wzięłam kilka oddechów, zasiadłam nad klawiaturą i…pustka. Bo co to ja w sumie miałam…? Wyrwane z letargu myśli, potrzebowały krótkiej rozgrzewki, żeby wskoczyć na właściwe tory i jako tako zacząć robić to, co do nich należy. Otrząsając się z resztek snu, zaczęłam powoli analizować z czym miałam przed chwilą do czynienia.

Z całą pewnością, to miał być horror z cyklu: opętanie i okultyzm. Dla urozmaicenia, księdza chcącego ocalić biedną duszyczkę, stałą bywalczynię zakładów psychiatrycznych, zastąpił naukowiec, profesor Coupland (Jared Harris). Krzyż, wodę święconą i biblię też wyeliminowano, a ich miejsce zajęły: skomplikowana aparatura oraz wszelkiej maści psychologiczne sztuczki i dziwne zabiegi. Nic jednak nie zadziałało. A sceptyk, jak to sceptyk, do samego końca pozostał ślepy na paranormalne dowody, które obalały jego teorię. Coupland niestrudzenie hołduje założeniu mówiącemu, że kiedy umysł śpi, budzą się demony. Według niego, to co nazywamy opętaniem, to w rzeczywistości efekt działania skołatanego umysłu, efekt traumatycznych przejść. Docelowo jego eksperyment ma na celu wywołanie  i usunięcie poltergeista - co nastąpi, gdy w jednym miejscu nagromadzi się naprawdę dużo negatywnej energii. Metoda leczenia trzeba przyznać - dosyć kontrowersyjna. Profesor jest najwyraźniej na tyle charyzmatyczną postacią, że przekonuje do współpracy grupkę studentów: kamerzystę Briana (Sam Claflin), lekarkę Krissi (Erin Richards), technika Harry’ego (Rory Fleck-Byrne). Muszę przyznać, że punkt wyjścia do opowiedzenia ciekawej historii był świetny.

Reżyser Pogue nie udźwignął jednak tematu. Jego film jest najprościej rzec ujmując: nudny. Wyraźnie przemyślana fabuła się wlecze,  nastrój bardzo szybko pryska i mamy coraz większe poczucie, że przygniata nas banał, który wyziera z każdego kąta. Niby mieliśmy mieć wątpliwości czy mamy do czynienia z naprawdę chorą psychicznie, czy opętaną przez demona dziewczyną. Jednak nawet nie trzeba się sekundy zastanawiać, by wiedzieć, jakie jest rozwiązanie tej zagadki. Poza tym z minuty na minutę na ekranie pojawia się coraz więcej niekonsekwencji. Klimat, który na początku wydawał się obiecujący w pewnym momencie kona. Próbuje się go nieskutecznie wskrzesić wrzaskami i niszcząc wyposażenie domu. To stanowczo za mało, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że widza straszy się nieudolnie - tylko gwałtownymi ruchami kamery, gasnącymi światłami, niespodziewanymi dźwiękami. Brak strachu może dziwić, w końcu sposoby te są sprawdzone. W tym wypadku nie przyniosły jednak zamierzonych efektów. Jak widzicie, zmarnowano naprawdę dobry pomysł.

Wydarzenia rozgrywające się na ekranie możemy podziwiać z kilku perspektyw: ujęcia „z ręki” i „normalne” ujęcia, przeplatają się ze starymi, czarno-białymi nagraniami z poprzedniego eksperymentu profesora. Jedyne co ratuje film to klimat retro. Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych. Ich atmosfera została całkiem przyjemnie oddana: stroje, fryzury, sprzęty, wszechobecne papierosy. Stylizację dopełniają, cieszące oko, piękne ujęcia otoczenia, budynków i pomieszczeń. Szkoda, że na tym tle i w tych pomieszczeniach, nie ma nic, na czym warto byłoby zawiesić oko.

Miałkość dzieła podkreślają aktorzy. Bohaterowie ze sceny na scenę zachowują się coraz durniej – zakochany kamerzysta kładzie akcję za akcją. Profesor jako postać, której nie jesteśmy w stanie jednoznacznie ocenić, jako dobrej czy złej, jest mało wyrazisty. Co jakiś czas wyskakuje tylko zza futryny, żeby wygłosić jakieś „mądre” zdanie. Jego tajemnice – te z przeszłości i te teraźniejsze - które miały najwyraźniej zrobić na widzu wrażenie podobne do tego, jak królik wyciągnięty bez ostrzeżenia z kapelusza, nie wzruszają. Jane Harper – notabene przypominająca Wednesday z Rodziny Adamsów – zapadająca się w objęcia obłędu, zamiast ukazać nam swój wewnętrzny mrok,  tożsamościową szarpaninę, od początku do końca zostaje mimozą, która niby coś tam mówi, od czasu do czasu, ale kompletnie się ją ignoruje. Olivia Cooke wykreowała postać tak nijaką, że zupełnie niezapadającą w pamięć.

To kolejny film do którego scenariusz pisało zbyt wiele osób. Każda z nich próbowała opowiedzieć tę historię inaczej. I niby film składa się z wszystkiego z czego powinien, a jednak zabrakło umiejętności, by złożyć to wszystko w spójną całość. Obraz poskładany z nieprzystających do siebie łatek, zaczął pruć się w szwach. Mam nadzieję, że John Pogue - znany ze swoich scenariuszy (Statek widmo, Sekta) i filmu Kwarantanna: terminal - wyciągnie z tej ewidentnej klapy jakąś lekcję. Poza tym, okultystyczny horror na faktach, serio? Ta zagrywka marketingowa jeszcze się wytwórniom nie znudziła?

Starego wyjadacza, otrzaskanego z horrorami raczej ten film nie zadowoli. Może ktoś, kto nie widział zbyt wielu obrazów opartych na motywie opętania, znajdzie w nim coś godnego uwagi. W każdym bądź razie poza wszelką konkurencją pozostaje, jak zwykle, polskie tłumaczenie tytułu: The Quite OnesUśpieni. Chciałam zauważyć, że w 1996 roku również mieliśmy film (thriller) o tym samym tytule (org. tytuł: Sleepers). Nasz ojczysty język jest naprawdę bogaty i daje spore możliwości – można się było więc bardziej wysilić.

Rok: 2014
Kraj: USA, Wielka Brytania
Reżyser: John Pogue
Scenariusz: John Pogue,  Tom de Ville, Oren Moverman, Craig Rosenberg

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...